poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Wodna assasynacja

Sprawa zaszła już za daleko, by to odwołać. Mały Lew śpi, a duży zaśnie zaraz.
Tyle, że pod ich łóżkami spoczywa sprzęt ciężki.
Pistolety maszynowo-pompowe na wodę.
Atak assasynacyjny zaplanowany jest na wczesny świt. Huroni i Siuksowie zawsze atakowali o świcie. Wróg jest wtedy tyle wart w polu /walki/ co kontrafagot potłuczony konarem dębowym.
Słaba użyteczność obronna, kontruderzeniowa zerowa.
Dlatego Lwy uderzą o świcie.
Oczywiście o takim świcie, który pozwoli im się wyspać. Wszak niewyspane oko może pomylić cel z kontrafagotem.
A niewyspana ręka zmarnować amunicję.
Dlatego świt zaplanowany jest na 11.00.
Całkiem dogodny świt, jak się wydaje.
Być może Huroni kręciliby nosami, a Siuksowie wymówili sojusz.
A co z celem?
Cóż, jest nim brat Dużego Lwa, nazwijmy go Rosomakiem.
Rosomak zrobił wiele, by zostać celem. Na przykład utrącił dzień przed świętami ucho z pasiastego kubka. Ten kubek miał całkiem wielkanocne pasy: zielone, żółte, fioletowe...
Bardzo duże faux pas ze strony Rosomaka.
A jeśli dodać, że Rosomak już trzy razy zamknął kota w szafie...
Cóż, magazynki są pełne. A Stalin wyraźnie powiedział:
- Jest człowiek - jest problem. Nie ma człowieka - nie ma problemu.
To chyba taki pionierski pragmatyzm.
Magazynki pełne.
A woda irlandzka ma ponoć dużo bakterii.
Kłopot jest tylko jeden. Rosomak też ma swój wodny pistolet. Trzyma go w śpiworze.
Dziwny zwyczaj spać z bronią.
I ta cała podejrzliwość... Rosomaki to bardzo nietaktowne stworzenia.
Jutro o świcie...
A tymczasem zapraszam do opowiadania AiR. Tajemnice, technologie, wędrówki w czasie.
No i to słynne już poza granicami Nemei erotyzowanie-kandyzowanie.
W sam raz na drugi dzień świąt!

Nadesłał: AiR
Tajemnica Horheberis. Część pierwsza.

I


- Czasami życie pisze dziwniejsze scenariusze i stwarza dziwniejsze sytuacje, niż to sobie wyobrażamy – powiedziała piękna kobieta w zielonym bikini tuląca się do postawnego mężczyzny.
- To akurat jest jakiś truizm Janto – odpowiedział obejmując ją mocniej ramieniem – i obowiązuje on w waszym i naszym świecie.
- Ależ masz rację kochany, tym niemniej nie zmienia to postaci rzeczy – odpowiedziała Janta wpatrzona w błękitniejącą dal oceanu. – I zaraz się o tym przekonasz.
- A zatem czekam – odrzekł mężczyzna – mów, ty moja Szeherezado…


* * *


Stałam pod tablicą z napisem
Quai 11eme i patrzyłam na stojący na dalekiej redzie ogrom. Potężny, czterokominowy liniowiec, lśniący bielą nadbudówek i czernią kadłuba stał w nierealnej, niemal londyńskiej mgiełce jak nierealny przybysz z innego świata. Cherbourg żegnał nas kwietniową, chłodnawą mgłą i mżawką. W mgiełce otulającej port widziałam jego światła topowe i czerwone, lewoburtowe, a do tego pięć rzędów oświetlonych à giorno okien i bulai. Dochodziła siódma wieczorem. Mgła gęstniała…
Czekałyśmy na ostatni tender, który miał nas zawieść na transatlantyk. Oliwia O’Connor i ja – Amadea Wildbury-Harsholm. Wracałyśmy do Ameryki z Egiptu, gdzie towarzyszyłyśmy ekspedycji lorda George’a Herberta Carnarvona. Byłyśmy rysowniczkami, do obowiązków których należało sporządzanie rysunków artefaktów, map, szkiców, obiektów architektonicznych i słowem wszystkiego, co uczeni uznali za stosowne. Wprawdzie istniała najnowsza pomoc – fotografia, ale nasze oczy i ręce były równie przydatne jak wielkie skrzynie na trójnogach…


Nasze bagaże były już na statku, a my czekałyśmy na jeszcze jedną specjalną przesyłkę z naszej ekspedycji, która gdzieś się zawieruszyła. Miałyśmy z nią same kłopoty – była to mumia jakiejś egipskiej księżniczki, która miała płynąć z nami do jednego z muzeów Nowego Jorku na dalsze badania. Najpierw zawieruszyła się gdzieś na statku „Amon Ra”, którym płynęłyśmy z Luksoru do Aleksandrii. Potem omal nie doprowadziły do katastrofy parowca „Olivier”, którym płynęłyśmy do Marsylii. Potem były z nią problemy przy transporcie koleją do Paryża i z Paryża do Cherbourga. W Paryżu skrzynia zagubiła się i musiałyśmy czekać dwa dni, zanim ją znaleziono… Teraz znowu były z nią jakieś problemy na cle. Gdybym była przesądna, to powiedziałabym, że ona jest „jonaszem” – osobą przynoszącą pecha wszystkim statkom, którymi podróżuje…
Obok nas stali pasażerowie z „Nomadica”, mniejszego statku, który stał przy kei. Spojrzałam, jak pani i pan Astor nerwowo przechadzają się po kei. Obok nich stała nieporuszenie Molly Brown. Oni byli chyba ostatnimi z wielkich – Guggenheimowie i inni zaokrętowali się już wcześniej…
- Mademoisielles…? – usłyszałam za sobą.
Odwróciłyśmy się jak na komendę. Francuski celnik zasalutował uprzejmie.
- Proszę? – odezwałam się.
- Wasza zguba się znalazła. Właśnie ją ładują – uśmiechnął się – nawiasem mówiąc będzie miała ciekawe towarzystwo.
- Ou, a to jakie? – zainteresowała się Oliwia.
- Też staroć, tylko trochę młodsza od waszej. To rzeźba le mauffé. Ponoć z czasów Templariuszy, ale kto tam wie… Mogę to paniom powiedzieć jako sawantkom.
Oliwia uśmiechnęła się czarująco.
- Panie wybaczą – rzekł celnik i zasalutował – życzę przyjemnej podróży – rzucił na odchodnym.
- Wreszcie – mruknęłam – możemy wreszcie wyjść na keję.
I wyszłyśmy wmieszane w różnokolorowy i różnojęzyczny tłum emigrantów zmierzających do Ziemi Obiecanej Lincolna i Waszyngtona.
Tender odbił wreszcie od kei i wreszcie sycząc i postukując maszyną parową zaczął skracać dystans dzielący nas od drzemiącego na fali kolosa. Spodziewałam się, że jest wielki, ale nie widziałam jeszcze czegoś tak ogromnego. Z ulotki reklamowej przy bilecie wyczytałam, że od niego był większy tylko RMS „Olympic”, ale on był najbardziej luksusowym parowcem, jakiego nosiły morskie fale. Pływający pałac. Marzenie o czymś nieziszczalnym. Cud techniki XX wieku. Po pół godzinie tender dobił do jego czarnej burty, na której zamieszczono wielkie złote litery układające się w napis – nazwę tego pływającego kolosa i jego port macierzysty:

TITANIC

LIVERPOOL

Embarkacja pasażerów przebiegała sprawnie i po kilku minutach znalazłyśmy naszą kabinę na pokładzie D - drugiej klasy. Nasz chlebodawca niezbyt się wysilił, ale nie mogłyśmy narzekać. Mogłyśmy być tylko we dwie i nie musiałyśmy się nikomu tłumaczyć, co i jak, czemu i dlaczego. Dwie samotnie podróżujące kobiety wzbudzały niezdrowe sensacje na Wschodzie i tutaj – wbrew pozorom – też.

- No, wreszcie – westchnęła Oliwia i klapnęła na wygodne łóżko. Zdjęła ciężki płaszcz i ciepły czepek, a jej miedziane włosy spłynęły we wdzięcznych puklach na plecy i ramiona. – Wiesz, że mam już dosyć tej całej podróży…
- Ja też – powiedziałam zdejmując swoje palto i kapelusz – to tylko sześć dni i będziesz się przechadzać po Broadwayu.
Po gorącym słońcu Egiptu było nam po prostu zimno. Wprawdzie byłyśmy przyzwyczajone do podróży, ale konieczność zmiany ciuchów wraz ze zmianą szerokości geograficznej dawały się nam we znaki… Miałyśmy nadzieję, że w Stanach będzie cieplej, niż w Europie – pochmurnej i zakatarzonej.
Naraz pokład drgnął lekko pod naszymi stopami, a potem zaczął delikatnie wibrować. Zrozumiałam – maszyny ruszyły całą naprzód i statek zaczął obracać się dziobem w kierunku pełnego morza. Był 10 kwietnia, godzina ósma wieczorem czasu Cherbourga…


* * *


- Czyli twoja prababcia płynęła wtedy „Titanikiem”? – zdumiał się Bob.
- Oczywiście, głuptasie – odpowiedziała Janta i znów wpatrzyła się w oceaniczną dal.
- I co było dalej? – zapytał Bob. – Bo jak na razie, to przypomina mi się „Titanic” Jeana Negulesco, o ile mnie pamięć nie zawodzi…
- Nie zawodzi, bo tak wtedy właśnie było. Odprawa pasażerów na „Titanica” miała miejsce przy Quai 11eme, zapewne dzisiaj to by był Gate 11 – odparła Janta. – To był przecież 1912 rok, czasy edwardiańskie, ale nad Europą zaczęło krążyć widmo Wielkiej Wojny.
- Twoja babcia podróżowała z koleżanką?
- Przyjaciółką – sprostowała Janta – obie były rysowniczkami, obie fotografowały i obie były sawantkami, więc siłą rzeczy to zbliżyło je do siebie.
- No tak, masz rację – odpowiedział Bob – a zatem słucham, co było dalej…


* * *


Następnego dnia „Titanic” dobił do kei portu w Queenstown. Stałyśmy obie na pokładzie widokowym patrząc na widoczne w oddali zielone wzgórza Irlandii. Oliwia miała łzy w oczach.
- Mam ochotę tutaj wysiąść – powiedziała.
- Jesteś Iryjką, to zrozumiałe – powiedziałam – ale Amerykanką też i to już w trzecim pokoleniu… Urodziłaś się w Stanach.
- Tak, ale coś mnie tu ciągnie – odpowiedziała – tak jakbym instynktownie wiedziała, że moja prawdziwa ojczyzna jest tutaj, a nie tam…
Objęłam ją ramieniem, i teraz mnie udzielił się jej smutny i nostalgiczny nastrój.

Naraz coś go zakłóciło. Niemal namacalnie poczułam na sobie czyjś wzrok. Ostrożnie odwróciłam głowę i spojrzałam w lewo, ponad głową Oliwii. Na wyższym pokładzie, klasy pierwszej stał jakiś mężczyzna, który wpatrywał się w nas swym przenikliwym wzrokiem. Właśnie on, bo wszyscy inni patrzyli w kierunku portu, skąd właśnie przybywał tender przywożący resztę pasażerów do Nowego Jorku. Przeważnie emigrantów z Irlandii. Ubożuchnych, ale z wielkimi nadziejami i ambicjami…

A ten facet gapił się na nas, jak sroka w kość. Nie podobało mi się to. To mógł być po prostu jakiś lew salonowy, który postanowił poderwać dwie samotne kobiety. To mógł być jakiś Kuba Rozpruwacz, który miał ochotę nas zamordować. Mógł to wreszcie być ktoś, kto miał ochotę na nasz ładunek znajdujący się w przepastnej ładowni statku. Wraz z odkryciami Carnarvona i Cartera w Europie i Ameryce wzrósł popyt na starożytności i…
Bzdura – pomyślałam sobie – dlaczego akurat przyczepiłby się do nas? Na dwa tysiące pasażerów na tym statku doczepił się akurat do nas. Bzdura…
Ale ta myśl nie dawała mi spokoju.
Od morza pociągnęło chłodem i wilgocią.
- Chodźmy stąd – powiedziałam – zimno mi.
Wróciłyśmy do kabiny. Otworzyłam moje notatki i zabrałam się do studiowania napisów, które znajdowały się na trumnie księżniczki Hor-heb-eris. Tej, która teraz jechała z nami do Ameryki. Dziwne to było imię, bo nie pasowało ani do języka staroegipskiego ani do greki. Hebrajski i aramejski odpadały w przedbiegach – nie były używane na dworze faraona z XVIII Dynastii…
- Co zamierzasz zrobić? – zapytała Oliwia.
- Przede wszystkim ustalić, kim ona była w państwie. I rzecz ciekawa, o niej nie ma ani słowa w napisach i papirusach. Wygląda na to, że ona była…
- Przeklęta? – Oliwia uniosła brwi. – Ona właściwie nie ma żadnych ozdób, zaś jej miejsce pochówku było odosobnione od innych członków rodziny. To by pasowało. Na tamtym świecie, na polach Ozyrysa, nie będzie miała ani złamanego grosza…

II

Wieczorem, przy kolacji rozglądałam się za tajemniczym nieznajomym, ale nie zauważyłam nikogo, kto nawet przypominałby niego. Otaczali nas ludzie ze średnich klas społecznych – pod tym względem „Titanic” dokładnie odzwierciedlał edwardiańskie społeczeństwo. Mieszkałyśmy i jadłyśmy na pokładzie D. Nie sądziłam, by ktoś z górnych pokładów zszedł do społecznych dołów. To, że akurat miałyśmy kabinę drugiej klasy chroniło nas przed ludźmi z high-society oraz z dołów społecznych. Czy ktoś mógłby nam zagrażać ze współpasażerów? Poważnie w to wątpiłam, zresztą kto mógłby na nas dybać? Nie miałyśmy zbyt wiele pieniędzy, nasze ciuszki też nie były wiele warte, wątpię też, by interesowały kogokolwiek nasze notatki, szkice i zdjęcia. Jedyną rzeczą, jaka stanowiła jakąś wartość materialną (a raczej historyczną czy kolekcjonerską) była złośliwa mumia księżniczki Horheberis, znajdująca się teraz w ładowni na pokładzie E.
Spokojnie zjadłyśmy wieczorny posiłek i zastanawiałyśmy się nad spędzeniem wieczoru. Brzegi Irlandii znikły już w pomroce i na horyzoncie migały światełka statków i kutrów rybackich, które trzymały się wód przybrzeżnych. Około dziesiątej wieczorem „Titanic” wykonał skręt w kierunku południowo-zachodnim i położył się na właściwy kurs ku Ameryce. Poszłyśmy do kabiny i położyłyśmy się zasypiając od razu twardym i mocnym snem.
* * *

- Tak to wyglądało w ten pierwszy dzień podróży? – Bob poprawił się na swym miejscu.
- Wiesz, wszystko się dopiero rozkręcało – odrzekła Janta kładąc głowę na kolanach Boba by móc patrzeć mu w oczy – nasze dziewczyny dopiero się przyzwyczajały do nowej sytuacji, nowych ludzi i statku. To nie to, co teraz, a nawet to, co pokazał Cameron też było ewenementem, a nie regułą. Liebermann zresztą też. I Negulesco. Zawsze ten sam schemat: ona piękna i bogata, on biedny albo vice-versa poznają się i w ciągu jednej chwili zakochują się w sobie. A potem mają tylko pięć dni z wiadomym efektem – on ginie, ona zostaje z rozpaczą w sercu i traumą na całe życie…
- Fakt – Bob wzrusza ramionami – w tym rejsie nic nie było normalne.
- Jak to?
- Oczywiście. Statek nie był nawet ochrzczony. Nie oblano jego dziobu szampanem, musującym winem, zwykłym winem czy choćby wodą morską.
- Ach tak? – brwi Janty powędrowały wysoko w górę – o to chodzi, i to miałoby być powodem?
- A dlaczego nie? – zrewanżował się jej Bob – przecież marynarze to ludek wybitnie przesądny…


* * *


W nocy miałam wrażenie, że w naszej kabinie ktoś jest. Leżałam nie otwierając oczu i wyraźnie czułam obecność kogoś trzeciego. Nasłuchiwałam, ale poza odgłosem pracy maszyn i oddechem Oliwii nie słyszałam niczego. Ostrożnie otworzyłam oczy i omiotłam kabinę szybkim spojrzeniem. W świetle mżącym tutaj z górnych pokładów nie widziałam nikogo. Poruszyłam się.
- Amadeo – usłyszałam cichy szept Oliwii – nie śpisz?
- Nie, już nie – odpowiedziałam równie szeptem – co się stało.
- Ktoś tutaj był – szepnął. – Wyraźnie to czułam.
Poczułam kolnięcie leku, ale nie dałam po sobie tego poznać.
- Kto to był? – zapytałam ziewając szeroko. – Mam nadzieję, że jakiś przystojniak…?
- N… nie – odparła. – Nie wiem…
Nie do wiary, ale Oliwia szczękała zębami.
- Boję się – szepnęła. – Tutaj straszy!
No nie, tego jeszcze nie było – Oliwia O’Connor się boi! Kobieta, która położyła trupem lwa pakując mu w łeb cały bębenek ze swego S. & W., kiedy temu zachciało się świeżego ludzkiego mięsa, boi się duchów! Tego jeszcze nie było!
- Chyba żartujesz – wymamrotałam – odwróć się do ściany i spróbuj zasnąć.
- Mówię ci, ktoś tutaj był – Oliwia usiadła na łóżku i zapaliła lampkę – to była ona.
Usiadłam na łóżku i wbiłam w nią wzrok.
- Kto? Jaka ona? Co ty bredzisz kobieto?
Oliwia przytuliła się do mnie, jakby szukała wsparcia i obrony.
- On… ona… - powiedział pokonując szczękanie zębami – księżniczka Horheberis…
Robi mi się zimno.
- Opowiadasz bajki – mówię spokojnie – ona już nie żyje od dwóch i pół tysiąca lat z okładem. Nie mogła tutaj przyjść.
- A jednak tu była – Oliwia powoli wraca do siebie – czułam ja tak, jak teraz ciebie!
Mogę jej wierzyć – ona będąc Irlandką miała ten szósty i siódmy zmysł… Iroszkoci potrafią wiele, o wiele więcej, niż normalni ludzie, w których cywilizacja zabiła ducha Przyrody i stępiła naturalną czujność dzikiego zwierzęcia. Słyszałam niejedną dziwną historię o możliwościach iryjskich czarownic i jasnowidzów.
Do rana nie mogłam zmrużyć oka. Najgorsze było to, ze nie potrafiłam znaleźć jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia dla tego, co się działo tej nocy…
Całe przedpołudnie spędziłyśmy na pokładzie i korzystałyśmy z bladego – w porównaniu z Egiptem – słoneczka, które tutaj troszeczkę tylko przygrzewało. Rozglądałam się za facetem ze świdrującym spojrzeniem, ale znów go nie zauważyłam. Może wydawało mi się tylko, że nas śledził, a może po prostu byłam przewrażliwiona…
A jednak zobaczyłam go po lunchu, kiedy znów wyszłyśmy na pokład spacerowy. Zanim zdążyłam cośkolwiek powiedzieć Oliwii, podszedł do nas uchylając kapelusza.
- Panie są takie samotne – zaczął – że aż się prosi, by to zmienić.
- A skąd pan wie, że jesteśmy samotne? – odparłam.
- Ależ to widać od razu! – powiedział.
- Taki pan spostrzegawczy? – odpaliła Oliwia. – A tak nawiasem mówiąc, to nie rozmawiam z nieznajomymi.
- Skąd pan wie, czy nie mamy fatygantów? – zapytałam.
Uśmiechnął się.
- Ależ to widać! – zawołał – po pierwsze nie nosicie żadnych obrączek i pierścionków, a zatem nikt się wami nie zainteresował. Aż do dzisiaj…
Parsknęłyśmy śmiechem.
- A to miłe! – powiedziała Oliwia – a tak już by the way, to kim pan jest rycerzu i nasz obrońco?
Na to mężczyzna zasypał nas gradem miłych słówek i frazesów. Zrozumiałam, że gość nazywa się Alexandre de Saint Claire jest Francuzem czy Szwajcarem i że płynie do Nowego Jorku w interesach, co akurat mnie nie zdziwiło, bowiem większość z górnych pokładów płynęła tamże i też w interesach.
- A drogie panie jak widzę, zajmują się starożytnym Egiptem?
- Owszem, ale nie jesteśmy uczonymi a raczej czymś w rodzaju personelu pomocniczego od rysowania, fotografowania i tak dalej.
- N…zwyczajne – powiedział – i panie się na tym znają?
- Owszem, lord Carnarvon zatrudnia także kobiety.
- Które potrafią rysować i fotografować? – zdumiał się. – Nie sądziłem, by kobiety zajmowały się takimi rzeczami i to w Egipcie. Teraz rozumiem, dlaczego panie mają tak ogorzałe twarze.
- Zdziwiłby się pan, bo i całą resztę ciała też – powiedziała Oliwia zaczepnie.
- Panie wybaczą ciekawość, ale jak to zrobiłyście?
- Opalałyśmy się bez ubrań, to chyba oczywiste – odparłam. – Trudno jest pracować w tak ostrym słońcu w takim ubraniu, czyż nie?
Parsknęłyśmy śmiechem. Alexandre był wyraźnie zaskoczony i zainteresowany.
- Czy panie jesteście?... sufrażystkami?
Roześmiałam się podnosząc rąbek spódnicy.
- Jakoś nie noszę blue stockings – odparłam – tylko wełniane podkolanówki. Są wygodniejsze i nie muszę nosić tego idiotycznego chomąta na pończochy… A co do pańskiego pytania, to Francuzi mówią o nas les savantesses
I tak rozmawiając i przekomarzając się dotrwaliśmy do kolacji, którą zjedliśmy w wesołym nastroju.

III

Do naszej kabiny na pokładzie D wróciłyśmy w doskonałym nastroju. Alexandre był doskonałym kompanem i uroczym towarzyszem zabawy, ale jednak było w nim coś, przed czym ostrzegała mnie intuicja. Może dlatego, że tak nachalnie nam się narzucił licząc na podryw, a może dlatego, że ja byłam przewrażliwiona… Za to Oliwii to nie przeszkadzało – była zachwycona i wesoło paplała o nim, kiedy szłyśmy do naszej kajuty.

Kiedy weszłyśmy, Oliwia spochmurniała nagle.
- Czy znów się powtórzy to… No wiesz, ta nocna wizyta?
Wizyta! Ładnie i delikatnie to nazwała.
- E, nie sądzę, pewnie ci się coś przyśniło. Normalny człowiek w otoczeniu mumii i grobowców sam wreszcie nasyca się ich atmosferą – powiedziałam tonem łagodnej perswazji – i zapewne zapada to gdzieś w kąciki mózgu, a kiedy śpisz, wychodzi i zsyła na ciebie koszmary. Na twoim miejscu zażyłabym bromu i spała jak zabita. Notabene mamy wreszcie okazję się porządnie wyspać.
Powiedziałam to ciurkiem, ale w moim mózgu paliły się ostrzegawcze światła. Coś było nie w porządku, działo się coś, co nakazywało się mieć na baczności.
Rozejrzałam się po kabinie i już wiedziałam. Rozłożone notatki na stoliku były w nieładzie, ale ten nieład był zaplanowany przeze mnie. Teraz notesy i karty papieru, blok ze szkicami i fotografie leżały w innym porządku, niż wtedy, kiedy wychodziłyśmy.
Tego byłam absolutnie pewna. Ktoś tu był i ktoś tu grzebał szukając czegoś. I nie był to bynajmniej duch.
Usiadłam przy stoliku i pobieżnie przeleciałam wszystkie papiery. Na oko były w porządku i żadnego nie brakowało. Czyżby ktoś sobie je tylko przejrzał i poszedł słysząc, ze nadchodzimy? Ale coś takiego wymagało już współdziałania trzech osób: jednej, która przegląda naszą kabinę, jednej stojącej na czujce i jednej, która…
Boże! – pomyślałam – ależ ja byłam głupia!
- Ty masz rację – mruknęłam do Oliwii – tu rzeczywiście ktoś był.
- A widzisz! – zatryumfowała – a nie mówiłam!
- I to nie był duch, ale żywy człowiek, który bardzo interesował się moimi notatkami.
Oliwia westchnęła i spojrzała na mnie z dezaprobatą.
A ja omiotłam wzrokiem zegarek, była za kwadrans jedenasta w nocy. Kończył się dzień 11 kwietnia…


* * *


- Czy tak mogło być, że jeden facet podrywał dwie samotne kobiety? – rzekł Bob – w tamtych czasach?
- No, nie było to aż takie dziwne i niezwykłe – odparła na to Janta – to był już początek XX wieku, sufrażystki, feministki, walka o prawa kobiet, Women’s Lib, i tak dalej i temu podobnie. „Titanic” wprawdzie należał do epoki edwardiańskiej, ale ta epoka odchodziła powoli w niebyt historii, a pierwsza Wielka Wojna zadała jej cios ostateczny, a po niej nadeszły szalone lata międzywojnia.
- I co było dalej? Przyznaję, że zaczęło być intrygująco: mroczne kobiece widmo, tajemniczy wielbiciel, i jacyś goście kabinowi…
Janta uśmiechnęła się tylko i powróciła do przerwanej opowieści…


* * *

Trudno mi było zasnąć, choć jednostajny pomruk pracujących maszyn i szum rozcinanej dziobem statku wody działał uspokajająco. Pogoda była cudowna i patrząc przez bulaj widziało się lśniące gwiazdy.
Za trzy albo cztery dni będę w domu – pomyślałam leniwie – posiedzę trochę w Nowym Jorku, a potem kiedy się zrobi cieplej pojadę do Rohde Island albo Vermont…
Miałam serdecznie dość gorącego i suchego Egiptu. Oliwia też. Chociaż miałam nadzieję tam jeszcze powrócić. Coś nas tam ciągnęło.
I z tą myślą usnęłam.
Przebudzenie było nagłe. Usłyszałam jakiś głos wołający moje imię. Wstałam i narzuciłam na siebie szlafrok. Zrazu wydawało mi się, że głos dobiega z zewnątrz, ale myliłam się, na zewnątrz nie było niczego poza ciemną wodą prutą dziobem „Titanica”. Musiałyśmy mieć niezłą jazdę, bo odkosy dziobowe były głębokie i pieniły się w ciemnościach bezksiężycowej nocy. Nad oceanem lodowato lśniły gwiazdy. Wyszłam na korytarz i znów usłyszałam swe imię. Ruszyłam za głosem i zaczęłam schodzić w dół, na pokład E, a potem do jednej z ładowni po lewej burcie statku na pokładzie F.
I wtedy stało się to. Ni stąd ni zowąd przede mną zmaterializował się jakiś niewysoki mężczyzna ubrany w mundur White Star Line.
- Co panienka tutaj robi? – zapytał przymilnym głosem – czy panienka czegoś szuka?
- Ktoś mnie tutaj wołał – odparłam zgodnie z prawdą – czy to pan wołał mnie po imieniu?
- Powiedzmy, że tak – odparł nieco arogancko i podniósł głowę, a ja na widok jego twarzy poczułam nieprzyjemny thrill na grzbiecie…
Jego twarz była niespodziewanie wąska. Czarne, kręcone włosy wypadały niechlujnie spod czapki. Spód twarzy pokrywała kozia bródka, a jego cera wyglądała jakby spaliło ją słońce przez wiele lat. Wąskie usta i haczykowaty nos dopełniały reszty. Zachichotał.
- Nie jestem piękny, czyż nie?
- Szczerze? – odparłam nieco wkurzona – przypomina mi pan diabła z opowieści naszych babek.
- A może nim po prostu jestem? – rzekł z jawną kpina w głosie.
- Może, ale i tak ci duszy nie oddam – odrzekłam – zresztą zdziwiłbyś się nieco, gdybyś ją zobaczył…
Uśmiechnął się złośliwie.
- Ależ wiem, Syrenko, wiem o tym doskonale – rzekł z szyderstwem w głosie – Ty i twoja przyjaciółka umkniecie swemu losowi, ale wielu ludzi pójdzie ze mną do Otchłani…
Poczułam drgnienie grozy.
- O czym ty gadasz? – krzyknęłam.
- O tym, co się stanie za dwa dni. I długo o tym będzie mówił lud w swych bajaniach…
- Co się stanie! – krzyknęłam.
- Zobaczysz… Jeszcze tylko dwa dni!… Dwa dni...
Ruszył korytarzem i rozpłynął się za grodzią.
Krzyknęłam z przerażenia i obudziłam się.
Nade mną pochylała się Oliwia. Jej twarz wyrażała przerażenie.
- Co się stało? – zapytałam.
- To lepiej ty mi to powiedz – rzekła Oliwia – rzucałaś się i krzyczałaś przez sen.
Odetchnęłam z ulgą. To był tylko koszmar. Chociaż…
- Śnił mi się diabeł. Przepowiadał jakąś katastrofę, za dwa dni…
- A widzisz!? – wykrzyknęła tryumfująco. – Nie wierzyłaś!
- A co, tobie też to przepowiedziano? – zapytałam z ciekawością, która wyparła strach.
Oliwia patrzyła na mnie ze strachem i to niekłamanym.
- N…no nie… - odrzekła – ale też mam takie wrażenie, że coś się święci.
Naraz coś zaświtało mi w głowie.
- Słuchaj Ollie – powiedziałam – co to znaczy le mauffé?
Jej twarzyczkę wykrzywił grymas zastanowienia.
- Nie wiem. Wprawdzie się uczyłam francuskiego, ale nie przypominam sobie, by cos takiego tam było…
- A jednak ten celnik… - powiedziałam.
- Co za celnik, jaki celnik??? – Oliwia zamrugała oczami – o czym ty…?
Naraz kamyczek wskoczył w swoje miejsce układanki.
- Ollie, on mówił coś o Templariuszach!
- Nnnooo mówił, i co z tego?
- Oni czcili kogoś, kogo nazywali Baphometem.
Oliwia skinęła głową.
- Zgadza się, faktycznie – przyznała.
- A wiesz jak to nazywali ludzie spoza zakonu?
- Le mauffé?
- Właśnie! I wiesz, co to znaczy? Po starofrancusku tyle, co… diabeł!
Oliwia pobladła.
- Czy to znaczy, że mamy na pokładzie diabła?
Skinęłam głową.
- A pisali, że tego statku nawet Bóg nie jest w stanie zatopić… - mruknęła Oliwia.
- Nam nic nie grozi, jesteśmy Syrenkami i…
- …i zdołamy się uratować, a reszta?
- Możemy spróbować ich ostrzec, ale co to da? Uznają nas za wariatki i zamkną w jakimś karcerze.
Nawet nie wiedziała, jak była blisko prawdy. Spojrzałam na zegarek. Był 12 kwietnia, wpół do dziesiątej rano.

IV

Jaskrawo świecące słońce od razu przegoniło wszystkie strachy. Wydarzenia i sny stały się nierealne i nawet zabawne w jego blasku. Jedząc śniadanie zastanawiałyśmy się nad dalszym spędzeniem tak rozpoczętego dnia.

- Jak ci się podoba nasz Sandy? – zapytała Oliwia rozmarzonym tonem.
- Ujdzie, a co?
- Mam na niego ochotę – zamruczała – jak chcesz, to możesz się do nas przyłączyć.
- A jak odmówi? – zapytałam kpiąco – to co wtedy zrobisz?
Oliwia uśmiechnęła się czarująco.
- Idę o zakład, że zaciągnę go do łóżka. Już dzisiaj wieczorem. Stawiam dziesięć dolarów.
- Damn it! – niemal wykrzyknęłam – przyjmuję zakład. A co z naszą księżniczką?
- Poczeka – Oliwia machnęła lekceważąco ręką – zabierzemy się za nią w Nowym Jorku. A na razie zabawmy się…
Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, ale potem dałam sobie spokój. W końcu też mi się coś należało od życia.
Alexandre pojawił się od razu po śniadaniu.
- Zabieram panie na zwiedzanie tego statku – oznajmił – mam nadzieję, że nie będzie wam nudno?
- Bynajmniej – oświadczyłam – a Oliwia jest wprost zachwycona, nie prawdaż?
Spojrzała na mnie, a ja mrugnęłam.
- Ależ oczywiście – powiedziała krygując się – zwłaszcza w towarzystwie takiego mężczyzny, jak pan, Alexandre…
- Proszę mi mówić Sandy – odpowiedział z galanterią – jesteśmy na statku, a to zwalnia z konwenansów.
Złapał przynętę – pomyślałam.
Najpierw zwiedziliśmy pokład C, gdzie znajdował się kapiący od złota i kryształu westybul, a potem wyszliśmy na pokład widokowy, znajdujący się nad pokładem A. rozejrzałam się wokół siebie. Było tam wiele kobiet i mężczyzn, jakieś zakochane parki i ludzie czytający książki i gazety na leżakach, próbujący złapać trochę słońca. Morze było gładkie i spokojne.
I puste.
Jak okiem sięgnąć nie było tam ani jednego dymu czy żagla. Znajdowaliśmy się na środku Atlantyku. Naraz moją uwagę przykuła drobna kobieta siedząca przy stoliku na którym leżały karty do gry. Było w niej coś dziwnie znajomego i jednocześnie tajemniczego. Patrzyłam na nią, a po chwili kobieta podniosła wzrok i nasze spojrzenia skrzyżowały się. Wiedziona jakąś siłą podeszłam do niej.
- Czy pani…? – zaczęłam.
Uśmiechnęła się. W spojrzeniu jej czarnych oczu było coś niepokojącego i przyciągającego jednocześnie.
- Czy ja panią znam? – zadałem wreszcie pytanie.
- Nazywam się Madame Bellinsky i jestem wróżką – oznajmiła spokojnym głosem – czy chcesz coś wiedzieć o swej przyszłości?
- A ja jestem… - zaczęłam, ale Madame przerwała mi.
- Wiem, kim jesteś – odpowiedziała – siadaj dziecko.
Szybko potasowała karty i podała mi je.
- Przełóż je do siebie, trzy razy – rzekła.
Przełożyłam.
Szybko rozłożyła karty w cztery rzędy po siedem w każdym. Były to zwyczajne karty do gry od szóstki w górę. Wpatrzyła się w układ i uniosła lekko brwi do góry.
- I co pani tam widzi, Madame? – zapytałam.
Spojrzała na mnie nieco nieobecnym wzrokiem.
- Mogę powiedzieć to, że to pierwszy pomyślny układ kart od kilku dni.
- Ou, to ciekawe – odrzekłam – a coś dokładniej?
Wsunęłam jej dwie gwinee w dłoń.
- No spójrz – rzekła wskazując na damę kier – to jesteś ty. Obok ciebie twoja przyjaciółka – wskazała na damę karo, która znajdowała się obok mnie.
- To Oliwia – odrzekłam – a ta trzecia?
- Tej się strzeż – odparła Madame – jest przy niej śmierć i tajemnica z drogi dalekiej.
O kim do cholery mówiła? – zastanowiłam się.
- Obok ciebie gołąbeczko wielkie nieszczęście, ale nic ci się nie stanie, rzekłabym, wyjdziesz z tego obronną ręką. Jest blisko. Coraz bliżej, jak u wszystkich. Ale ty ujdziesz z życiem…
Naraz jej oczy stały się szklane. Głos zgrubiał i zmatowiał, a po chwili przeszedł do świszczącego szeptu.
- Ta dama… uważaj… to ktoś wielki… wielki i przeklęty na wieki… jest… przy tobie… ona może nas wszystkich zgubić… jest przy niej zło, wielkie… wielkie kosmiczne zło… strzeż się czarnego posągu… uważaj… uważaj na siebie i na swoich bliskich… to będzie wkrótce… wkrótce ON objawi swą moc… uważaj…
Naraz jej głowa poleciała w tył, a po sekundzie oczy spojrzały przytomnie.
- Ale… - zaczęłam, ale nie pozwoliła mi dokończyć.
- Idź tam, skąd przyszłaś – powiedziała twardo. – Idź, i ostrzeż swoją przyjaciółkę.
Wykonała ręka gest, jakby mnie odpychała. Wstałam z krzesełka i rozejrzałam się. Oliwia i Sandy znikli mi z pola widzenia. Spojrzałam na stolik i zdrętwiałam, Madame nie było…
To wszystko jest jakąś paranoją! – krzyknęłam w duchu. – Gdzie ona jest???
Podeszłam do relingu i spojrzałam na wodę. Ani obok statku, ani w odkoszach czy kilwaterze nie było nikogo.
Tylko białe kostki lodu martwo unosiły się na granatowej wodzie…
Dałam sobie spokój z poszukiwaniami Madame Bellinsky i postanowiłam wrócić do kabiny. Zeszłam na pokład D i skierowałam swe kroki do naszej kajuty. Nie wiedzieć dlaczego, cicho podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Otworzyłam i stanęłam na progu.
Pierwsze, co usłyszałam to były ich oddechy. Oboje leżeli na łóżku, kompletnie nadzy. Sandy leżał na plecach, a Oliwia powoli całowała jego usta i ustawiała się by po chwili wsunąć jego nabrzmiałą męskość w swe wnętrze. Usłyszałam ja namiętnie całowali się. Pupcia Oliwii wolno unosiła się i opadała… Patrzyłam na to i czułam, jak stawiają się sutki na mych piersiach, a w dole brzucha poczułam przyjemne łaskotanie.
Na raz Sandy obrócił ją na plecy, a jej oczy otwarły się i spojrzały na mnie…
- Oh, jesteś wreszcie – szepnęła – zdejmuj te szmatki i chodź do nas. Szybciej…
- Ollie, robicie oboje to tak pięknie, że nie chciałam wam przerywać.
Zamknęła oczy.
- Amy, nie gadaj tyle, tylko się wreszcie rozbierz… - powiedziała półgłosem – i chodź do nas.
- Sandy, chcesz się kochać także ze mną? – zapytałam przekornie.
Wiedziałam, że chciał.
I to bardzo.
- Też pytanie – odpowiedział – mieć w ramionach dwie takie piękne kobiety. Każdy mężczyzna oddałby za to duszę diabłu.
Mimowolnie wzdrygnęłam się, bo przypomniały mi się słowa Madame Bellinsky.
- Nie pomożecie mi się rozebrać? – powiedziałam żałosnym tonem – jesteście niedobrzy.
Oboje poderwali się łóżka. Po chwili jedno i drugie zaczęło zdejmować ze mnie suknię, halkę i resztę bielizny.
- Jesteście oryginalne – powiedział Sandy całując mnie w kark – nie nosicie gorsetów i pończoch?
- Pewnie, że nie - odparłam – nosić coś takiego przy pięćdziesięciostopniowym upale, to samobójstwo.
- No, rozumiem w Egipcie, ale tutaj? – Sandy był zdziwiony, ale mile.
- Tutaj też.
Objął mnie od tyłu, a jego dłonie spoczęły na moich piersiach, które zaczął delikatnie pieścić. Odwróciłam głowę i dałam mu usta. Ollie całowała mój brzuch, a po chwili poczułam, jak jej języczek wsuwa się w moje gniazdko rozkoszy…
Opadliśmy na koję…

V


Leżałyśmy obie na wznak przytulone do siebie. Za Sandym dawno zamknęły się drzwi, ale my jeszcze ziałyśmy ogniem spazmów szczytowania. Wracałyśmy powoli i nie spiesząc się z siódmego nieba.
- Co ciebie napadło? – zapytałam muskając wargami jej usta.
- Miałam ochotę na trochę przyjemności, a poza tym ten Sandy to niezły ogierek.
- Kim on w ogóle jest i co robi? – zastanowiłam się.
- Podobno jest kupcem i podróżuje w interesach pomiędzy Europą a Ameryką – odpowiedziała – a dokładniej to robi w chemikaliach. Ścislej w metalach nieżelaznych: ołów, miedź, cyna, cynk… W dziełach sztuki też, ma swoją prywatną kolekcję obrazów i posągów.
- Ciekawe – mruknęłam przewracając się na brzuch – czy nie mówił, że interesują go starożytności?
- Owszem – Ollie obróciła się również i dotykałyśmy się teraz drugimi bokami – ma jakieś egipskie i asyryjskie fanty z Egiptu i Mezopotamii. Aha, i z Grecji też.
Cholera! – przemknęło mi przez umysł – może to jakiś złodziejaszek?
- Mówiłaś mu o naszej… hmmm… podopiecznej?
Uniosła się i spojrzała na mnie z góry.
- Zgłupiałaś? – powiedziała z wyrzutem w głosie. – Taka głupia, to ja jeszcze nie jestem.
- Wiem – powiedziałam i połaskotałam ją.
Zachichotała i połaskotała mnie także. Po chwili znów tarzałyśmy się po łóżku w radosnej walce, póki nie położyłam się na niej i nie przydusiłam biodrami do pościeli, a potem coraz mocniejszymi ruchami doprowadziłam nas do kolejnego wzlotu na szczyt...
Kompletnie opadłyśmy z sił.
Ollie leżała bezwładnie na mnie dysząc szybko i płytko. Jej ciało było mokre od potu.
- Jesteś szalona Amy – Oliwia szepnęła świszcząco mi do ucha – ale jednak ci czegoś brakuje…
- Ale za to przypomniałam sobie egipskie noce, na pustyni i pod namiotem…
- Hmmm… - westchnęła i zsunęła się ze mnie.
Odetchnęłam głęboko i pełną piersią.
Roześmiałyśmy się dając nura w pościel. Była za piętnaście dwunasta w nocy…
Otworzyłam oczy i stwierdziłam, że jestem w naszej kabinie, w bulaju świeci słońce, a ja spałam twardo co najmniej osiem godzin bez snów i majaków, które tak dręczyły mnie ostatnio. Spojrzałam na zegarek – dochodziła dziesiąta. Przespałyśmy śniadanie, ale zbliżała się pora lunchu i nie musiałyśmy się martwić, że uświerkniemy z głodu. A to właśnie głód mnie obudził.
Trzynasty kwietnia – niedziela.
Trzeba będzie jakoś zapełnić sobie ten dzień – pomyślałam leniwie – może przyjdzie znów Alexandre…
- Wstajesz? – Ollie odrzuciła kołdrę i przeciągnęła się rozkosznie prężąc swe ciałko – jestem potwornie głodna, więc odłożymy sobie na wieczór wszystkie fiki-miki…Parsknęłam śmiechem. Oliwia uwielbiała wszelkie fiki-miki – jak ona to nazywała, co nie przeszkadzało jej fachowo wykonywać swoją pracę. Była artystką i potrafiła wykorzystać swój talent.- Mam zamiar trochę popracować nad tymi papirusami – odrzekłam – chciałabym wreszcie wiedzieć, kim była nasza księżniczka i dlaczego wzbudza takie, hmmm – niezdrowe emocje.
- A w takim razie zamawiam sobie Sandy’ego – odpowiedziała – a ty idź ze swymi papierami na widokowy.
Zastanowiłam się na moment. Perspektywa spędzenia połowy niedzieli na widokowym po słonecznej stronie była kusząca, z drugiej strony…
- Dobra, masz pół dnia dla siebie i Sandy’ego – odrzekłam i podniosłam się z koi – ale pamiętaj, ani sekundy dłużej.
Roześmiała się.
- Akurat – mruknęła – może się przyłączysz do nas?
Po lunchu usiadłam sobie przy stoliku z moimi papirusami i zagłębiłam się w ich lekturze. Pierwsze dwa były jakimiś papierzyskami z wyliczeniami co kto komu jest winien i dlaczego. Rachunki i korespondencja handlowa. Dziwiło mnie to, na co księżniczce były potrzebne te papierzyska, zamiast wersetów z „Księgi Umarłych”. Już je miałam odłożyć, kiedy mój wzrok spoczął na verso jednego z nich. Widniał tam jakiś napis demotyczny, którego nie zauważyłam.
Powoli sylabizując przeczytałam go i poczułam, jak włosy stają mi dęba na głowie. Na kartach znajdowały się straszliwe przekleństwa rzucone przez niejaką Nefer-Nefer-Nefer-Nefer, królewską konkubinę na księżniczkę Horheberis. Najwidoczniej cały proces pochówku przebiegał szybko i używano byle jakich materiałów do rzucania klątwy na księżniczkę.
Ale dlaczego? – myślałam – co takiego Horheberis zrobiła pięknej po czterykroć Nefer, że ta obrzuciła ją taką mocną klątwą? Czyżby nienawiść taką, jaką żywiła Amneris do Aidy z opery Verdiego, którą widziałyśmy w Kairze. Poszło o fawor faraona? Ale Horheberis była jego córką, więc…
- Przepraszam panią – usłyszałam nad sobą – czy mogę z panią zamienić kilka słów?
Spojrzałam w górę i poczułam kolnięcie zimnego strachu. Ten mężczyzna miał w sobie coś niesamowitego. Miał może pięćdziesiąt lat. Był wysoki, miał co najmniej sześć stóp i pięć cali wzrostu. Czarne włosy wypadały niesfornie spod czarnego kapelusza, którego kresy ocieniały twarz. Głęboko osadzone, czarne oczy przeszywały spojrzeniem. Cera ciemna, jakby przepalona słońcem tropików. Jedynym kolorowym dodatkiem na tle czerni jego ubioru była czerwona apaszka zawiązana na szyi.
- Niechże się pani nie boi – powiedział łagodnie – nie jestem taki straszny, na jakiego wyglądam.
I uśmiechnął się uśmiechem dziecka. Radosnym. Rozbrajającym.
- Pani pozwoli - usiadł vis-à-vis mnie i jego spojrzenie omiotło moje papiery.
- Czemu mnie pan… - zaczęłam pytanie chcąc powiedzieć, czemu mnie zaczepia, ale nie pozwolił mi skończyć machnięciem ręki.
- I pani i ja mamy podobne zainteresowania, jak widzę – rzekł – nazywam się powiedzmy Smith. Co nie ma znaczenia, bo podróżuję incognito.
- No to i ja nie widzę powodu by się panu przedstawiać – burknęłam – czego pan ode mnie chce?
Uśmiechnął się znowu.
- Widzę, że siedzi pani nad hieroglifami, czyż nie?
- Czyż tak – odparłam – no i co z tego? Czyta pan hieroglify?
Jego twarz spoważniała, ale czarne oczy były wesołe.
- Owszem. Stosuję metodę Champolliona z dobrym skutkiem.
Spojrzałam na niego.
- Czy to nie dziwne? – zapytałam posyłając mu naiwne spojrzenie nastolatki złapanej na niedozwolonej zabawie.
- Co jest dziwne? – zainteresował się uprzejmie.
- A to, że na jednym statku spotykają się naraz ludzie interesujący się starożytnym Egiptem. I interesują się akurat starożytnymi papirusami.
Smith uśmiechnął się promiennie.
- Powiem pani – rzekł – Egipt stał się modny, ale to nie wszystko. Modna stała się jego magia. Wiezie pani mumię księżniczki Horheberis. Już pani wie, że jest ona przeklęta. I jak znam życie, chciałaby pani wiedzieć, dlaczego – nieprawdaż?
Poczułam, jak brwi wędrują mi do linii włosów. Smith, kimkolwiek był, znał hieroglify hieratyczne i demotyczne, bo inaczej nie wiedziałby tego, co ja. Musiał odczytać to teraz, patrząc na papirusy, które rozłożyłam na stoliku. No chyba że…
- Czy przypadkiem nie złożył mi pan wizyty w kabinie dwa dni temu? – zapytałam.
Roześmiał się hucznie, ale szczerze.
- Nie, łaskawa pani, na takie wizyty jestem już za stary, czego niezmiernie żałuję. Natomiast niepokoi mnie fakt, że jest nas tutaj więcej, i jak słyszę od pani, bardzo się interesują tajemnicą księżniczki Horheberis.
- No to może pan mnie oświeci, o co chodzi w tej historii?
Przechylił głowę i posłał mi rozbawione spojrzenie.
- Naprawdę pani jej nie zna?
- Nie, bo i skąd – odparłam – a pan skąd ją zna?
Pokiwał głowa wyraźnie rozbawiony.
- To dłuższa historia – powiedział.
- Mamy dużo czasu – odrzekłam – mam cały dzień dla siebie, a zatem z przyjemnością pana wysłucham.
- A zatem zacznę od tego, że…

* * *


Bob spojrzał ze zdumieniem na siedzącą obok niego Syrenę.
- Nie powiesz mi, że ten facet opowiedział twej prababci historię mumii?
- Powiem – Janta przytuliła się do niego. – Co więcej, opowiem ci tą historię, bo jest bardzo ciekawa.
- No to mów, ty moja Szeherezado – Bob objął ją ramieniem, a ona znów utkwiła spojrzeniem w bezmiarze oceanu…

VI

- Księżniczka Horheberis była jedną z wielu córek potężnego faraona Ahmosa i Ahmes-Nefertari, którzy panowali w latach tysiąc pięćset pięćdziesiąt – tysiąc pięćset dwadzieścia pięć przed narodzeniem Chrystusa – zaczął Smith.
- O ile wiem, to Ahmos nie miał córki o tym imieniu – odparłam.
- Oczywiście, że miał – Smith powiedział to z lekka przyganą w głosie – ale pamięć o niej, jak pani wie teraz, została wymazana.
- Ale dlaczego?
- Nie doczytała pani tego?
- Jeszcze nie. Wiem tylko tyle, że została przeklęta przez, właściwie przez wszystkich… Herheberis była piękną i żądną władzy kobietą. Nie miała jednak szans na uzyskanie pełni władzy, ta była zarezerwowana dla mężczyzn. Miała być poślubiona jednemu z nomarchów Górnego Egiptu. Jednak ten związek nie odpowiadał jej ambicjom i dlatego też zamordowała swego męża przy pomocy kobr, które wrzuciła mu nocą do sypialni. To pozwoliło jej przejąć cały nom i powoli wyeliminować rodzinę swego mężulka.
- I nie zwróciło to niczyjej uwagi? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Jako żona nomarchy i księżniczka stała poza podejrzeniami, a wszystko obmyśliła tak, by wyglądało to na normalne wypadki: ktoś zatruł się nieświeżym mięsem, ktoś nadepnął na skorpiona, pod kimś załamał się umocniony brzeg Nilu, ktoś wpadł do sadzawki krokodyli…
- I co dalej?
- Księżniczka wróciła na dwór i tam poznała Elii, kapłana Seta, który pragnął zostać faraonem i założyć swoją własną dynastię. Nie muszę chyba mówić, co oznaczała ta znajomość? Tych dwoje dobrało się, jak w korcu maku. Początkowo oboje próbowało się jak szermierze przed zadaniem ciosu, ale kiedy Elii wyznał Horheberis swe zamiary, od razu połączyli siły. Życie faraona Ahmosa znalazło się w niebezpieczeństwie.
- To znaczy, że zwróciła się przeciwko niemu jego własna córka? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Dokładnie tak. Horheberis zapragnęła tego, co udało się później królowej Haczepsut. Zamierzała osiągnąć to przy pomocy kapłana Seta, którego potem by i tak zdradziła…
- Skąd to wszystko pan wie? – zapytałam, bo nader dziwną wydała mi się ta opowieść.
- Mamy swe źródła wiedzy – odrzekł wymijająco Smith.
- No dobrze – odparłam – i co było dalej?
Smith zapalił papierosa w długiej cygarniczce i przez moment milczał patrząc na rozświetlony słońcem ocean.
- Potem oboje obruszyli na faraona i jego rodzinę klątwę Seta. Oczywiście kontrwywiad faraona wreszcie zebrał dowody przeciwko księżniczce i jej kochasiowi. Oczywiście nie można było powodować skandalu otwartym wytoczeniem im procesu, wybrano więc działania, że tak powiem, zapobiegawczo-odwetowe. Rzucono klątwę na oboje kochanków i ich stronników. Pewnej nocy nieznani sprawcy zarżnęli Elii w świątyni Seta, a następnego dnia księżniczka Horheberis obudziła się w łożu posypanym niezwykle ciężkim, białym, lekko świecącym w ciemnościach proszkiem. I nie minęło dni czterdzieści, kiedy dołączyła do swego kochanka w Zaświatach…
- Otruto ją? – zapytałam – czym?
- Obawiam się, że pani nie będzie wiedziała czegoś takiego, droga sawantko – rzekł uśmiechając się – to był tlenek radu.
- Tlenek… czego? – zapytałam zdumiona do ostatnich granic – przecież odkryto go zaledwie czternaście lat temu!
Spojrzał na mnie z uznaniem
- Chylę czoło przed pani wiedzą i… urodą – rzekł skłaniając zabawnie głowę – a jakie są źródła pani wiedzy?
- Czytałam o badaniach Madame Skłodowskiej bodaj czy nie w „Nature”, no i poza tym jest ona dwukrotną noblistą, więc jako sawantka, jak mnie pan raczył nazwać, muszę być z tego rodzaju nowinkami up to date
Wydmuchał chmurę wonnego dymu i zamyślił się na chwilę.
- No i dalej już poszło, jak normalnie w takich przypadkach. Kapłani Amona czy Ptaha
użyli tego środka na rozkaz faraona, bowiem istniało prawo nie pozwalające przelewać królewskiej krwi, więc musiano ją zabić tak, by nie spowodować krwawiących ran.
- A nie wystarczyło jej udusić czy po prostu powiesić?
- Powiesić czy udusić można było prostego fellacha, ale nie osobę z królewskiego rodu – sprostował Smith – poza tym to miało odnieść skutek zastraszający. A trzeba pani wiedzieć, że po śmierci Horheberis wyglądała strasznie. Całe jej ciało było pokryte wrzodami, włosy i zęby wypadły, ciało było straszliwie wychudłe… Faraon chciał pokazać, jaka kara czeka kogoś, kto poważy się na podniesienie ręki na jego majestat, choćby był i królewskiego rodu.
- Ale przecież ją zabalsamowano – zaoponowałam.
- Ależ tak, bo tak nakazywała religia. Ale jak pani widzi, zamiast wersetów z Księgi Umarłych mamy tutaj przekleństwa i straszliwe zaklęcia. Pochowano ją w niszy bez żadnych wartościowych przedmiotów poza metalową maską na twarzy i bez jakiejkolwiek asysty, a jej grób zabezpieczono tak, by żaden człowiek się do niej nie dostał. Teraz chyba pani rozumie, dlaczego?
Przytaknęłam. Teraz było dla mnie wszystko jasne.
- No właśnie. I teraz pani rozumie, dlaczego w jej krypcie nie ma ani jednego napisu. Ani jednego znaku czy najskromniejszej inskrypcji zawierającej jej imię.
- Pan tam był? – zadałam pytanie, które wydawało mi się nieco absurdalne, boż nigdy kogoś takiego tam nie widziałyśmy.
Skinął głową.
- Nieco później od obu pań – odrzekł – i dlatego jechałem za paniami aż do Nowego Jorku, bowiem chciałbym zobaczyć ją, zanim… - urwał, jakby się ugryzł w język.
- To się da zrobić – powiedziałam z przekonaniem – powiem tylko oficerowi, że chcę zobaczyć nasze bagaże i na pewno się zgodzi. Załatwię to jeszcze przed zejściem na ląd.
Pokręcił głową.
- Wolałbym dzisiaj, albo jutro.
Podniosłam brwi. Ciekawe, że wszystkim się tak spieszyło, jakby świat miał się skończyć za dwa dni…
Zgarnęłam dokumenty do teczki i zapięłam ja na zatrzaski.
- No dobrze – rzekłam – idziemy do oficera wachtowego.
Przez kilkanaście minut błądziliśmy po pokładach, aż wreszcie udało się nam dotrzeć do mostku, gdzie drogę zastąpił nam wachtowy marynarz.
- Czego państwo sobie życzą? – zapytał uprzejmie salutując.
- Chcielibyśmy się zobaczyć z oficerem wachtowym w pewnej ważnej sprawie.
- Proszę poczekać, już zawiadomię pana Lightollera – zasalutował i wszedł na mostek.
Wrócił po chwili z wysokim mężczyzną w oficerskim mundurze White Star Line z dwoma galonami na rękawach.
- Jestem Charles Lightoller – przedstawił się – i w czym mogę państwu pomóc?
Wyłuszczyliśmy mu naszą prośbę. Nieco zdziwił się, ale wydał zgodę.
- Well, zaraz zadzwonię do ochmistrza i wydam odpowiednie polecenia – rzekł i salutując odszedł. Powrócił za chwilę.
- Załatwione – rzekł – pan Foley zabierze was do ładowni pocztowej. Proszę czekać.
Czekaliśmy jakieś dziesięć minut.
Ochmistrz zjawił się po czterech. Musiał być gdzieś w pobliżu.
- Proszę za mną – powiedział po powitaniu i ruszył w stronę zejściówki.
A my za nim.

VII

Droga przypominała mi schodzenie z Olimpu do piekieł. Nie korzystaliśmy z windy i schodziliśmy po trapach. Po kilkunastu minutach schodzenia i błądzenia korytarzami dotarliśmy do ładowni pocztowej, która znajdowała się niemal na dziobie, już pod linią wodną. Znajdowało się tam wiele różnych pak, paczek i pakunków, a nawet automobil, w którym jakiś chłopak całował się z rudą dziewczyną…

- Oto ona – odezwał się ochmistrz porównując kwity z listą. – Chyba państwo nie chcą jej otworzyć? – rzekł z jakąś obawą w głosie.
- Ależ oczywiście chcemy – odpowiedział Smith – i bardzo proszę nam w tym nie przeszkadzać.
Zdjęliśmy pakunek z trumną – na szczęście niedużą – ze stelarza i przystąpiliśmy do jej otwierania. Księżniczka Horheberis leżała w swej prostej, drewnianej skrzyni tak, jak ją pochowano prawie trzy tysiące lat temu…
- Jest pani pewna, że to ona? – zapytał głosem w którym czuło się napięcie.
Szybko sięgnął do kieszeni i wydobył z niej rękawiczki z cienkiej, ale bardzo mocnej gumy.
- Czy dotykałyście jej panie, gołą dłonią? – zapytał mnie.
- Nie, nie pakowałyśmy jej nawet, tylko ludzie z ekipy pana Cartera – odpowiedziałam. – A co?
- Nie żyją – burknął – i nikt nie wie, dlaczego.
- Chyba pan żartuje, przecież to niemożliwe. Nie ma czarnej magii, nie ma klątw i temu podobnych… - zaoponowałam.
Spojrzał na mnie krótko spode łba.
- Ma pani słuszność – odpowiedział – faktycznie, tego nie ma, ale są jeszcze bakterie, spory, wirusy, riketsje… No i radioaktywne proszki.
- Ach, o to panu chodzi – odrzekłam.
I na wszelki wypadek cofnęłam się o krok. Tymczasem Smith wyjął mumię, która była w porównaniu z nim zdumiewająco mała i położył ja na plance.
- Księżniczka Horheberis – powiedział – zaraz się dowiemy, w co się tutaj grało…
Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej niewielkie, srebrzyste pudełeczko wielkości dużej papierośnicy, z kilkoma guzikami i niewielkim okienkiem, w którym biało jarzyły się cyfry. Nigdy w życiu nie widziałam podobnego urządzenia. Smith przycisnął dwa przyciski i położył pudełko na piersi mumii. Po kilku sekundach cyferki zajarzyły się pomarańczowo.
- Co to oznacza? – zapytałam.
- Spory grzybów z rodzaju Aspergillus – odrzekł – a dokładniej Aspergillus flavus. Niezwykle toksyczne i wywołujące grzybice skóry, płuc oraz produkujące aflatoksyny, które są odporne na ciepło, więc nie zabija je gotowanie i na promieniowanie ultrafioletowe słońca. Rozumie pani?
- Jest pan lekarzem? – zapytałam zdumiona, bo nie spodziewałam się tego, co powiedział, a mówił to z absolutną pewnością człowieka znającego się na rzeczy.
- Między innymi – odpowiedział wymijająco. Teraz zobaczymy promieniowanie alfa, beta i gamma.
Pstryknął jakimś przełącznikiem i na pudełku znów zajarzyły się cyfry – tym razem zielono.
- Minimalnie – powiedział z lekkim zdziwieniem w głosie – ale z drugiej strony proces balsamowania mógł zmyć z jej ciała radioaktywne cząstki…
- Trucizny? – podsunęłam mu.
- Nie da się wykryć, szczególnie że wtedy używano alkaloidów z roślin i substancji zwierzęcych: jad kobry, skorpiona, trąbika, czy czegoś w tym rodzaju. Nie do wykrycia po trzech tysiącach lat… Dobra, zamykamy ją i chodu stąd. Spory przenoszą się drogą powietrzną.
Władowaliśmy Horheberis z powrotem do trumny, a Smith zamknął jej wieko. Kiedy skończyliśmy, przywołał ochmistrza, który wyprowadził nas na pokład widokowy. Odetchnęłam z ulgą pełną piersią.
Smith wydobył z kieszeni płaską piersiówkę i odkręcił zakrętkę, która była niewielkim kieliszkiem. Nalał z niej jakiegoś ciemnobrązowego płynu i podał mnie.
- Niech to pani wypije, ale duszkiem! – rzekł. – Tego smak jest ohydny, ale to pani pomoże.
- Co to jest? – zapytałam zdumiona.
- Środek grzybobójczy i odkażający – odparł. – No już!
Wypiłam.
Zapach tego czegoś był okropny, a w smaku przypominało to benzynę pomieszaną z lizolem. Musiało to zawierać znaczny procent alkoholu i czegoś, co zapobiegało odruchowi wymiotnemu. Zaparło mi na chwilę dech.
- O matko – jęknęłam, kiedy wreszcie mogłam oddychać – co za paskudztwo!
Smith wypił swoją porcję i skrzywił się.
- Teraz niech pani idzie do siebie, zmieni odzież i wykąpie się – powiedział to tonem nie zezwalającym na żaden sprzeciw. – Te ciuszki niech pani wrzuci do pieca. Zresztą to już bez znaczenia… - dodał patrząc na zegarek.
- A zatem do widzenia – odparłam – i mam nadzieję, że spotkamy się po kolacji?
Pokręcił głową.
- Raczej nie – odpowiedział – pani wybaczy, ale mam spotkanie z Astorami i Guggenheimem, a to są ludzie, którym się nie odmawia. I bardzo proszę mi wierzyć, że wolałbym pani towarzystwo.
Uśmiechnęłam się nieco krzywo.
- No tak – mruknęłam – polityka.
Pokręcił głową.
- Gorzej – odparł – interesy…
- Jeszcze jedno pytanie – powiedziałam – gdzie produkują takie… takie indykatory, jakim pan badał mumię Horheberis.
Patrzyłam w jego twarz, ale on tylko się uśmiechnął. Swój majątek Smith, czy jak mu tam, chyba wygrał w pokera.
- I tak pani nie uwierzy, jak jej powiem – odparł spokojnie – więc nie ma o co pytać.
- Ale proszę mi powiedzieć – nalegałam.
Wzruszył ramionami.
- No dobrze, niech pani będzie – rzekł – takie rzeczy produkują w XXV wieku, a dokładniej w 2611 roku. Wierzy mi pani?- Kpi sobie pan ze mnie – odparłam – ładnie to tak?
- No widzi pani – odrzekł – jest tak, jak mówiłem.
Znów spojrzał na zegarek.
- Pani wybaczy – rzekł – ale już jestem spóźniony. A pani niech zrobi, jak mówiłem. To dla bezpieczeństwa pani, pani przyjaciółki i jej kochanka.
Na moment zatkało mnie.
To, że miałam przyjaciółkę mógł wywnioskować z rozmowy, którą prowadziliśmy, ale skąd wiedział o Alexandre? Co tu się dzieje???
Smith ukłonił się i wyszedł w stronę pokładu A.
Odwróciłam się i poszłam do naszej kabiny. Idąc wciąż rozmyślałam nad tym, co przydarzyło mi się tego popołudnia. O Smithu i jego dziwnym przyrządzie. O złośliwym uśmieszku księżniczki Horheberis. O dziwnych uwagach, które wrzucał od czasu do czasu do rozmowy, a które z pewnego punktu widzenia były złowrogie. A przecież nic nam nie groziło. Morze było spokojne jak oliwa, pogoda piękna… Wprawdzie ostatniej nocy na połnocno-zachodnim horyzoncie widziałyśmy ice-blink na niskich chmurach, które tam zalegały, ale jak na razie poza małymi kawałkami lodu widniejącymi tu i ówdzie na spokojnej wodzie nie było niczego niebezpiecznego w zasięgu wzroku…

* * *


- Czy twoja babcia wiedziała, że jest Syreną? – zapytał Bob.
- Owszem, nie – Janta odwróciła oczy od granatowej, zamglonej dali – jeszcze wtedy nie zdawała sobie z tego sprawy. Ale nie przerywaj.
- Zdała sobie z tego sprawę w momencie katastrofy?
- Tak, ale do tego dojdziemy i to wcale nie jest tą tajemnicą, bo to wie każdy – odrzekła Janta poczym podjęła swoją opowieść.

* * *

Zeszłam do kabiny, w której nie było nikogo. Najwidoczniej Ollie z Sandym przenieśli się do jego apartamentów. Szybko rozebrałam się i wszystkie rzeczy wyrzuciłam do śmieci, a następnie wyszorowałam się dokładnie pod prysznicem. Wróciłam do kabiny i włożyłam na siebie nową suknię, buciki i odświeżona udałam się na kolację. Po kolacji nie miałam już ochoty na cokolwiek. Dziwnie znużona położyłam się do łóżka, ale sen nie chciał przyjść mimo uspokajającego odgłosu pracy maszyn i syku rozcinanej przez dziób statku wody.

O wpół do dwunastej ostrożnie otworzyły się drzwi i Oliwia wsunęła się do kabiny.
- Amy? – usłyszałam jej szept – śpisz?
- Nie – odparłam – coś się stało?
- Nic takiego – odpowiedziała – ale jestem po prostu wściekła!
- A co się stało? – usiadłam na łóżku po turecku.
- Sandy. Ten łajdak… - warknęła – poszliśmy do jego apartamentu, a tam już czekały na niego dwie inne.
- No i co? – zapytałam zaintrygowana.
- No i pieściliśmy się we czworo, a on… A on..
- A on co? – poddałam jej łagodnie.
- A on przeleciał tylko jakąś Harriet, czy jak jej tam, a na mnie nawet nie spojrzał.
Wzruszyłam ramionami, choć chciało mi się śmiać.
- No i co, najlepiej jednak na starych śmieciach? – zapytałam.
- A żebyś wiedziała – burknęła zrzucając z siebie kieckę i halki – jestem po prostu nie dopieszczona!
Omal nie spadłam z łóżka ze śmiechu. A ona rozebrała się do naga i usiadła vis-a-vis mnie.
- Chodź do mnie – powiedziałam.
Olliwia podniosła się i usiadła mi na udach tak, by nasze muszelki stykały się ze sobą. Ollie była jeszcze naburmuszona, ale zaczęłam ją delikatnie całować w usta i rozchmurzyła się. Zdjęłam z siebie koszulkę nocną, a potem odsunęłam od siebie, by móc ją widzieć. Przez kilka chwil patrzałyśmy na siebie. Potem Ollie wyciągnęła dłonie i położyła je na moich piersiach. Przez dłuższą chwilę pieściła je delikatnymi ruchami palców.
Położyłam ją na plecy, a ona uniosła swe podbrzusze tak, by móc dotykać nim mojego ciała. Podniosłam się i położyłam na niej tak, by móc pieścić ustami jej brzuszek i piersi. Ollie zamknęła oczy. Delikatnie lizałam jej suteczki twardniejące szybko pod językiem i wargami.
- Cudownie – szepnęła. – Proszę… proszę o sześćdziesiąt dziewięć… proszę…
Uniosłam się i zmieniłam pozycję. Wsunęłam głowę pomiędzy jej rozchylone zapraszająco uda i jednocześnie poczułam, jak jej głowa dotyka wnętrza mych ud.
Strasznie to lubiłam. Czegoś takiego nie dał mi nigdy żaden mężczyzna. Machos, z którymi się zetknęłam lubili siłowy, brutalny, zachłanny seks. My uwielbiałyśmy coś spokojnego, ale w najwyższym stopniu wyrafinowanego. Wsunęłam palec w jej muszelkę, a potem poszukałam jej dziureczki. Wsunęłam tam palec i namacałam jej czuły punkt. W tej samej chwili moim ciałem targnął pierwszy spazm rozkoszy, kiedy palce Ollie znalazły ten sam punkcik. Wtedy przerwałam i podniosłam się.
- Teraz ja ciebie – usłyszałam.
Powoli uklękłam i opuściła na czworaki, a ona zabrała się do pieszczenia moich pleców. Jej piersi ślizgały się po skórze. Całowała mnie gorąco, a jej podbrzusze mocno przywarło do moich pośladków. Potem masowała mi plecy i wreszcie jej paluszek wsunął się pomiędzy uda. Masowała moją pisię i jednocześnie swoją lekko podskakując na klęczkach. Po chwili jej paluszek wświdrował się w moją pochwę znajdując ów czuły punkcik. Rozchyliłam jak najszerzej uda, by jej było jak najłatwiej mnie pieścić. Potem uniosłam się, a Ollie przytuliła się do mnie całym ciałem.
Odwróciłam się do niej.
- Co powiesz na to? – zapytałam sięgając pod poduszkę, pod którą spoczywało giętkie kauczukowe dildo.
Uśmiechnęła się.
- No pewnie, że chcę – odrzekła i usiadła rozchylając uda jak najszerzej mogła. – Daj…
Nasmarowałam jej muszelkę wonnym, wschodnim żelem i wsunęłam delikatnie dildo w jej wnętrze. Potem zaczęłam poruszać nim delikatnie w przód i w tył i delikatnie kręcąc nim w obie strony. Jej oczy zamgliły się, a pożądanie spowodowało, ze piersi zaczęły unosić się i opadać coraz szybciej. Jej ciało wyprężało się w rytm moich, ciągle jeszcze powolnych ruchów. Oddech stał się świszczący, a na twarz i piersi uderzyły czerwone ognie.
- Jeszcze… jeszcze… - szeptała łkając.
Jedną ręką prowadziłam dildo, a palcami drugiej masowałam jej guziczek. Łkania zamieniły się w jęk rozkoszy, a ruchy jej ciała stały się gwałtowne. Jej ręce chwyciły za piersi i ściskały je mocno. Wreszcie za którymś z kolei pchnięciem poczułam, jak ciepły strumyczek prysnął na moją dłoń. Ciało Ollie wyprężyło się, a potem ona sama osunęła się na pościel…
- I jak? – zaprałam, kiedy wyrównała oddech a oczy spojrzały przytomniej.
- Cudownie – wysapała – Amy, kocham ciebie i tylko ciebie!
Wzruszyłam ramionami.
- Eee, tam – mruknęłam – nie mnie, tylko ten kawałek kauczuku.
Parsknęłyśmy śmiechem. Oliwia uniosła się i jej usta dotknęły mojej piersi.
- Teraz ty – szepnęła gorąco – chcesz?
Pokręciłam głową. Po dzisiejszych doświadczeniach nie miałam ochoty na seks, choć wiedziałam, że Ollie jest mistrzynią w tej sztuce…
Ucałowałyśmy się jeszcze kilka razy, poczym wsunęłyśmy się pod kołdrę.
Była pierwsza w nocy…
[cdn]

5 komentarzy:

  1. Wyborna lektura, powiązanie wątków zadziwiające i fascynujące. :) Policzki mi płoną i kłaniam się autorowi w sam pas. :) Niecierpliwie czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. A policzki płoną, bo...? ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A policzki płoną bo... tak się wczuwam w akcję! :)

      Usuń
  3. Dziękuję - mam nadzieję, że kolejne części też sie będą podobały... ;)))

    OdpowiedzUsuń