piątek, 8 czerwca 2012

Videosnajper. Promiseusz

 W cyklu filmowych recenzji - do których zaleca się podejść z psychiatrycznym przymrużeniem oka - swoje swobodnie kąśliwe lubo życzliwe opinie naprzemiennie wyrażają Autor i Goście Lwów.
*****film, który wstrząsnął jestestwem Recenzenta. Może nawet zmienił jego życie. A jeśli nie wstrząsnął, to przydał endorfiny przydającej husarskich skrzydeł i buławy hetmana Pioruna-Radziwiłła. Pięć gwiazdek zawsze będzie notą skrajnie subiektywnej miary. Ale też wcale tego nie ukrywamy. Jedno jest pewne: jeśli podzielasz tę królewską notę za dany film, nadajesz na tych samych falach, co Recenzent. Intrygujące i niebezpieczne...
****film wyborowy, znakomity i unikalny jeśli nie z powodu niepowtarzalnego scenariusza, to z przyczyn wywołanych emocji albo refleksji. Bardzo dobre kino, które ubarwia - a może wzbogaca życie znużonych wyzwaniami Ziemian. Trzeba obejrzeć! Bo będziemy sprawdzać. Osoba przyłapana na zignorowaniu tego emisyjno-odbiorczego obowiązku natychmiast pod pręgierz. A potem na pal. Z pala zaś pod plandekę żuka i karna wywózka na Ganimedes (księżyc Jowisza).
***film dobry, choć nie powala i do ukłonu dziękczynnego dla twórców nie zachęca. Wszak nie są Rujewitami i nie popisali się dziełem rewolucyjnym. Ale rozrywka nie potrzebuje ambicji na miarę "O obrotach ciał niebieskich"! Warto obejrzeć - bo warto się odprężać i czas umilać. Polecamy.
**jeśli marnować czas, to pytanie w jaki sposób. Bo można na przykład schodzić z karbidówką do studzienki ściekowej i poszukiwać monet średniowiecznych. Albo ujść misyjnie w Bieszczady i oczyszczać je z perzu, rdestu i trampów północnoamerykańskich. Przy czym czynności takie miałyby więcej sensu niż obejrzenie tak ocenionego filmu. Pod rozwagę.
*niektórych heretyków palono, niektórych obwieszano rzymskim sposobem na słupach sieci trakcyjnej, innych uczono pływać kraulem po uprzednim upchnięciu ciała w podomkę ze smoły ostudzonej. Dziś heretyków s nie goni, a oni kręcą filmy.
płaskie EEG. Obejrzenie tego filmu, ewidentnie martwego już od pierwszych linijek scenariusza, grozi także widzowi zatrzymaniem akcji mózgu, serca i trzustki, którą w ramach "podciągnięcia filmu" będzie się z desperacją zasypywać snickersami bądź kulkami Lindta. Zaprawdę szkoda fal mózgowych. Jedyny pożytek z posiadania kopii filmu, jaki widzimy, to wyświetlić go na telebimach w przypadku inwazji Marsjan. Może litościwie (lub ze zniesmaczenia) odwołają podbój i odlecą.


Prometeusz****
 SF, USA 2012
 Jestem miłośnikiem klasycznego SF i kiedy wieść niesie o takim to tworze, wręcz czyham, wokół kina jak żarłacz krążę, by gratki tak unikalnej, a wymarzonej nie przegapić.
Jak rozumiem klasyczne SF? No cóż, formuła jest prosta. Grupa ludzi, wyprawa, nieznana planeta.
Nic lepszego jak dotąd nie wymyślono. Owszem, by być oryginalnym, ucieka się często od tej formuły i produkuje rozmaite dziwactwa. Niepotrzebnie. Wyprawa w kosmos kręci zwyczajnie człowieka nie tylko jako widza, ale też jako Ziemianina cokolwiek uwięzionego na swojej planecie.
Ja dziwactw nie lubię, ja lubię tradycyjną formułę. Kręci się takowej niewiele, a przy tym często powstają buble. Niestety.
W ciągu kilku ostatnich lat zakosztowałem tylko kilka smakowitych kąsków SF, na przykład Horyzontu Zdarzeń czy W stronę słońca.
Przy okazji drugiego kręciłem głową w zafrapowaniu i urzeczeniu jednoczesnym: jakaż to jest nieskończona wyobraźnia i zdolność ludzka w tworzeniu tak różnych, i tak pięknych wnętrz statków kosmicznych, ich korytarzy, kokpitów, i w ogóle ekwipunku załogantów. Co film SF (mówię o klasycznym i dobrym filmie, nie bublu), to inne wnętrza, inne uniformy, kombinezony, hełmy... Zawsze to podziwiam, a przyznam Wam, że moje oko adoratora śledzi wszelkie trzecie i czwarte tła scenografii i zwraca uwagę nawet na klamki, guziki czy zdobienia drzwi kosmicznych statków.
Taki to ze mnie miłośnik SF.
Nie dziwcie się zatem, że czuję głód i smętny niedobór takich produkcji.
Otóż i zatem na wieść o Prometeuszu klamka zapadła. Wyjście do kina zapisałem w harmonogramie jako święty obowiązek krzyżowca.
I wyszedłem.
Może najpierw o wadach filmu. Naturę mam taką, że wyjściowo jestem życzliwy. Nie lubię "krytyki dla krytyki" i malkontenctwa; ludzie, którzy to objawiają, to istoty sprasowane w komorze dekompresji nadmiarem frustracji i niedowartościowania. Takie miałem odczucia, kiedy oglądałem swego czasu polskich "fachowców" z sarkazmem rozprawiających w TV o tym, jak to się stało, że taki film jak Braveheart otrzymał Oscara (a nawet pięć). Najwyraźniej zdaniem tych szpeców takie nagrody powinny przypadać jedynie filmom o kłopotach irańskich siewców i takie tam anbicjonały.
Ja zaś twierdzę, że o nagrodzie powinien nade wszystkim stanowić efekt poruszenia i widza, a nie coś tak durnego jak aktualny trend intelektualny.
Wracając do Prometeusza i wad jego.
Otóż jedna rzecz mnie zawiodła. W dwóch czy trzech scenach filmu widać uwieszone na ścianie masywne przepiękne, wielce imponujące kombinezony ni to przestrzenne ni to do nurkowania przeznaczone. Wydają się być tak piękne jak solidne i byłem pewien, że ktoś je w końcu przynajmniej przymierzy, o zwrócenia się w takim pancerzu przeciw wrogowi nie wspominając.
Nic z tego. A szkoda.
A teraz serio. Ten drobny zawód nie może być w żadnym razie wadą. Gdyby był, to zresztą ginącą jak zbłąkany, przejrzysty gupik w zderzeniu z ławicą zalet-rekinów.
Owszem, Prometeusz jest wprost pełen zalet i nazwę go filmem doskonałym, niewątpliwie jednym z najlepszych SF, jakie w życiu swym prawie 600-letnim obejrzałem.
Mówię serio, drogi Czytelniku. Jeśli jesteś wielbicielem SF, a zwłaszcza "klasycznej formuły", natychmiast wdziewaj kubrak ,bryczesy i kozaki, i podążaj do kina. Bo następna taka okazja może przywędrować na ekran za lat 25.
Nie każdy kręci jak Scott czy Cameron.
Oczywiście scenografia jest pyszna, klimat urzeka natychmiast, a doskonały od początku do końca soundtrack jedynie pogłębia ten efekt.
No i wreszcie: wnętrze statku, uniformy, sprzęt. No jest wprost fantastycznie. Znów mi dech zaparło i szczęśliwie ucztowałem.
Jest kilka rzeczy, które wciąż mnie oczarowują i na które zawsze czekam łakomie. Świadczy to pewnie o zakopanym w niższych partiach mego jestestwa dziesięcioletnim chłopczyku-marzycielu, ale też nie zamierzam za uszy go wyciągać w próżnię kosmiczną wyrzucać. Niech sobie żyje wieki całe we mnie i swoje radości ma.
A co go tak oczarowuje? Otóż moment lądowania statku na nieznanej planecie i wypad załogi na zewnątrz. Jak dotąd najbardziej efektownym pozostaje dla mnie (i tego chłopczyka dziesięcioletniego) moment lądowania i wyjazdu jednostki komandosów w Obcym - decydującym starciu, majstersztyk wbicia w fotel przy skumulowanym już wcześniej napięciu.
A jak jest w Prometeuszu? Jest doskonale. Jakkolwiek pierwiastek militarny jest zaniżony, to sprzęt robi niesamowite wrażenie i tak ja, jak mój wewnętrzny chłopczyk, byliśmy - i pozostajemy - urzeczeni i ukontentowani. Biję pokłony do posadzki - nawet w PRL-owskim WC dworcowym bym to zrobił - tym, którzy projektowali pojazdy i statki dla filmu Prometeusz. Kształt, kolor... Doskonałe.
Kolory i dźwięki urzekać będą widza nieustannie.
Towarzyszyć temu będzie duże napięcie. Trzeba zaznaczyć, że nie zabraknie scen bardzo dramatycznych i wstrząsających. To kolejna zaleta, która zresztą robi rzecz niezwykłą.
Winduje film ponad dzieło tak arcymistrzowskie jak Obcy. Nie spodziewałem się, że to napiszę, a jednak.
Przy okazji warto poruszyć kwestię wtórności. Niektórzy jej nie lubią. Narzekają na zrzynkę, kopiowanie, podrabianie, brak pomysłów. Ja zaś zawsze powtarzam: wtórność sama w sobie najmniejszą nawet wadą nie jest. Ja uważam ją za zaletę i wtórność lubię. Aby film wzorowany na starszym, czy w ogóle będący remake'm, sequelem tudzież prequelem (ale technicznie rzecz biorąc, prequel jest... remake'm) uznać za udany, wystarczy - moim zdaniem - gdy spełni on dwa warunki: będzie trochę inny i równie dobry /co poprzednik/.
Prometeusz jest bardzo inny i... wyraźnie lepszy.
Naprawdę. Nieprawdopodobne, a jednak.
Jeśli pominąć oczywistą przewagę technologiczną, to już same dialogi i emocjonalność postaci silnie przykuwają do foteli.
Nie zabrakło kapitalnych pomysłów technologicznych (ach, ta wyobraźnia ludzka!); ręce mi się pobożnie złożyły, gdy ujrzałem detektor ruchu. 
Zalety można jeszcze wymieniać.
Nie ma na przykład przerostu efektów mimo wielu dramatycznych scen. Nie ma irytujących efektów stroboskopowo-teledyskowych, wprowadzonych do kina w latach 90., nie ma przeklętej "ruchomej kamery", za którą na szafot bym pchał.
I wreszcie ekipa. Dobór aktorów rzecz ważna, to jasne. Natomiast nie zawsze to wychodzi. Ekipa dobrana w bardzo dobrym skądinąd filmie Predatorzy nie trafiła mi do przekonania. Tu wzięto znakomitą pakę. Bez dwóch zdań.
Mam słabość do zimnych piękności (niektórzy mężczyźni mają tę słabość i kończą potem jak Zygfryd de Löwe ,co zrobić) i wyznam, że już tylko dla jednej sprawy nie żałowałbym pieniędzy wydanych na bilet /gdyby film okazał się bublem/.
Dla Charlize Theron.
Oczu oderwać nie można.
Akcji zdradzać naturalnie nie będę. Za takie gafy powinno się recenzentów w dwutygodniowe dyby wstawiać.
Natomiast powiem jedno. Gdy główny bohater już się mi bez wątpliwości objawił, skojarzył mi się on z bohaterami Alistaira MacLeana z takich książek jak 48 godzin czy Złote rendez-vous. Owi bohaterowie już w połowie wydarzeń byli wyczerpani, ranni, próbami nadludzkiej miary przywaleni, a tymczasem z nieprawdopodobnym wyzwaniem dopiero miało przyjść im się zmierzyć... I dla tej rzeczy też bardzo Prometeusza Wam polecam.
Zaprawdę, wielką mam nadzieję, że jest ten fantastyczny film promiseuszem-obieceuszem kolejnych udanych produkcji SF w najbliższym czasie.
Czego życzę Wam, sobie i Chłopczykowi z Wnętrza, który sprawia, że wciąż umiem z radością bujać w obłokach, które stworzyła wyobraźnia innych.

*****

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz