piątek, 8 czerwca 2012

Koko Kozakiewicza

...tym wszystkim, którzy z wulgarną histerią pomstują nad Jarzębiną i przeuroczym, pełnym radości utworem Koko Euro Spoko. Czegoż by chcieli owi podskakujący zajęczo malkontenci? Jakiejś pieśni grunwaldzko-pompatycznej? A w jakim to celu? 
Może rozważymy taką pieśń, gdy nasi piłkarze zaczną grać jak Hiszpanie lub Niemcy i będą husarskimi szarżami roznosić drużyny oponentów. Póki co pieśń radosna i wesoła jest całkiem na miejscu. Zresztą optymizm z niej bije i do boju też zagrzewa. Tyle że bez jakiejś pompy smutno-powstańczej. I całe szczęście.
To, że utwór może się nie podobać, to ja rozumiem doskonale. Jeszcze takiej piosenki nie zaśpiewano, by wszystkich na tej planecie zauroczyła. Gusta jak i smaki różnie się rozkładają. 
Niestety, dystans, pokora i poczucie humoru także. I tego wyraźnie brakuje tym wszystkim niziołkom-koziołkom, których arcydramatyczne komentarze (język godny Pitekantropów, którym ogień i futra skradziono) poczytałem w Internecie. Piszą o hańbie, ośmieszeniu i w ogóle wymiotują jedną wielką traumą.
Jedno tylko powiem: są na tym świecie ludzie, których prawicę z szacunkiem i radością ściskam.
I są też na tym świecie niziołki-koziołki, których kopytek nie mam okazji uścisnąć.
I nie żałuję.

Zapraszam do części III Bębniarzy.


Bębniarze. Sanna Anakondy
[cz. III]
Wieczorem, po kolacji, którą stanowiły placki z miodem i serem kozim, nastroje w namiotach panowały mieszane. Owszem, niektórzy bębniarze byli w całkiem radosnym nastroju. Fakt, że przetrwali  pierwszy dzień szkolenia, kazał im sądzić, że są bębniarzami niebiańskich mocy i talentu.
Wielu jednak łkało w poduszki wyplecione z ratanu, wielu tkwiło w kamiennych kuckach…
Ja i moi towarzysze próbowaliśmy zagrać w pokera kamieniami, ale nic z tego nie wyszło. Ręce nam drżały – połowa wciąż „bębniła”, do rana zresztą – poza tym Padyzz oszukiwał; grał znaczonymi kamieniami.
- E tam, pogadajmy lepiej, moi mili – Deffir, który miał skórę tak delikatną, że nawet muśnięcie jej połą płaszcza wywoływało krwiaki. – Co myślicie o tym wszystkim?
- Wojnę wygramy – zawyrokował Wuruk beznamiętnie. Nigdy nie widziałem, by zdradzał jakiekolwiek emocje. – Oczywiście otwartą sprawą jest, ilu z nas przejdzie szkolenie.
- Jesteśmy co prawda na półmetku… - wymruczałem, słysząc w głowie słowa ojca.
I matki zresztą.
Kosze ci trzeba wyplatać. I łubianki.
- Zagrajmy w bierki może, co? – zaproponował Padyzz trochę nerwowo.
- Na pewno grasz znaczonymi  - wyszczerzył zęby Liklik, który był z nas najodważniejszy, a przy tym chełpił się platynowymi włosami, sięgającymi pośladków.
Podczas ćwiczeń widziałem kątem oka, jak „Agrest” Lugolodl przystawił kuszę do jego pleców, po czym ją opuścił z wahaniem. Być może to właśnie niezwykłe włosy Liklika ocaliły mu skórę.
Nie miałem ochoty na gry w znaczone bierki. Wolałem myśleć o bitwie.
Trening był surowy, lecz rzeczywiście działał.
Jakoś przestałem bać się owiniętych w jelita Olagardczyków i wybijania rytmów w najkrwawszym kotle.
Przeciwnie. Moje oszołomienie ustępowało pola żądzy walki i dołożenia wrogom.
Myślałem o bębnie. Czułem głód bębna.
- Udark chyba tęskni za narzeczoną – mrugnął okiem Liklik, uśmiechając się do mnie.
- Masz jakąś? – zaciekawił się Kuczm, który ożenił się tydzień przed wybuchem wojny. – Pocałowałeś ją chociaż? Pogładziłeś po łydkach? Bo…
W tym momencie do namiotu wszedł nasz instruktor. Natychmiast zapadła cisza godna grobowca tysiącletniego.
Kapitan Mogorf stanął na środku i potoczył bacznym wzrokiem po leżących tudzież kucających na matach bębniarzach. Niespodziewanie westchnął i uśmiechnął się ciepło. Ciepłym też głosem rzekł:
- Moi synkowie, dziateczki-owieczki… Nie gniewajcie się za moje surowe komendy i próby odporności waszej. To jest potrzeba chwili. Albowiem w waszych rękach leżeć będzie pojutrze los króla i całego kraju. W pole takiej próby mogą wyjść tylko najtwardsi z twardych. A ja wierzę, że wy tacy właśnie jesteście. Jutro znów będę oschły, gdyż jestem za dnia waszym nauczycielem… Lecz w nocy miejcie mnie za ojca. Czy zrozumieliście, synkowie dzielni?
Czy zrozumieliśmy? W naszych oczach zabłysły małe słońca radości lub małe księżyce wzruszenia. Po tych słowach kapitana wola poświęcenia i gotowość okazania chwały i dyscypliny mogły być tylko większe.
Dużo większe.
Już nie tylko dla króla.
Dla naszego kapitana także.
- Dziękujemy, panie – skłonił się Kuczm. – Hard Stalowonosy nie zapomni naszych bębnów.
- Nie zapomni! – poderwał się Padyzz na swych długich, raczej kosarza godnych kończynach.
Padyzz grał znaczonymi kamieniami, bierkami i kręglami, ale miał charakter. Lubiliśmy go wszyscy i nikt nie wnosił pretensji o utracone w grze onuce, szelki, manierki, pasy i sztylety.
Mogorf pogłębił uśmiech i powiódł po nas spojrzeniem jeszcze cieplejszym.
- Jutro przy ostatnich dla was ćwiczeniach znów wydam się surowy, lecz wy będziecie wiedzieć, że każdemu życzę przetrwania. Jutro nauczymy się Sanny Anakondy i Zwijanego Skorpiona.
- Co to Zwijany Skorpion? – zapytał Deffir.
- Rytm odwrotu. Obu tych rytmów nauczę was z pomocą weterana Paleotusa.
- Czy będzie bardzo ciężko? – chrząknął nieco zmieszany Kuczm.
- Nie – pocieszył kapitan. – Najgorsze za wami. Dziś mieliście przetrenować odporność ducha na śmierć towarzyszy z szeregu. Bo nawet, gdyby ktokolwiek z was miałby zostać na placu ostatni, jak legendarny Kabum, bicie w bęben nie może ustać. To bicie podwaja zapał, nadzieję i siły ewentualnie zdziesiątkowanym żołnierzom. A jeśli ich braknie, to przynajmniej ściąga posiłki we właściwy punkt.
Jutro nie będzie już uodparniania na jatkę w szeregu. Jedynie na walkę ze słabością organiczną. Chodzi o to, żeby wzrosła wasza odporność  na ból i uderzenia. Jest tylko jedna religia dla bębniarza w czasie walki. NIC NIE MOŻE ZAKŁÓCIĆ JEGO RYTMÓW. NIC. – Przez chwilę milczał, poświeciwszy czas na przyglądanie się naszym twarzom. – Dlatego w trakcie trenowania Anakondy i Skorpiona przyłożę pałką temu i owemu. W nerki, w krocze, w nos… szczególnie zaś w ręce. W nadgarstki. W palce. A wam nie wolno wypuścić pałeczek z dłoni. Nie wolno sfałszować rytmu. Rozumiecie?
- Tak, panie – rzekł zdławionym głosem Padyzz.
Jako jeden z niewielu stał i jako jedyny chwiał się na nogach jak kosarz, któremu już przywalono pałką w krocze.
- No – instruktor skinął głową z satysfakcją. – Jeśli chodzi o wybijanie Zwijanego Skorpiona, to i tu nie może być mowy o fałszywym tonie. Groziłoby to chaosem: część oddziałów uchodziłaby z pola, część wznosiła szańce, część rozwijała natarcie… Oznaczałoby to pogrom o straszliwych dla kraju skutkach. Jedną prowincję już straciliśmy. Przez 20 lat Jakobin będzie ojczyzną upiorów jęczących o zmierzchu.
Po tych słowach zapanowało pełne przygnębienia milczenie.
- Chcę iść w bój i wybębnić im śmierć – wycedziłem.
Mogorf odszukał mnie wzrokiem i uśmiechnął się.
- Wierzę w ciebie synu. Bęben bije w twej piersi od urodzenia, od razu to zobaczyłem. Mogę cię zapewnić: wszyscy Olagardczycy zginą pojutrze nieopodal, na Polu Lalczanym, gdzie uszykujemy zasadzkę i fortyfikacje.
- Panie – wyciągnął ramię Wuruk. – Mamy tylko jeden dzień na trening, a dwa rytmy aż… Czy zdążymy nauczyć się walki bronią?
Wszyscy wbili w kapitana niespokojny wzrok.
- Walki bronią, synu? – uniósł brwi instruktor.
- Nooo, kłucia włócznią, szermierki…
- Nie będziecie tego ćwiczyć – uciął bez emocji Mogorf. – Nie dostaniecie też żadnej broni. Nie wolno wam zabrać nawet sztyletu na pole boju. Każdy przyłapany z bronią bębniarz zostanie natychmiast rozrąbany, a jego ćwiartkami wykarmię moje ratlery.
Znów zapadła cisza. Nie zabrakło w niej zawiesiny osłupienia.
Wuruk, jak zawsze, nie okazał przejęcia.
- Nie dostaniemy broni, panie? – zapytał odważnie. – Ale dlaczego? A co, jeśli zamkną nas w kotle?
Kapitan Mogorf pokręcił głową.
- Bębniarz ma obowiązek nieskończonego skupienia na rytmie. Na bębnie, który zastępuje mu serce. Pomyśl, synu, co stałoby się, gdyby rzeczywiście wróg zamknął was w kotle i podchodził coraz bliżej, wybijając chroniących was żołnierzy. Zaczęlibyście odczuwać lęk i rozterki: „A może by tak sięgnąć po miecz? Po sztylet?”. Gdybyście mieli takowe, co by się stało? Otóż odrzucilibyście bębny, bo instynkt każe bronić życia. Chwycilibyście za broń, to prawda. W rezultacie klęska spadłaby na całe wojsko. Bo gdy bębny milkną, przepada trans bojowy i wyczarowana niezłomność. Tak to się przedstawia. Waszą bronią są oddziały, którym wybijacie rytmy. Bez względu na to, jak blisko ujrzycie twarze Olagardczyków pojutrze, nie wolno wam przerwać rytmu. Rytm będzie stanowił o sile armii Wiletanii. Rozumiecie?
- Tak, panie – odparł spokojnie Wuruk i przysunął do siebie bęben.
Wszyscy spaliśmy ze swoimi bębnami.
Stały się częścią naszego jestestwa.
- Dobrze. – Kapitan zrobił krok w kierunku wyjścia. – Pamiętajcie: jutro będę surowy, ale wojna jest surowa, a muszę mieć pewność, że przeciw Olagardczykom wyprowadzę najtwardszych bębniarzy świata. Ja sam bębniłem pod Aruklą, Wyszadarem i Erligolią.
Pod Erligolią!... W ciągu ostatnich kilkunastu lat wiletańskie wojsko nie przegrało ani jednej bitwy, raz było jednak bliskie klęski. Pod Erligolią. W tej bitwie wziął udział król Romb i omal nie zginął. Z dwudziestu bębniarzy tylko trzech przetrwało ostrzał znakomitych łuczników nieprzyjaciela. I ci trzej bębniarze z determinacją zagrali taki rytm, że poderwane rodzime wojsko odepchnęło wroga i ruszyło za nim w niepowstrzymany, trzytygodniowy marsz zniszczenia.
Trzech bębniarzy spod Erligolii. Nawet w mojej wsi mieli swój pomnik.
A kapitan Mogorf był jednym z nich.
Znów odczuliśmy wzruszenie i głód heroicznej walki.
- Spać, bębniarze moi – rzekł ciepło nasz nauczyciel.
Ale gdy wyszedł, nikt spać nie chciał. Przytulaliśmy bębny poruszeni do głębi.
- Jest nas wciąż ponad trzy setki – przypomniał Defirr. – A jutro nie będą już nas zabijać. To oznacza dla Olagardczyków tony ogłuszające. Zmiażdżymy ich.
- Zagramy? – zapytał „Kosarz” Padyzz. – Mam „Pchełki” z guzików galowych. Nieznaczone.
- Kłamiesz, druhu – zauważył ciepło Liklik, czesząc swoje długie platynowe włosy.
- Oczywiście – wyszczerzył zęby Padyzz.
Roześmialiśmy się wszyscy.
Kuczm zerknął ku mnie z sympatią.
- I co? – zapytał. – Masz dziewczynę? Głaskałeś już łydki?
- Nie. Nie mam. Nie głaskałem łydek. Odkąd pamiętam, kocham tylko bębny.
- Niegłupie – wymruczał Kuczm. – Niegłupie…  Aczkolwiek…
Defirr potoczył po nas zamyślonym spojrzeniem.
- Najważniejsze – powiedział – jest to, że jutro nie zginiemy z rąk własnej armii.
- Tak – skinął głową Wuruk. – Jutro ani jeden bębniarz nie padnie martwy.
Z tym przekonaniem zasypiało się przyjemnie.
Tyle że było najzupełniej nieprawdziwe. Zapomnieliśmy o jednym istotnym szczególe. Bezpieczny trening obiecał nam nocny ojciec Mogorf.
Ale szkolenie prowadził daleki od ojcowskich pieszczot instruktor. Surowo ciosany bohater spod Erligolii.
Kapitan Mastif.

*

O świcie obudzono nas techniką polową. Otóż długimi pikami rozdarto namiot w strzępy i chrzęst, a także poranne słońce, wyrwały nas ze snu.
- Musicie uodpornić się na dziwne sytuacje – powitał nas kapitan Mogorf. – Cokolwiek towarzyszy wam w warunkach wojny, dalekie jest od trwałości. Dziś wieczorem będziecie spać w dołach. Ruszać się, bębniarze!!
Wyszliśmy pospiesznie na plac treningowy. Położony był na wzniesieniu, więc nie sposób było zignorować uroczego widoku setek złoto-brązowych namiotów rozsianych wokół. Niebo było błękitne, a słońce chyba już dokuczało tym, którzy mieli zwyczaj spać w pancerzu (a nie brakowało takich w wojsku Romba Ostatniego).  Za wzgórzami znajdowały się Pola Lalczane, na których już jutro spodziewano się 80 000 szaleńców krytych zbrojami kościanymi. Na razie jednak kręciło się tam kilka setek moich rodaków, skupionych na pospiesznych przygotowaniach, na przykład kopaniu wilczych dołów.
Nie pora była na podziwianie widoków i ekscytowanie się pomysłami inżynierów, których aż stu ściągnięto na miejsce koncentracji wojsk Wiletanii. Kapitan Mogorf miał znów całkiem surową twarz, kiedy kazał nam rozstawić się z bębnami.
Co prawda z ulgą przyjąłem fakt, że nigdzie nie było widać kusznika „Agresta” Lugolodla ani jemu podobnych „instruktorów”, ale jadeitowa pałka w dłoni Mogorfa podrygiwała jak ogon rozdrażnionego gada i zacząłem się zastanawiać, czy dudnienie bębnów zagłuszy chrupot miażdżonych kości, czy niekoniecznie.
Obok kapitana stał Paleotus odpowiedzialny za wpojenie nam Zwijanego Skorpiona i Sanny Anakondy, którą Defirr z właściwym sobie humorem nazwał Sanną-Anną.
Przez chwilę wielu karmiło się nadzieją, że ciosy pałką będą im oszczędzone, bo iluż w końcu może dosięgnąć sam tylko nasz instruktor, choćby i Paleotus służył mu pomocą.
- Bębniarze! – przemówił Mogorf, przyglądając nam się zmrużonymi oczami. – Do obiadu przećwiczycie Sannę Anakondy. Jest to bardzo ważny rytm bojowy armii wiletańskiej, ponieważ stanowi on o sile i dynamizmie jej uderzenia. Macie kilka godzin na to, by opanować ten rytm . Każdy, który wybije fałszywy rytm w chwili, gdy gong ogłosi nam obiad, zostanie powieszony! Nie mamy czasu na dwumiesięczne szkolenie sposobne w czasach pokoju. Nie mamy czasu na egzaminy. Musicie naśladować obecnego tu Paleotusa, ale przede wszystkim musicie połączyć się z waszymi bębnami ręką, sercem i umysłem. Nie myślcie o żonach, o ciosach mojej pałki… ani o mastifach, które wracają, właśnie widzę sześć zbiegających ze wzgórza.
Obejrzeliśmy się bez większej radości. Mastify w istocie spieszyły na plac. Mogorf nie będzie tak zupełnie sam.
- Problem polega na tym – ujawnił kapitan – że moje psy są wyszkolone także i do wyłapywania fałszu. Nie będą zabijać, lecz każdy, kto będzie łamać tak istotny dla działań armii rytm, straci stopę. Moje ratlery odgryzają stopy w ramach przygany.
Spojrzeliśmy ku sobie z mieszanymi uczuciami.
Bardzo mieszanymi. Ja miałem minę niewyraźną i wspominałem rodziców.
Ba, przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy propozycja matki odnoście koszy i łubianek nie była lepsza niż dotąd uważałem.
Liklik oblizywał wargi, przygładzał platynowe włosy i chyba trochę się martwił.
„Kosarz” Padyzz przymknął oczy i szeptem modlił się do Czterokonia.
Defirr uśmiechał się lekko i zerkał w niebo.
Wuruk stał nieporuszony, jakby kiedyś tam, któryś z bogów, wstawił mu w pierś nieskłonne do trwogi i wzruszeń serce spiżowe.
Kuczm drżał delikatnie i zerkał ku mnie ze wzrokiem, który ujawniał i zadumanie, i niepokój.
- Mam żonę i nawet nie wiesz, co to oznacza, mój Udarku – wymruczał tonem zatroskanie.
Nie wiedziałem, to prawda. Kobiety mnie w ogóle nie interesowały. To jest: nie interesowały mnie aż do popołudnia owego dnia, bo po obiedzie zaszło coś niespodziewanego. Natomiast odkąd sięgam pamięcią, do chwili przybycia pod Pole Lalczane pociągała mnie tylko wojna.
Czy raczej: bębny wojenne.
Dlatego chciałem przeżyć ten trening. Bardzo chciałem.
Nie wiem, czy moja twarz objawiała owego poranka spokój czy też strach. W środku czułem roztrzęsienie, ale kładło się na nie wiele spraw. Nie tylko cień kalectwa i śmierci, co mógł zadać wszak nie tylko wróg, lecz własny dowódca lub jego „ratler”. Chwiała mną nade wszystko rosnąca żądza bębnienia.
Bębnienia w środku bitwy. Pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Myśl o koszach o łubiankach nagle przepadła.
Spojrzałem na kamiennego Wuruka z nagłym poczuciem wdzięczności. To był wspaniały towarzysz, bo jego spokój spływał na tych wszystkich, którzy mieli go przy sobie.  Wuruk zerknął ku mnie i skinął głową.
- Macie godzinę na opanowanie Sanny Anakondy – oznajmił Mogorf. – Po tym czasie ja i moje ratlery zaczniemy obchód.
Nie była to zupełnie ścisła informacja. W ciągu godziny, której nikt z nas nie zmarnował na drzemkę i grę w znaczone kręgle, do Mogorfa dołączyło 30 piechurów z długimi na metr pałkami z drewna.
Nie było wątpliwości, że ciosy nie ominą nikogo, kto sfałszuje rytm.
Tak właśnie sądziliśmy. Ale i to było naiwne. Bardzo naiwnym było myśleć, że pałki spadną tylko na tych, którzy pomylą tony.
A waliliśmy w bębny z miłością do nich samych, do króla, do kraju, do wojny, i do tej prowincji zamordowanej.
Biliśmy w bębny z transem, który objawił się nagle, spadł na nas jak sama anakonda i objął wszystkich.
Paleotus był mistrzem nauczania i już samo jego zaangażowanie było porywające.
Sanna Anakondy była najbardziej wznoszącym rytmem, jaki kiedykolwiek słyszałem. Byłem gotów wybiec daleko za wzgórza ku wrogom, i rozbić ich szereg obnażoną piersią.
Nie miałem żadnych wątpliwości, że tego bym dokonał. Żadnych. Sanna Anakondy robiła coś niezwykłego z mózgiem, a mózg zmieniał ciało.
Stało się jasne, dlaczego wojsko wiletańskie rozbijało w trociny wszelkich oponentów. Sanna Anakondy zamieniała je w tysiące niezniszczalnych taranów, mknących ku linii wroga szybciej niż pociski wymiotane z wyrzutni.
Dlatego nawet nie wiedzieliśmy, kiedy minęła ta godzina. Nie wiedzieliśmy, dopóki Mogorf, sześć mastifów i 30 pałkarzy nie przystąpili do próby odporności na ból.
Tak to wyglądało.
- Trzymać rytm! – krzyczał kapitan, krocząc wzdłuż naszych szeregów i rozdając ciosy. – Nie czujecie bólu!... TRZYMAĆ RYTM!!...
Trans, który osiągnęliśmy, dużo nam pomógł. Nikt nie spanikował, a większość nie sfałszowało „Sanny-Anny” mimo zmiażdżonych przez uderzenie pałki kłykci.
Tak, ciosy były potężne. Pałki spadały na palce, nadgarstki, łokcie, obojczyki, bary…
Wymierzane były w kolana, z obu stron zresztą, w stopy, piszczele, nawet w czoła, nosy i uszy.
Niektórzy oczywiście pomylili rytm, bo trudno jest go zachować, gdy z palców lewej dłoni zostaje uczyniony purpurowy placek, prawy nadgarstek zostaje z anatomiczną otwartością złamany, a kolejny cios wgniata nos w głąb twarzy. Taki bębniarz po prostu walił się do tyłu lub na swój bęben ze skowytem bólu.
Za takiego bębniarza brał się mastif, jeśli akurat był w pobliżu.
Jeśli nie, dopadał biedaka tuzin pałkarzy z piechoty i walił na wyścigi, aż się pałki w powietrzu zderzały na skutek stłoczenia.
- Trzymać rytm! – wrzeszczał kapitan, który miał przerażającą twarz mastifa. – Trzymać rytm!... KRÓL PATRZY!!
Sanna Anakondy to magiczny ton wojny. Byłem teraz skłonny uwierzyć, że porwana nim armia rozniesie wroga nawet czterokrotnie liczniejszego i przebije się w amoku przez kilka krain z rzędu.
Był to pierwszy w historii Wiletanii przypadek, że trening bębniarzy przeprowadzono na zgrupowaniu wojennym. A ponieważ dzień wcześniej Marsz Golemów uczynił znaczne zamieszanie, wszystkim formacjom nakazano obwiązać uszy. Nawet oficerowie zabezpieczyli się w ten sposób. Uzasadnione było przekonanie, że nasze bębnienie wypchnęłoby do biegu ku wrogom pół obozu.
Może nawet króla, który zajął ogromny namiot ze złotych łusek na najwyższym wzniesieniu.
Pałkarze, którzy też mieli obwiązane uszy, nie mogli zatem udzielać nam nagany za sfałszowany rytm.
Mogli natomiast uczyć nas odporności na ból w warunkach bitwy i czynili to z pasją.
Połamane ręce przypadły pięćdziesięciu bębniarzom. A ponieważ bębniarz z połamanymi rękami nie stanowi żadnej wartości dla armii, dobijano go natychmiast.
I mnie nie ominęły uderzenia. Pałka spadła na mój nadgarstek i na przedramię.
Kości wytrzymały, a mój amok, całkiem szczęśliwy obłęd, nie przepuścił większej dawki bólu.
Dopiero, gdy Mogorf podszedł ku mnie i z entuzjazmem przywalił mi w ucho, poczułem kryzys.
Tak, wciąż waliłem w bęben, nawet zresztą w zupełnie niezakłóconym rytmie… ale moje ręce były lekkie, obce, jakby oderwane i przejęte przez tajemnicze siły. Zupełnie nie miałem nad nimi władzy. Czułem to tak, jakbym mógł odwrócić się i odejść bez ramion, które wciąż pracowałyby nad bębnem…
Osobliwe, straszne, ale niezwykle fascynujące uczucie.
Znacznie bardzie niż inne. Z ucha sączyła mi się krew, przez chwilę zupełnie straciłem słuch, potem całe moje ciało przeszył skowyt godny rozciąganego końmi odyńca.
Poza tym ledwo ustałem na nogach, co udało mi się ostatecznie przezwyciężyć tylko dlatego, że zużyłem wszelkie dostępne w owym momencie zasoby życiowej mocy.
A zużyłem je z determinacją, na którą znaczący wpływ mogło mieć to, że po uderzeniu pałką w ucho widziałem trzech Mogorfów, dwanaście mastifów i 90 pałkarzy ogarniętych amokiem, którego życzyłem całej armii na dzień bitwy.
Ustałem.
Ustałem i biłem w bęben tak, że sam jeden poderwałbym wojsko do szturmu miażdżącego najeźdźców, byłem o tym w pełnym uszczęśliwieniu przekonany.
Tego dnia nauczyłem się wielu rzeczy, w tym jednej całkiem frapującej. Otóż poczucie szczęścia ma wiele wspólnego z głębokim obłędem.
Być może bębniarzami zostają ludzie podatni na szaleństwo i opętanie.
Wszyscy nimi byliśmy. Każdy jeden owego dnia był tym bębniarzem heroicznym, dumnym, jeśli nawet trochę przerażonym lub porażonym bólem, to jednak niezłomnym.
Oszalałym i szczęśliwym.
Obłęd pozwala przetrwać miażdżące dawki upokorzenia, bólu i zgrozy.
Nie przypuszczam, by pałki ominęły kogokolwiek. Natomiast zęby „ratlerów” kapitana ominęły wielu, bo o dziwo doprawdy nieliczni pomylili rytmy. Z braku okazji do pouczeń psy rozgryzły tych z nas, którzy osunęli się na ziemię wskutek ciosów ponad ich siły i odporność.
Równo w południe instruktor Mogorf zakończył ćwiczenie Anny-Sanny.
- BĘBNY CISZA!!!
Trans transem, ale dyscyplina rzecz święta, a wrzask kapitana także zawierał w sobie mnóstwo uderzającego szaleństwa.
Dlatego cisza zapadła natychmiast.
Kapitan potoczył po nas zachwyconym wzrokiem.
- Opanowaliście Sannę Anakondy – obwieścił z przejmującą dumą i satysfakcją. – Jutro zgnieciemy nią Olagard. – Odsunął się w tył i zwrócił do Paleotusa.: - Sprowadź kotły z chłodnikiem. – Wrócił do nas wzrokiem i uśmiechnął się. – Pozostańcie na pozycjach. Odsapnijcie. Po obiedzie przetrenujemy Zwijanego Skorpiona.
Instruktor odszedł w kierunku obozu sztabowego, a my w oczekiwaniu na chłodnik zaczęliśmy się rozglądać. Frapujący był ten widok. Do porannych ćwiczeń przystąpiło 336 bębniarzy, z których jedynie weterani nie mieli wątpliwości co do metod treningowych. Pozostali – to jest: nowo wcieleni – karmili się iluzją, trutką, czy jak to zwać, że nikt już „z rąk własnych ubitym nie będzie”, jak to przy śniadaniu wesoło przepowiadał Liklik.
Trutka i mrzonki. 336 nas stało trzy godziny wcześniej nad bębnami. Teraz 211.
Reszta padła, co zwieńczyło rozgryzienie lub roztarcie pałkami na miazgę.
Mimo to nikt nie pomstował ani miłości do bębna nie zgubił. Sądzę, że w naszych umysłach zaszły już silne zmiany.
Być może sprzyjała im jatka, a może owe wstrząsające jestestwem rytmy.
Nie znacie tonów bębnów wojennych, to nie wiecie, o czym mówię.
Mimo oszołomienia widokiem przeszło setki zmasakrowanych towarzyszy i samym przebiegiem ćwiczeń, czuliśmy się dumni z przetrwania i osiągniętych nauk.
Byliśmy bębniarzami króla Romba Ostatniego. Wielka rzecz.
Jedyna ważna.
Aczkolwiek Kuczm, już nad czarką zupy, wymruczał z zamyśleniem:
- Tęsknię za Auyyonną. Gdybym tylko pogłaskał jej łydki, me ręce by ozdrowiały.
Nie bardzo rozumiałem tęskne myśli i słowa za kobietami ani znaczenie ich łydek, bo dotąd żadna jeszcze nie skupiła mojej uwagi. Natomiast ręce Kuczma rzeczywiście wymagały balsamów. Były czarne jak noc, spuchnięte i trzęsły się niczym łyse konary na wichrze. Kuczm zjadł połowę chłodnika, resztę bez intencji wychlapał na sąsiadów. Łzy ciurkiem spływały z jego twarzy, co zresztą wyrównywało straty w czarce.
Ale taką przypadłość miała połowa z nas.
- Jakże mam bębnić jutro, jeśli mi łyżka z rąk wypada, a ból jest nie do zniesienia?! – pożalił się jeden z tych, którzy cali byli purpurowo-czarni od obicia.
- Nie martw się – pocieszył go jakiś weteran. – Gdy wejdziesz w trans, zapomnisz o bólu. Jutro będziesz bębniarzem niebiańskich sił. O ile ból nie zabije cię do rana…
- Hej, weterani! – poderwał się Defirr. – Czy Zwijany Skorpion też nas tak zdziesiątkuje? Zdradźcie nam!
Weterani byli jak mój towarzysz Wuruk. Emocje zdradzali tylko nad bębnem.
- Nie obawiajcie się – zapewnili spokojnie. – Nikt już na was pałki nie podniesie. Zwijany Skorpion to bardzo spokojny rytm. Kapitan Mogorf przeprowadzi ćwiczenie sam. Bez pomocników.
- Bez ratlerów? – spytał ktoś zdławionym głosem.
Weterani wybuchli serdecznym śmiechem. A zaraz po nim – cała reszta. Wszyscy bębniarze śmiali się gromko nad chłodnikiem.
Weterani niewiele zdradzali nam do tej pory, więc ich słowa nas pokrzepiły.
Tyle że były kolejną mrzonką. Tym razem nawet oni zostali zaskoczeni.
[cdn] 

2 komentarze:

  1. Przecież to oczywiste - nie przeszła piosenka Maryli Rodowicz czy innej wypuczonej i wypasionej gwiazdy, więc szybciutko znaleziono haka na "Koko..." by Jarzębina nie mogła tego śpiewać, za to media lansuja jakąś niemiecka Murzynkę, która śpiewa cosik zdechlackim głosikiem i mysli, że jest Shakirą... Tylko ze do Shakiry ma jak stąd do Proximy, albo i dalej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Welcome tu Poland, Land of Assecuration. ;)

    OdpowiedzUsuń