czwartek, 12 kwietnia 2012

Wilki i Spartanie 2

Jakieś 900 centymetrów od biurka, przy którym piszę, mój syn śpi snem Spartanina.
Nie - nie trzeba wzdrygać się nad makabrycznym skojarzeniem, że leży padły w boju termopilskim, pod tablicą Przechodniu, powiedz Sparcie... Mój syn jest w olimpijskiej formie wysoko wzniesionego jastrzębia i przypuszczam, że jego droga przez planetę będzie długa i znacząca.
I szczęśliwa.
Śpi jednak snem Spartanina niepadłego - choć leżącego.
I to płasko tak, że bardziej nie można.
Na ziemi.
Jak to sobie zażyczył rok temu, po impulsie zagadkowym, nie wiadomo, skąd przybyłym.
Być może spod Termopil.
W każdym razie impuls ten został uszanowany, bo po pierwsze: wierzę w instynkty dziecięce.
Po drugie: wierzę, że kręgosłup będzie się marszczył w zagniewaniu, gdy przyjdzie mu spać na stosie krzemieni, natomiast, gdy na powierzchni twardo-płaskiej - wprost przeciwnie.
Po trzecie: Leonidas zatrzymał pochód nieco nieeuropejskich norm i obyczajów, i jakieś hołdy a saluty są tu w dobrym tonie.
Jakkolwiek mam takie dziwne podejrzenie, że piechurzy Leonidasa wyspaliby się pysznie nawet na tych krzemieniach.
Tudzież na czaszkach perskich.
Tak. Syn mój jest dzieckiem ery nowej. Jej dzieci ewakuują pająki i nie mają potrzeby rozcinania żab w ramach chłodnych eksperymentów.
Co idzie dalej: myśli on o losie i położeniu zwierząt. Jakkolwiek kwestie diety, w tym jedzenia mięsa, były dla niego zawsze dalekie od rodzicielskiego narzucania i fanatyzmu, Kuba sam dochodzi do wegetarianizmu.
Całkiem spokojnym, acz prężnym krokiem leonidasowego piechura.
Od początku, jako ojciec, wyruszyłem niełatwą ścieżką górską, wiodącą pomiędzy dyscypliną, a szacunkiem dla instynktu dziecięcego. Ta pierwsza jest konieczna - bo zawężone granice tworzą dziecku pole siłowe dla psychiki. Brak granic nie jest tym, czego dzieci szukają - choć czasem ich napór sondująco-prowokacyjny takie iluzje sprawia.
Ten drugi - instynkt - też trzeba uszanować. Zanim całun programów i pouczeń zgniecie go i na zawsze zuboży arsenał życiowych narzędzi małego człowieka. Oszczędzony instynkt będzie towarzyszył jego posiadaczowi do ostatnich chwil życia, jak lojalna i niezwykle skuteczna tarcza falangi spartańskiej.
To instynkt sprawia, że mój syn nie chce łączyć mięsa z pieczywem.
Że nie chce pić herbaty, lecz wodę.
Że nie chce rolady i gotowanego kalafiora, tylko surowe brokuły i groch w strączkach.
Złupione w otoczeniu. Pod słońcem. Żywe.
Instynkt rzecz ważna.
Być może to instynkt kazał spać mojemu Tygrysowi na ziemi i płaskiej poduszce.
W tym termopilskim wypoczynku czasem mu towarzyszę. I wierzcie mi: klawo jest, byczo i w dechę.
Jeśli jest coś na tym świecie fajniejszego od bycia synem, to jest to bycie ojcem.
To się nigdy nie znudzi.
Z krętej górskiej ścieżki czasem widzę Olimp, a czasem Tartar. Taka to ścieżka.
Czasem widzę pułki perskie u zbocza.
Nie są mi straszne. Nie, kiedy przenoszę wzrok na syna.
Tak to jest z sercem ojca. Kiedyś wydawało mi się, że odwaga ma swój limit. Coś jak genetyczna scheda.
Nic z tych rzeczy. Syn podwoił mi objętość serca.
Dlatego wciąż kroczę wprzód. Klawo jest.

*

Kuba jest bystrym i wesołym Lwem nie od dziś. Jego przenikliwość, radość życia, skłonność do żartów - fascynują i endorfizują mnie od początku. Kiedy się urodził - co stało się 7 stycznia roku 2005 - z radości postradałem kilka zmysłów. Nigdy ich nie żałowałem, choć niedostatki zmysłowe znacznie zwiększają prawdopodobieństwo kiksa nad przeręblem. Ale co tam.
Już dwa miesiące po narodzinach Kuby poważnie - ale szczęśliwie! - zdezmysłowiony rzuciłem wyzwanie grypie.
Na sposób cymeryjski. Co opisałem w Epickiej opowieści o wojnie z grypą.
Przeżyłem.
I wciąż mogłem endorfizować się obecnością syna w mojej przestrzeni. A przydawał on mnie i swojej mamie tej endorfiny sporo.
Na przykład tym nazewnictwem alternatywnym:
aba - autobus i żaba
agra - agrest
arba - arbuz
ama - jeść, pić
apo - jabłko
ba - bajka (film, książka)
bu - buty, bułka
be - złe, niedobre (na przykład strączki z winogron), kupa
bz! - owady wszelkie
eba - chleba /dać/
p - piłka
kaka - kawa, ptaki, truskawki
oćśśśś - chodź (nigdy nie zapomnę, gdy przyleciałem do Irlandii jeszcze bez rodziny. Gdy Mały Tygrys ujrzał mnie w ekranie komputera i rzekł: tata, oćśśśś... ha, że też serce nie wypadło mi z torsu z hukiem donośnym?...)
pepe - pępek
cin-cin - kieszenie
epi-pi - helikopter

No i ta ironia... A raczej: skojarzenia! Poprosiliśmy go:
- Powiedz "piwo".
Bez namysłu odparł:
- Dziadzia!
Tak, już jednoroczny Lew nie miał złudzeń...

A w lipcu 2006 zadziwił sprytem i przewrotnością. Otóż porwał ten półtoraroczny berbeć kubek z niedopitą kawą, zaprawdę błyskawicznie, po czym uciekając mamie, wołał jak kaznodzieja:
- Kaka be! Kaka be!
Przy czym... jednocześnie usiłował tę kawę "be" spić. Trochę kant, hm?

W tymże miesiącu nastąpił niezwyczajny incydent owocowo-mistyczny. Otóż późnym wieczorem, gdy Kuba spał, podjadałem sobie arbuza. I oto w głośniku "niani" rozległ się głos pogrążonego we śnie dziecka:
- Arba! Arba! Arba!
Hm. Zaprawdę, szanujcie dzieci swoje, gdyż wielka jest ich moc telepatyczna.

Gdy Tygrys skończył dwa lata, wypadało już oswajać go z językiem angielskim. Jako, że zbliżała się Wielkanoc, rysowaliśmy mu w znikopisie jajka.
- To jest małe, a to duże jajko - objaśniałem.
- A to jest middle (ang.: średnie) - pokazała środkowe mama.
- Ja rysuję midla - wyrwał znikopis Tygrys.

W tym samym 2007 roku, wiosną delektowaną w Polsce, smyk mój przez chwilę patrzył przez okno, po czym stwierdził:
- Życie przemija.
To nas prawdziwie zafrapowało. Tak, słuchajmy dzieci - one przywracają przytomność prostymi uwagami, prawda?

Nie mogę nie zwrócić uwagi na szarmancję i kindersztubę dwuletniego Spartanina. Co wyszło 5 kwietnia, gdy mama rzekła:
- Poczekaj, Kubuś, mama zrobi sobie kawę.
- Mi nie rób, dziękuję...

Pod koniec kwietnia było jeszcze chłodno, więc nie omieszkałem palić w kominku. Kuba często brał w tym ochoczy udział. Razu pewnego mama stanęła nad nim przy tej czynności i spytała:
- Kuba, idziemy spać?
- Nie, dziękuję - odrzekł z opanowaniem. - Jutro.

Muszę wyznać, że niechęć mojego syna do marnotrawstwa, jakim jest spanie, gdy w tym czasie można eksplorować świat!, była i wciąż jest wyraźna. W maju 2007 miewało to dramatyczny przebieg. Gdy żegnałem się z nim na dobranoc, płaczliwie protestował. Raz rzekłem pocieszająco:
- Kocham cię.
- Nie kochaj! - zapłakał.

Ale gdy już zmęczył się protestami, zapadając w sen, potrafił wymruczeć do mamy:
- Dobranoc, synku...

Aczkolwiek, jeśli zasnął w łóżku rodziców, po czym podstępem był z niego przenoszony do własnego, znosił to bez entuzjazmu. 25 czerwca obudził się na trasie miedzy łóżkami i natychmiast zaprotestował:
- O, balans, chcę w łóśku!

Od małego berbecia identyfikował Bruce'a Lee i potrafił fachowo zacisnąć pięści. Raz dał lekcję tej sztuki mamie. Gdy w końcu zacisnęła pięści należycie i wykonała pokazową serię na Kubie, ten z uznaniem rzekł:
- No! Gitara.

Syn szczęśliwie mnie frapował, ale i sam doznawał tego uczucia. Pewnego dnia, podczas spaceru w mieście, zagadał doń klaun. Gdy się oddalił, Kuba spytał zaintrygowany:
- Co TO było?

Gdy pierwszy raz zawitał na irlandzką wieś, ożywił się na widok kur i zawołał:
- Mama, chodź zobaczyć kangury!

A widząc bizony w grze komputerowej Age of Empires III, zachwycił się:
- Żółwie!

Nieobca mu była samokrytyka i szczerość. Wszak pracowaliśmy nad tym. Nie może więc dziwić, że uczciwie, a nawet z satysfakcją, wyznał kiedyś:
- Jestem małpiszon.

Gdy pod koniec czerwca wróciłem z pracy o 2.00 w nocy, Kuba przebudził się i podniósł głowę.
Obaj jednocześnie zauważyliśmy na ścianie ćmę.
- Idź spać - powiedziałem. - Patrz, ćma już śpi.
- Mmma...
- Powiedz "ćma" - przycisnąłem.
- Robak.
Czyż nie jest to przebłysk rozumności i sprytu u dwulatka?!

Gdy tymczasem ja sam haniebnie nawalałem... Razu pewnego, 24 lipca, Mały Lew ujrzał helikopter nad domem. Natychmiast przybiegł do sypialni, by mi to obwieścić. Już kilka sekund później cofnął się do mamy, do salonu.
- Powiedziałeś? - spytała go.
- Tak, ale Tomek śpi i nie rozumie.
Wybacz, synku! Najwyraźniej kiedyś, gdzieś tam, zgubiłem tę telepatię... A przecież nawet śpiący ojciec powinien rozumieć swego syna. Prawda?

*

Czy wiem, że mój syn jest Gościem mego mikroświata? Duszą, która desantowała się w obranym położeniu, by potem wystrzelić ku własnej, szczęśliwej eksploracji?
Wiem.
Czy wiem, że mój syn jest Strzałą, którą wypada wystrzelić z Łuku, by pomknęła w przód, ku własnym wyborom, pragnieniu, poznawaniu i spełnieniu?
Wiem.
A jednak przez jakiś czas będę biegł za tą Strzałą.
Jak Duży Wilk za Małym Wilkiem.
Nieinwazyjnie. Ot, tak, z boku. Na wszelki wypadek.
Wy, ojcowie - rozumiecie...
Wy, matki - wiecie...
Będę biegł.
Niezbyt długo. Wszak nawet podwojone serce ma swoją metę.
Ale będę biegł za moją Strzałą.
Odprowadzę ją.
Tak to jest z sercem ojca.
Klawo jest...

*

Zapraszam do ostatniej części kapitalnej opowieści AiR.
Tajemnica Hoherberis. Część trzecia

XIII

Obudziłem się o świcie. Od otwartego okna wiała chłodna i świeża morska bryza. Leżałem obok Janty, która obejmowała rękami moją szyję, a głowę miała wtulona w moją pierś. Za nią leżała Allison, którą obejmował Emil. Spojrzałem na zegarek – dochodziła piąta rano.
- Obudziłeś się? – usłyszałem głos Janty.
Skinąłem głową.
- No to się wynosimy po angielsku nomen-omen. Oni jeszcze słodko sobie śpioszkają – szepnęła i pocałowała mnie w usta. – Nie będziemy ich budzić.
Chwilę jeszcze całowaliśmy się, a potem delikatnie, by nie obudzić Harperów, wstaliśmy i zbierając ubrania przeszliśmy do naszego numeru, gdzie oboje wskoczyliśmy pod tusz, a potem wycieraliśmy się ciepłymi, suchymi ręcznikami.
- Co robimy? – zapytała Janta, kiedy wreszcie włożyliśmy coś na siebie i doprowadziliśmy do jakiego-takiego porządku.
- Proponuję tak: kawa, śniadanie, profesor i plaża. Ewentualnie śniadanie, kawa, profesor, plaża lub śniadanie, kawa, plaża…
- Dosyć, dosyć! – Janta zamachała rękami – śniadanie, kawa, profesor, plaża, a potem wieczorek z Allison i Emilem – OK.?
- OK.
I tak też zrobiliśmy.

* * *

Wróciliśmy z plaży, na którą poszliśmy po spotkaniu z profesorem Milczarkiem. Nieco zaniepokojony brakiem Harperów, z którymi umówiliśmy się na kolację postanowiłem poszukać ich w ich numerze. Wyszedłem na piętro i ruszyłem w stronę naszych włości, kiedy coś dziwnego zwróciło moją uwagę. Mianowicie słyszałem szum płynącej wody zza uchylonych drzwi apartamentu vis-à-vis naszych drzwi – zajmowanego przez Harperów. Z przyzwyczajenia rzuciłem tam okiem i w szparze zauważyłem ludzką nogę, a ściślej mówiąc drobną, kobiecą stopę. Mimo ciepła panującego na korytarzu poczułem lodowaty dreszcz. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Odpowiedzią było milczenie.
Allison? – zastanowiłem się na moment – widzieliśmy się z nimi na plaży może trzy godziny temu…
- Jest tam ktoś? – rzuciłem pytanie poprzez uchylone drzwi.
Odpowiedziała mi złowieszcza cisza przełamana regularnym pluskiem wody.
Naparłem barkiem na drzwi i otworzyłem je szerzej.
Szum wody w łazience wzmógł się, ale nie zwracałem na to uwagi, którą przykuła Allison leżąca na brzuchu. Nie widziałem jej twarzy przesłoniętej falą ciemnoblond włosów. W drobnych plecach zauważyłem niewielki otworek, ślad po kuli. Drugi taki sam był w jej lewej skroni. Fachowa robota. Ktoś chciał mieć pewność, że kobieta nie będzie żyła po jego wizycie.
Rozejrzałem się i uważając, by niczego nie dotykać wszedłem do łazienki. W kabinie prysznica, jej dnie, leżał Emil. I jak w przypadku Allison w jego torsie widać było dwa niewielkie otwory po kulach, ale z lewej skroni wyciekała jeszcze krew mieszając się z wodą lecącą z sitek pryszniców. To samo. Ktoś bardzo chciał, by Emil Harper i jego żona skutecznie opuścili ten padół.
- O Wielka Matko! – usłyszałem za sobą cichy okrzyk.
Odwróciłem się. Janta stała w drzwiach przykładając dłoń do ust, jakby chciała powstrzymać kolejny okrzyk, a jej oczy mówiły za siebie. Była blada i przerażona, a ja wcale się temu wcale nie dziwiłem. Bo polubiliśmy ich, a teraz…
Wszedłem do kabiny i zamknąłem dopływ wody. Dotknąłem szyi Emila, ale nie wyczułem pulsu, to było czczą formalnością. Dwie kule przeszyły serce, a jedna mózg. Takie postrzały zawsze zabijają. Wyszedłem z łazienki i podszedłem do ciała Allison. To samo – bezdech, brak pulsu. Temperatura ciała wyrównała się z temperaturą otoczenia. Śmierć musiała nastąpić co najmniej przed dwoma godzinami.
- Co tu się stało? – usłyszałem głos Janty.
- To, co widzisz – mruknąłem – już po nich.
- Ale kto?...
Pokręciłem głową.
Było coś dziwnego z ciałami Allison i Emila, co przeoczyłem w pierwszym szoku. Pochyliłem się nad Allison. Jej rany były czyste, a ich średnice niewielkie. Strzelano do niej z małokalibrowej broni, jakieś 4,5 mm. Nie więcej. Ocknąłem się z pierwszego szoku i dotarło do mnie, że jej rany były zbyt czyste. Morderca strzelał przecież z bezpośredniej bliskości, niemal z przystawki, i nawet gdyby miał tłumik, to nieopalone ziarna prochu musiałyby stworzyć ciemną obwódkę wokół ran wlotowych, tymczasem tego nie było… Nie było lekkiego zapachu kordytu. Było za to coś innego, lekki zapach palonego mięsa – brzegi rany były zasinione i lekko zwęglone. Przez moment błysnęło mi zwariowane skojarzenie z uderzeniem iskry elektrycznej, ale skąd tutaj prąd o takim napięciu, który byłby w stanie zwęglić brzegi i kanał rany? Poza tym nie potrafiłem sobie wyobrazić broni, która byłaby w stanie tego dokonać. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Janty.
- Co robimy? – chlipnęła z oczami pełnymi łez.
- Dzwonię do profesora – odrzekłem – to przypadek akurat z jego parafii. A poza tym, to chodźmy stąd, ale już!
Przeszliśmy do naszego numeru. Zadzwoniłem do profesora Milczarka, odebrał po trzecim dzwonku.
- Milczarek, słucham – rzekł.
- To znowu my, Robert i Janta.
- Poznaję – odpowiedział – co się stało?
Szybko zreferowałem mu to, co zobaczyliśmy w apartamencie naszych sąsiadów. Westchnął ciężko.
- Jak wyglądały rany postrzałowe? – zapytał krótko.
- Jak postrzał z broni małokalibrowej, jakieś 4 – 4,5 mm, ale bez śladów prochu, ale za to ze śladami spalenizny i zsinieniami skóry… Co to było?
- Całkiem nowiutka zabawka – odparł Milczarek – skrzyżowanie małokalibrowego pistoletu z elektrycznym paralizatorem. Amerykanie nazywają to electro-bolt, a my to nazywamy elektryt. Działanie pan widział na własne oczy. By the way, gdzie wy jesteście?
- W naszym apartamencie – odpowiedziałem czując lodowate macki strachu – a co…
- Niech pan słucha – głos profesora stwardniał – niech pan NATYCHMIAST się stamtąd wynosić. Grozi wam niebezpieczeństwo, bo to WY byliście i nadal jesteście celem. Rozumie pan? Uciekajcie stamtąd jak najszybciej, bo ONI się zorientują, że zabili nie tych, których chcieli.
Tyle już rozumiałem sam.
- Ale kim ONI są?
- To ci, o których rozmawialiśmy dzisiaj, Andyjscy Nordycy.
- OK., ale jak stąd uciekniemy, to policja… - chciałem powiedzieć, że policja posądzi nas o to morderstwo, ale Milczarek zrozumiał to w lot.
- Policję biorę na siebie – odrzekł profesor – tylko teraz chodzi o to, żeby ONI was nie dopadli, czekam na was. Czas start, macie tylko godzinę, nawet nie…
Profesor przerwał połączenie.
Janta spojrzała na mnie pytająco.
- Spadamy stąd – powiedziałem – i to im szybciej tym lepiej dla nas…
I w godzinę później znaleźliśmy się w gabinecie profesora Milczarka.
- Co tu jest grane? – zapytałem bez wstępu.
- Siadajcie – rzekł profesor – zaraz wam to wyjaśnię.
- Mam nadzieję – mruknąłem.
- Znacie grę w wybijankę? No to teraz zaczęła się likwidacja wszystkich świadków wypadków na „Carribean Pearl” i osób zamieszanych w tą sprawę. Kilku z nich w ostatnim czasie uległo już to nieszczęśliwym wypadkom, już to zostało zamordowanych przez „nieznanych sprawców”… Teraz zabrali się za was. Mieliście więcej szczęścia, niż rozumu. Swoja drogą to moja wina, nie sądziłem, że ich macki sięgają aż tutaj.
- Co robić? – zapytała Janta.
- Pani musi natychmiast wrócić do oceanu i tam się przyczaić. Tylko tam pani jest bezpieczna, Wodny Lud panią ochroni.
- A ja?
- Pan zostanie tutaj. Mimo wszystko to tutaj jest pan bezpieczny. ONI będą pana szukali wszędzie, ale nie tutaj.
- Dlaczego?
- Zobaczy pan. A co do pani, to jeszcze dzisiaj przerzucimy panią na rafę. Zabierze panią wasz statek patrolowy. Już tam czekają, ale musimy czekać na zmrok, to jakieś cztery godziny.
- Ale ten cały U-25…? – zapytałem.
- Ach, ten… Nie, nie wejdzie tam – spokojnie rzekł profesor – chyba że na wynurzeniu i to całkowitym. Tam jest 20 metrów w najgłębszym miejscu. A gdyby się zjawili, to cóż, mamy dla nich hmmm… niespodziewankę – i to nieprzyjemną.
- A może spróbują przechwycić ten statek patrolowy Wodnych Ludzi? – zapytałem, bo niepokoiło mnie to, czy Janta będzie bezpieczna.
- Spokojnie, nie mają takich środków, by przeniknąć przez Ich maskowanie taktyczne. Syreny mogą zamaskować statki na dwa sposoby: primo – sposób na wieloryba czy ławicę ryb, secundo – sposób na dziurę w wodzie. W pierwszym przypadku statek daje obraz jak zwykły płetwal błękitny z jego wszystkimi charakterystykami sonarowymi albo wygląda jak ławica tuńczyków. W drugim literalnie rozpływa się w wodzie. Fale sonaru po prostu omijają go jak światło omija przestrzeń sferyczną silnego centrum grawitacyjnego. Nawet w przypadku wystrzelenia weń torped naprowadzonych sonarowo przelecą one obok niego i pójdą w kierunku okrętu, który go wystrzelił.
- O matko! „Kursk”! – wykrzyknąłem.
- Nie, to akurat nie było to, choć rzeczywiście, tam eksplodowała głowica konwencjonalnej torpedy…
Przyszło mi coś do głowy.
- Czy ma pan może ten… ten elektryt?
Profesor skinął głową i wyjął ze schowka płaskie pudło. Położył na biurku i otworzył go. W jego wnętrzu leżał czarny pistolet o dziwnym kształcie, przypominający broń z filmów science-fiction. Jego wielkość przypominała czeskiego Skorpiona czy polskiego P-63 Rak.
- Kaliber 4,25 mm, magazynek o pojemności 50 nabojów w trzech rzędach w rękojeści, długi magazynek ma trzykrotnie większą pojemność. Pociski bezłuskowe, ze stopu aluminium i czegoś tam jeszcze, bardzo lekkie i wyrzucane przez sprężony freon. Wybitnie szkodliwy dla środowiska – profesor uśmiechnął się zjadliwie i sardonicznie. – Poza tym bateria na około tysiąc strzałów. Napięcie robocze 55 kilowoltów, natężenie jakieś 2 ampery. Zasięg optymalny do 30 metrów, potem iskra słabnie.
- E, to jakieś do dupy… - mruknąłem zawiedziony.
- Owszem, bo to jest broń do zastosowania tam, gdzie już nie ma powietrza…
- W kosmosie!? – wykrzyknęła Janta.
Profesor skinął głową.
- Kto to wynalazł? – zapytałem.
- Polacy – odparł profesor z niejaką dumą.
- Co!? – krzyknęliśmy unisono.
- Przynajmniej wymyślili to dwaj polscy pisarze: Boruń i Trepka w swej powieści „Zagubiona przyszłość”, już w latach 50. ubiegłego wieku. Ale można to było zbudować dopiero teraz, po wynalezieniu specjalnych baterii plazmatycznych. To jest polski elektryt, o wiele lżejszy i poręczniejszy od amerykańskiego elecro-bolta czy brytyjskiego electrity-gun’a. Elektryt waży tylko dwa kilogramy sto gramów, tamte są ponad trzykrotnie cięższe. Poza tym ten jest z mas plastycznych, a tamte metalowe. Broń dla terrorystów. Niemal niewykrywalna przez detektory na lotniskach i w przejściach granicznych. Skurwysyństwo… - Milczarek zmełł na ustach przekleństwo.
- Fakt – potwierdziłem. – Skurwysyńska broń. Wolę już mojego desert eagle’a.
- Elektryt jest bardzo cichy. Strzał brzmi jak klaśnięcie, jak wystrzał z wiatrówki. Zresztą to jest wiatrówka. To jest broń przyszłości – rzekł Milczarek chowając elektryt z powrotem do pudła.
- Cholera – burknąłem. – Niech to cholera…
Profesor wyciągnął ze skrytki drugie pudełko.
- To zdaje się dla pana – rzekł podając mi je.
Otworzyłem je i ujrzałem mojego desert eagle’a.
- Z pozdrowieniami od jakichś Rosjan… - profesor uśmiechnął się – i z podziękowaniami za jakąś akcję na Bahamach. Nawet nie pytam i nie chcę wiedzieć, co tam się stało.
Jestem pewien, że doskonale wiedział o naszych nocnych przygodach.
- Dobra, dość gadania. Musimy przygotować operację przerzutu pani Janty na rafę. A zrobimy to tak…

* * *

Nasz śmierdzący rybami kuter pykając zdezelowanym silnikiem powoli podpływał do Ocean i Rock w Horseshoe Bay. Zatrzymaliśmy się w odległości około kabla od wystającej z morza skały.
- Czysto na plaży – powiedział profesor odrywając od oczu infralornetkę – zaczynamy.
Wyjął z kieszeni jakiś przedmiot i skierował go w stronę otwartego morza. Zielony laserowy punkt pomknął w kierunku Atlantyku. Patrzyłem jak urzeczony, jak naraz woda przy burcie kutra wypuczyła się i poza tym nic się nie zmieniło, ani jej kolor, ani konsystencja.
- To już pora na mnie – rzekła Janta i objęła mnie rękami za szyję – kochany, nie daj się zabić. Mam wrażenie, że zostawiając ciebie tutaj stchórzyłam…
- Idź, czekają na ciebie. Wiesz, że któreś z nas musi to przeżyć.
Podniosła głowę i spojrzała na mnie, a jej twarz była blada w świetle gwiazd.
- Zobaczymy się wkrótce, nie martw się.
Profesor skinął głową.
- Idę o zakład, że stanie się to wcześniej, niż to wam się wydaje – mruknął jakby do siebie. – Kończcie już te pożegnania, bo kogoś diabli niosą na plażę. Może to ochroniarze, a może…
Pocałowałem Jantę, która przeskoczyła przez burtę prosto na szczyt wodnego pagórka. Myślałem, że wpadnie z pluskiem, ale ona stanęła na wodzie, która po chwili wchłonęła ją. Woda zapieniła się i pagórek znikł.
I Janta w nim.

* * *

Wracaliśmy do portu w Hamilton. Kuter ślizgał się po niewysokiej fali. Noc była pogodna, co rzadko zdarzało się o tej porze roku, najwidoczniej wiosenne sztormy hulały na innych połaciach Atlantyku.
- Profesorze – odezwałem się – dla kogo właściwie pan pracuje? Bo pańskie biuro to tylko przykrywka, prawda?
Skinął głową zapalając fajkę.
- Przykrywka? – oczywiście. A pracujemy dla Komitetu Dziewiętnastu. To jest tajna organizacja zajmująca się ściganiem i tępieniem pogrobowców Hitlera z Twierdzy Andyjskiej. Część prawdy pan już zna. Drugiej części dowie się pan wkrótce.
- Ale Janta…
- Pani Janta ma do wykonania bardzo trudne i niebezpieczne zadanie. Musi wytropić i unieszkodliwić U-25. Oczywiście nie zrobi tego sama, ale przy pomocy innych Syren. To jest bardzo ważne, bo sparaliżujemy im działalność we Wszechoceanie.
- Ale zaraz – powiedziałem – jak wiadomo, oni byli przy zatonięciu „Titanica”…
- Oni SPOWODOWALI zatonięcie „Titanica” – wycedził profesor – bo tylko w ten sposób mogli zmienić rzeczywistość tak, by doszło do Pierwszej Wojny Światowej i Wielkiego Kryzysu, który spowodował możliwość wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Obecnie, jak się pan orientuje, trwa kolejny Wielki Kryzys, jeszcze gorszy od tego z lat 1929 - 1933. I to właśnie on może spowodować…
- … wybuch Trzeciej Wojny Światowej – dokończyłem za niego.
- No właśnie! A poza tym jak pan myśli, skąd poszła żeglarska bajęda o uciekającej skale z powieści Verne’a?
- To byli ONI?
- Być może. Pewności nie mamy. Jedno wiemy na pewno: „Nautilius” istniał naprawdę. Jego wrak znajduje się i rdzewieje w jaskini pod wyspą Lord Howe. Ale „Nautilius” nie miał kiosku, zaś w legendach marynarskich mówi się o okręcie podwodnym z nadbudówką na pokładzie. A zatem U-boot…
- No dobrze, profesorze – odrzekłem – a co my będziemy robili?
- A my wkrótce pojedziemy do Europy, gdzie zbliża się bardzo ciekawe wydarzenie. I tam musi być ktoś od nas. Jak wrócimy, to panu pokażę.

I wkrótce to zobaczyłem. Ale to już zupełnie inna historia.

KONIEC

17 komentarzy:

  1. Takie utwory powodują, że czuję się jakbym miała naście lat, pobudzają ciekawość, rozmywają to okropne znużenie, wynikające z nudy i pozorów przekonania, że wszystko się już wie i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć.
    Głębokie ukłony dla autora i moja prywatna nagroda - uśmiech nr 77.
    I koniecznie autorze bis, bis!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autorze AiR, czy jest szansa na Twój autograf?

      Usuń
    2. Dziękuję za słowa uznania, jest mi bardzo miło. A co do autografu, to oczywiście dostaniesz... :*

      Usuń
    3. Ja też chcę, do cholery!
      Znaczy, precyzując, autograf, nie kissa. :)

      Usuń
    4. Dostaniecie i jedno i drugie :)

      Usuń
    5. No pewnie, że dobra... ;)

      Usuń
    6. Aha, proszę podajcie mi swe adresy pocztowe na mój adres email: danieell@onet.eu - chciałbym Wam przesłać moje autografy - OK.?

      Usuń
  2. I jeszcze w sprawie "Wilków i Spartan2".
    Jak cudownie jest poznać tak wspaniałego Tatę i jego wspaniałego Syna. :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Opowieści o dziecku... Tez mam takie... Pierwsze słowo mojej córki brzmiało "Puciaści- pszczylaszczka" -podwójne i ortograficznie sporne. A teraz... buja gdzies po dorosłym swiecie...Lwie- nie mogę tego czytać bo krtań mi zaciska i boje się, że tak zostanie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, Ewo, a to nawywijałem!... :)
    Ale i sam sobie ambaras z tą krtanią uczyniłem.
    Re-Eunice, uściski!
    A i z pistoletu do Ciebie strzelam!
    Wodą przegotowaną. ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super z tym pistoletem. :)
      Kurcze, drogi Lwie tylko dlaczego ta woda jest słodka? ;P

      Usuń
    2. Przecież to oczywiste - każdy Lew jest słodki, jak go podrapiesz za uszkiem... :)

      Usuń
    3. No i zdradzona tajemnica!!
      Kto teraz będzie bał się Lwów??

      Usuń
  5. Pewnie, że podrapię za uszkiem. Mieć oswojonego Lwa to jest dopiero coś. ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko - ryzykowne!
      ;)

      Usuń
    2. Re-Eunice - polecam Ci lekturę Jana Smida - "Czyste radości mojego życia" - właśnie o pewnym komiwojażerze i lwicy. Boska lektura!

      Usuń