wtorek, 8 maja 2012

Admirał Sylur. W zasadzce klaunów


Zdolności gimnastyczne niebieskich rękinów były znane Krwionom już wcześniej – dzięki bitwom – lecz dopiero pełen popis na arenie uświadomił im, że płacili do tej pory za niedoskonałość, nie za kunszt. Co więcej, błyskawicznie i niepowstrzymanie rozkręciła się spirala bezlitosnego wyszydzenia. Krwioni wyszydzali cyrkowców z wszelkich cyrków, które miały czelność zjawiać się i obiecywać niezwykłe pokazy, niebieskie rękiny zaś obśmiewały chóralnie tych obywateli królestwa, którzy byli jeszcze wciąż skłonni podziwiać mistrzów w rodzaju Rumba. Wszystko to zabrało trzy miesiące.
Po tym czasie zła sława przekroczyła granice Krwionu, by ścigać cyrki usiłujące przetrwać w odległych obszarach Europy. W efekcie upadły i one, tak lokalne, jak przegnane z ziemi krwiońskiej.
Cyrkowców nikt nie egzekutował na miejscu – było to raczej incydentalne – lecz i tak popadli w logiczną frustrację. Ponieważ niebieskie rękiny były skłonne popisać się siłą, wytrzymałością, a nawet kuglarstwem o wiele doskonalszym i bardziej oszałamiającym, cyrkowcy, utraciwszy wiarę w swe umiejętności, a co najmniej w potęgę sztuki cyrkowej, uszli w puszcze, knieje i stepy. Wkrótce rozeszły się pierwsze doniesienia o napadach, rabunkach i morderstwach band cyrkowych. Często zwanych bandami klaunów, jako że właśnie klauni okazali się najbardziej zrozpaczonymi, złaknionymi zemsty i pożogi cyrkowcami. Nie rezygnując z barwnych ubiorów i smutnych-wesołych malunków twarzy, przejęły władzę nad wszystkimi rozproszonymi bandami, okazując wobec napadniętych okrucieństwo niestosowne do zawodu.
Złamanie kodeksu cyrkowych świętości, jak powiedziałem.
W każdym razie tak powstały bandy klaunów. Bardzo złe, rozsierdzone, antykrólewskie bandy.
Zdaje się, że to ja je stworzyłem.
Rycerstwo i armia zawodowa Pomfryka prędko wytłukły większość band grasujących w królestwie. Głównie dzięki ochoczemu zaangażowaniu niebieskich rękinów, które nie miały w zwyczaju wykręcać się od odpowiedzialności, zwłaszcza, jeśli oznaczała możliwość sięgnięcia po szable polsko-węgierskie, ukochaną ich broń. Niedobitki cyrkowców uszły za granicę, gdzie miały szansę polować na ludność z nieco większą bezkarnością. Jak choćby w puszczach Maskaradii.
Które właśnie przemierzałem.
Acz chwilowo mnie powstrzymano.
Przyjrzałem się cyrkowcom z zadumą. W sytuacji takiej jak ta zasadniczo liczy się na trzy możliwości ocalenia skóry. Pierwsza: nieoczekiwany sukurs, na przykład zapędzonej w łowach królewskiej kawalerii. Tę możliwość wypadało mi wykluczyć natychmiast. Druga – zdolności dyplomatyczne. I tu wypada ujawnić, że jako niebieski rękin dyplomatą byłem marnym. Nie z powodu ograniczonej wyobraźni i braku polotu, bynajmniej. Po prostu niebieska natura nie pozwalała na grę polityczną przy pomocy pokory, wyważenia i uprzejmości. Parcie na zuchwałe żarty i prowokacyjną kpinę było zbyt silne. Nikt nigdy nie prosił niebieskich rękinów o mediację, i słusznie.
Byłby to oczywisty krok w stronę wojny trzydziestoletniej o Ogon Pruski lub coś w tym rodzaju.
Zatem ocalenia skóry na drodze dyplomatycznej wcale sobie nie upatrywałem. Pozostawał tylko wariant trzeci.
Wiara w swe umiejętności szermiercze i zimne z nich skorzystanie.
Niebieska natura bardzo prze do tego skorzystania.
Jest jednak coś, do czego się jeszcze dotąd Wam nie przyznałem.
Mam fluid człowieczy.
Tak, jakaś cząstka człowieczej natury tkwi gdzieś tam we mnie, zbyt głęboko, by bezkarnie dosięgnąć nożem i usunąć. Acz może i dobrze. Mam bowiem wrażenie, że ten fluid wzbogaca moją osobowość i duszę. Oczywiście żaden z moich krewniaków się z tym nie zgodzi. Ich zdaniem rasa ludzka, choć najbardziej ambitna, bojowa i zaciekła, należy do kilku najsłabszych na planecie, tak organicznie, jak mentalnie.
Cóż, mają rację, zresztą ten sam pogląd wyznaję. Po laury i korony sięgają istoty dynamiczne i zdecydowane, gdy tymczasem , ludzi trapi coś tak osobliwego – i ułomnego – jak skłonność do wahań i dylematu.
Zafrasowania.
Wspomnień z dzieciństwa.
Zerkania na fotografie ślubne (zamiast na wojenne).
Żałowania błędów i niedopowiedzeń.
Niebieskie rękiny idą wprzód i nigdy nie zawracają sobie tym głowy. I może to tłumaczy ich bezkarne zuchwalstwo i mistrzostwo bojowe.
I poczucie humoru.
No tak, tyle że ja miałem ów pierwiastek rasy ułomnej… Moi kamraci często poklepują mnie ze zgrywanym zatroskaniem i ochoczo wyszydzają nieszczęsne okaleczenie porodowe, lecz ja naprawdę się cieszę.
Mam ludzką skłonność do politowania i refleksji – dość niewykrywalne cechy u niebieskich rękinów – co wcale nie osłabiło mego dynamizmu i polotu wojennego. Wzbogaciło natomiast umysł i przydało samozadowolenia. A przecież życiem trzeba się cieszyć.
I to wyjaśnia, dlaczego otoczony w lesie maskaradzkim, nie sięgnąłem po szablę tak od razu. Byłem najzupełniej pewny swej przewagi nad tuzinem desperatów w wyświechtanych cyrkowych kostiumach, lecz ludzkie politowanie kazało mi dać szansę wrogom.
Dlatego sięgnąłem po wariant dyplomatyczny.
Z którym wszak nigdy sobie nie radziłem.
- Nie musimy wracać do starych, humorystycznych niesnasek – przemówiłem życzliwym tonem oficera-dżentelmena. – Wszelkie nieporozumienia można wyjaśnić na drodze pokojowych negocjacji. Wstępnie proponuję piknik pod tym bukiem, za którym nieumiejętnie czai się akrobata.
- Niebieski rękin - wycedził klaun, trzymający w drżących dłoniach balon z gazem. Był to klaun klasy pierrot, najpewniej herszt bandy. Drżące dłonie zapowiadały słabość do broni chemicznej i nie liczyłem, że balon zostanie odniesiony do leśnej kryjówki. - Dawno temu… choć nie tak dawno, zabiliście nasz świat. ZABILIŚCIE CYRK!!
Nie przeoczyłem, że balon prawie wymknął się z rąk klauna. Rąk, na których sprawności niespecjalnie polegałem, nie tylko ze względu na mordercze zamiary, ale też niesłużącą utrzymywaniu kontroli barwną, grubą, jednopalczastą rękawicę. Sztywną i chyba za dużą o dwa rozmiary.
I to mnie trochę zmartwiło. Owszem, jako niebieski rękin odznaczałem się wysoką odpornością na gazy, opary i napalmy – groził mi co najwyżej chwilowy uwiąd głowy i kończyn – ale najpewniej padłby mój upodobany, oddany koń Mars. A ja za śmiercią zwierząt nie przepadam, a za śmiercią upodobanych idzie zwykle mój gniew egzekucyjnych skutków.
No i po prawdzie ten chwilowy uwiąd kończyn też mógłby niekoniecznie wesprzeć techniki szermiercze…
Sami widzicie, co czynił ze mną ludzki fluid. Każdy inny niebieski żołnierz już dawno rzuciłby się radośnie na wroga, ja zaś nie oparłem się analizie.
A słowa ZABILIŚCIE CYRK!! stawiałyby w niewdzięcznym położeniu już wysoce zdolnego dyplomatę. Dlatego poczułem, że dla mnie może się to okazać próbą zbyt wysokiej miary.
Co gorsza, sam pogrążałem się brakiem doświadczenia i czujności. Bo na przykład w obliczu balonów gazowanych wypada zachować kamienne oblicze, by miotacza nie prowokować – a ja mimowolnie uśmiechnąłem się do własnych myśli. Do tych, wiecie, dyplomatycznych dylematów.
No, do fluidu człowieczeństwa, inaczej mówiąc.
A przecież niebieskie rękiny mają rasowo wygenerowany uśmiech. Zawsze szyderczy, nieco pobłażliwy.
Słabo dyplomatyczny.
Klaun-pierrot nie najlepiej ten uśmiech przyjął. Jego groteskową twarz (usta były tak rozlegle uszminkowane, że przejęły obszar między uszami, połowę nosa i ocierały się o jabłko Adama) wykrzywiła wściekłość, co odebrało jej ostatnie rysy smutku. A naprawdę, naprawdę niełatwo o to pierrotom. Herszt obejrzał się na innych, a ja obejrzałem się wraz z nim.
Ja i mój pokryty pajęczyną wojennych blizn i tatuaży planetarnych koń, znajdowaliśmy się w położeniu, wobec którego wielu uznałoby za wskazane rozejrzeć się za solidnym konopnym sznurem i solidną dębową gałęzią. Oczywiście nie byliby to Krwioni, a już z całą pewnością nie niebieskie rękiny, które mają słabość i uwielbienie do bojowych wyzwań.
Naprzeciw mnie, jak już wiemy, stał herszt bandy. Nieco łachmaniarski, kloszardowy, wciąż jednak dbający o makijaż zawodowy klaun-pierrot, uzbrojony w balon gazowy. Tuż za nim przymierzała się do miotu grupa szczerzących spiłowane kły, ubranych w metaliczno-fioletowe uniformy żonglerów, uzbrojonych w noże i maczugi. Broń była cyrkowego pochodzenia, lecz  nie poznałem takiego, który był skłonny pomniejszać jej rozbójniczą użyteczność.
Za żonglerami oczekiwało wsparcie – nie moje, niestety – barwnie umalowanych klaunów klasy arlekin. Uzbrojeni byli – swoim zdaniem, w każdym razie – w trąbki, torty i watę cukrową. Nie pierwszy raz przyszło mi zmierzyć się z klaunami, toteż nie łudziłem się, że ta cukiernia obiecuje serdeczne powitanie i hamak na kwaterze.
Od czoła przeciwników było najwięcej – logicznie, gdy tkwił tam ich chłonny ochrony dowódca – ale byłem otoczony i wroga dostrzegałem wszędzie, gdzie tylko rzuciłem zmrużonym w zadumie okiem.
Z lewej strony, na przykład, podchodził ostrożnymi krokami szakala kuglarz, bardzo ważna figura w każdym cyrku. O ile potrafił, oczywiście, coś więcej, niż wytargować pomiętego zająca spod denka cylindra. Z kuglarzami cyrkowymi było bowiem nie inaczej niż z czarownikami indiańskimi: jedni byli parapsychicznie uzdolnieni i czynili sztuki wsparte przez astralnych pomocników, inni oszukiwali kiczem niegodnym pomocnika kataryniarza. Czy kuglarz kurczowo ściskający wypłowiały, omszały nieco cylinder, był niebezpiecznym sztukmistrzem, czy też nieudolnym gnębicielem zajęcy? Już za chwilę miałem uzyskać odpowiedź.
Z prawej strony zbliżał się wolno, acz drapieżnie nie mniej groźny przeciwnik – połykacz ognia. Był stary, chyba niedowidzący, sądząc po potknięciach i lekko zdezorientowanym spojrzeniu. Za to ogień palił się na trzymanej przezeń pochodni całkiem żywo. Poza tym połykacze potrafią nie tylko wchłonąć ogień, lecz w sposób całkiem smoczy wystrzelić go z krtani i spopielić osobę, która im podpadła.
Ot, takiego tam wandala, co przyniósł im bankructwo i tułaczkę w leśnych ostępach.
Tuż za połykaczem postępował atleta. Lub może klaun przebrany za atletę… Był to masywny, wiekowy już człowiek, odziany w pasiasty, rozdarty w pięćdziesięciu sześciu miejscach kostium pływacki. Rzucały się w oczy ściskane przez niego hantle ze spiżu i sumiasty, chyba trochę zaniedbany wąs, który w pierwszej chwili wziąłem za gałąź wierzby, przyszytą do twarzy w ramach desperackiego kamuflażu.
Ciekawym zbiegiem okoliczności, właśnie na drzewie, pod którym stałem, przysiadło w konarach kilku akrobatów o surowych rysach twarzy i nie mniej surowych rysach bicepsów. W ponurym skupieniu szykowali trapezy do zastosowania w walce, zupełnie nieprzejęci tym, że to widzę.
W walce przeciwko mnie, wątpliwości co do tego nie miał nawet mój koń Mars. No cóż, nie były to pierwsze tarapaty, w które go wpakowałem.
Za sobą posłyszałem szmer i łamanie gałązek. Natychmiast obejrzałem się – naturalny, logiczny odruch. Nie ujrzałem kawalerii króla zapędzonej w pościgu za odyńcem. Przekonałem się tylko, że dopełniono okrążenia. Dopełniał go nieliczny, nie mniej jednak zdeterminowany oddział woltyżerów, prowadzących całkiem mocne, najpewniej niedawno zrabowane wierzchowce. Woltyżerowie uzbrojeni byli w coś, co nie zasługiwało na kpiące określenie cukiernia. Mieli drewniane maczugi i lance, wstążki zwieńczone ołowianymi kulami i szarfy, którymi ponoć potrafili buki ścinać w plastry.
Gdy zmarszczyłem pysk (tak, jako niebieski rękin posiadam pysk, i jest to pysk przystojny i szlachetnie, sarmacko wyprofilowany) na ich widok, wyszczerzyli zęby w złowrogim uśmiechu, po czym zgrabnie powskakiwali na siodła. Nie w celu wygodnego dosiadu na kawę południową z biszkoptem, lecz do wyzywających pozycji stojących.
Często jednonożnie.
Czasem jednoręcznie.
Nie był to popis, który ignorowało się tak po prostu.
Nie przy braku szeregu pikinierów wsparcia.
Albo podkopu do szybkiej ewakuacji w przypadku, gdyby coś poszło nie tak.
Tak to wyglądało. Zazwyczaj klauni i woltyżerowie czmychali na widok pojedynczych nawet niebieskich rękinów, ci zaś tutaj szczerzyli zęby. Trafił mi się wyjątkowo odważny cyrk.
Czy może raczej: wyjątkowo ziejący nienawiścią.
Nienawiść odbiera rozsądku, lecz przydaje męstwa. Jest praktyczną cechą wojennego zastosowania.
Jeszcze raz potoczyłem wzrokiem po zacieśniającym się kręgu nieprzyjaciół, potem wymieniłem znaczące spojrzenie z Marsem, i ostatecznie wróciłem do herszta i jego podrygującego balonu.
Teraz wszystko zależało od sztuki dyplomacji. Od bardzo wyborowej sztuki, której ja nie opanowałem bardziej niż głuszec, którego dostrzegłem na wysokiej gałęzi, i który przyglądał mi się ze smętnym zastanowieniem.
Jedyna szansa na uniknięcie boju, bardzo oczywiście mikra i łatwa do pomylenia z jętką odstawioną od posiłków, leżała w okazaniu szacunku i grzeczności, jeśli nie pokory. W takich okolicznościach nie oznacza to nic innego, niż oddanie wszelkich sakw, biżuterii i przedmiotów wartych coś więcej niż dyszel wozu pogrążającego się w bagnie. By liczyć na rozejm, musiałbym także bez ceregieli sprezentować klaunom moją broń, odzież i konia.
Co oczywiście nie stanowiłoby najmniejszej gwarancji. Nigdy nie stanowi. Obdarowany rabuś łatwo popada w rozochocenie, a ręce rozbudzonego chciwca są prędkie do wbijania noży w gardło.
No i ta złość na niebieskie rękiny.
Tak, tyle że ja swoją podobną jętce szansę pomniejszyłem jeszcze bardziej. Ani myślałem bowiem cokolwiek oddawać istotom, które więziły i tresowały zwierzęta w celu pomnożeniu zysków.
I przestawiały niezdarnych komików jako siłaczy i mistrzów zapasów.
Postanowiłem sięgnąć po talent krasomówczy. Wszak wszyscy są podatni na manipulacje, mniej lub bardziej. Wystarczy tylko unikać ironii i arogancji, argumentować z wyważeniem, a wtedy może i gniew cyrkowców jakoś się rozwieje.
Już otwierając pysk do przemowy, miałem świadomość, że to nie mogło się udać.
Po pierwsze: byłem bardzo wesołym szermierzem.
Po drugie – admirałowi floty królewskiej nie wypada chylić czoła.
- Rozumiem, że pan pierrot jest dowódcą? Chciałbym zapewnić o życzliwości do służby leśnej i obiecuję sukurs morskiej dragonii w przypadku walk z kłusownikami.
- Jakiej dragonii – wybełkotał herszt zaskoczony.
- Morskiej. A ściśle krwiońskiej królewskiej morskiej. Tej, którą dowodzę i którą stale wystawiam na zdziesiątkowanie.
Pierrot zaniemówił. Jego wymalowana płaczliwością twarz zabójcy nabrała jeszcze bardziej groteskowego wyrazu.
Rozumiałem jego wstrząs. Skoro dowodziłem kawalerią floty, to musiałem być admirałem, jedynym w Europie zresztą. A skoro byłem jedynym admirałem, to musiałem być  t y m  admirałem.
Tym, który sprowadził przekleństwo na świat cyrku.
Tak, pierwsze potknięcie w sztuce dyplomacji miałem już za sobą. Zaraz miały pojawić się następne, bo ani myślałem odmówić sobie dalszych prób.
Choć skłamałbym, gdybym rzekł, że moje myśli nie krążyły chciwie wokół szabli.
[cdn]

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Admirał dopiero pokaże... ;)

      Usuń
  2. Chyba też mam fluid człowieczeństwa...:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I czym się objawia? Rujnujesz cyrki?

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Bywa, że cyrki mnie rujnują. Te, które uskuteczniają dzieci ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale za bilety nie płacisz...

      ;)

      Usuń
    2. Płace, oczywiście, że płacę, cena jest dość wysoka - zszargane nerwy ;p

      Usuń