sobota, 21 lipca 2012

Gazy z Pobliskich Bagien

Mało co mnie tak bawi, jak tuszowanie rejestrowanych przelotów statków pozaziemskich przy pomocy dwóch flagowych - a zatem flagowo już groteskowych - wykrętów.
Że obiekt ów był Balonem Meteorologicznym.
Albo Wenus.
Na pewno nie pojazdem Obcych, Którzy Nie Istnieją.
Czasem nazywa się taki statek - zwłaszcza, jeśli przypomina smugę świetlistą - Gazem z Pobliskich Bagien.
Nawet, gdy nie są za bardzo pobliskie.
Tak szerze mówiąc, zawsze wydawało mi się trochę niemądrym to uporczywe akademickie bębnienie, że życia (czytaj: ras posiadających kończyny, rakiety, traktory, lunaparki) poza Ziemią nie ma.
Dlaczego nie ma?
Dlatego, że go nie wykryliśmy.
Hm. To ci dopiero uzasadnienie.
Pod uwagę wziąłbym na miejscu akademików coś więcej niż rejestratory. A mianowicie rozumność i logikę. Jeśli spojrzeć z takimi narzędziami na kwestię życia poza Ziemią, jeśli matematycznie objąć sposobną na to przestrzeń wszechświata, i wierzyć nadal w wielką tego uniwersum bezżyciową pustkę... Cóż, można by tu mówić o Religii Wielkiego Marnotrawstwa. 
Wziąłbym także pod uwagę istotę istnienia. Mam wrażenie, że jest tym życie i rozwój.
Jak się by do tego miały biliony pustych planet?
Jeśli tak by to miało wyglądać, przyznałbym Bogu nietuzinkowe poczucie humoru.
70000000000000000000000. Tyle gwiazd oblicza dla wszechświata jedno ze źródeł.
Inne sugeruje, że należy liczyć się z nieskończonością kosmicznych galaktyk.
Jeśli jednak wszechświat liczy zaledwie 70000000000000000000000 gwiazd, to jakoś nadal nie kwapię się do Religii Wielkiego Marnotrawstwa. Wierzę bardziej w ten rozwój.
A cokolwiek nie można o rozwoju powiedzieć, to jedna rzecz o nim będzie najpewniejsza.
Rozwój nie zna ograniczeń.
Czy się to akademikom podoba czy nie, życie się rozpełza.
Kosmos w każdym razie, pusty, czy jarmarcznie przepełniony, jest magiczny i fascynujący sam w sobie. Kto nie lubi patrzeć w gwiazdy?

I po tym kosmicznym wprowadzeniu, serdecznie zapraszam do lektury. Trochę kosmicznej.

Facet w Czerni

Jestem pogodnym, nadzwyczaj optymistycznym człowiekiem. Wierzę w triumf dobra i takie tam ideały. Nie odczuwam strachu przed światową epidemią, spiskiem masońskim, a już tym bardziej czymś tak absurdalnym, skrajnie baśniowym, jak zmasowany atak Obcych na struktury Ziemian.
Jestem wyważonym, pobłażliwie zdystansowanym realistą, a pogoda ducha i życzliwość zdają się temu sprzyjać. Śmiem podejrzewać, że to lęk i frustracja roją w umysłach ludzkich fobie i poczucie zagrożenia. Ja sam – jestem wesoły i śmiały.
Co imponuje mojemu synowi Jacobowi, a przy tym – sądzę – ma znakomity wpływ na jego rozwój psychiczny. Wszak dziesięcioletni organizm cechuje tak dynamiczne kształtowane, jak wielka wrażliwość. Obraz ojca – jego emocjonalność i nastawienie – jest dlań obrazem świata.
Chciałbym to powtórzyć: jestem wesoły i śmiały.
A mówię wam to wszystko, bo jest jedna rzecz, która napawa mnie niepokojem. Nie, nie nazywajmy tego strachem, broń Boże, zatrwożeniem. Ot, lekkie zafrapowanie, cień obawy...
The truth is out there. To właśnie zdanie jest jak ten mały, niezbyt biały, ale i nie przesadnie czarny obłok, który czasem zasnuwa złote słońce moich przekonań i refleksji.
Co rzuca się wam w oczy, gdy rozejrzycie się wokół? Mnie - za każdym razem - przede wszystkim jedno: porządek. Wszystko jest pod kontrolą. Cały system życia, od mikrobów, poprzez największe zwierzęta, do ludzi, jest poddany regułom i porządkowi, który nigdy nie runął – mimo zjawisk wojennych i przyrodniczych tąpnięć. Wszystko jest uporządkowane, a nieuniknione zjawiska krótkotrwałego, lokalnego zresztą chaosu, tylko to potwierdzają. Czy zaprzeczycie? Jeśli nawet gdzieś wybuchnie wulkan, zatrzęsie ziemia, zawali się wieżowiec lub uderzy komando terrorystów – to przecież zdarzy się to w jednym, może dwóch miejscach jednocześnie, nigdy w dwudziestu.
Gdyby wszak w jednym momencie ot, na przestrzeni kilku dni, dziesięć krajów zostało sparaliżowanych atakiem natury, dziesięć innych inwazją militarną, dziesięć kolejnych spadkami samolotów i meteorów, zaś jeszcze następne dziesięć na przykład epidemią eliminującą tysiąc osób dziennie – porządek zostałby utracony. Być może bezpowrotnie.
Ale przecież to się nie dzieje. Nigdy. Do jakichkolwiek kronik by nie sięgnąć.
Ilość ofiar zdaje się być określona. Jeśli nie w skali dziesięciolecia, to przynajmniej tysiąclecia.
WSZYSTKO JEST POD KONTROLĄ.
- To najlepszy dowód na istnienie Boga – orzekł mój syn Jacob, który skłonność do filozoficznych refleksji przejawiał od trzeciego roku życia. – Jeśli tak nazwać siłę, która wykreowała, ułożyła, no i - pilnuje swego.
Być może ma rację. Może zaś potwierdza to po prostu istnienie jakichś innych Sił Kreacji i Ładu. Pewne jest jedno: istnieje kontrola i porządek. Dawno temu, kiedy to sobie uświadomiłem, odetchnąłem pełną piersią i pojąłem świat jako twór stabilny, choć nie zawsze bezpieczny – w lokalnym rozumieniu.
I tylko ten mały, ciemny obłok... The truth is out there. Muszę wyznać wam, że to zdanie prawie mnie przeraża. Prawie. Nie aż tak bardzo. Ale jednak. Gdy zastanawiam się nad tą kwestią, czuję nawet szmery w sercu.
Nie jestem pewien, czy słyszałem te intrygujące słowa już w dzieciństwie. Jeśli nawet, to nigdy nie przywiązywałem do nich większej wagi. Dopóki nie zacząłem oglądać serialu Archiwum X.
Pierwsze odcinki traktowałem pobłażliwie, nawet z nonszalancją, jako że trąciły naiwną baśnią. Tyle, że baśń ta zapuszczała macki w podświadomość i po kilku tygodniach zacząłem się niepokoić. Rozterki i zafrapowanie, oto czego zacząłem doświadczać po raz pierwszy od długich, beztroskich lat wiary w świat ładu i cywilizacyjnej ochrony.
Nie twierdzę, że upadł mój pogląd na Kontrolę i Porządek. O, nie. Ale nie udało mi się powstrzymać tego obłoku, który wpłynął niespodziewanie na radosny nieboskłon mojego optymistycznego serca i już tam pozostał. Bardzo ujawniał się, kiedy oglądałem Archiwum X.
- Tatusiu – zmarszczył brwi pewnego dnia Jacob – powiem ci jak syn.
- Czyli? – chrząknąłem nieco zmieszany. Po takim życzliwym wstępie mój syn zwykle mnie pouczał albo ujawniał zmartwienie moimi czynami. Co krępowało nie mniej.
- Czyli szczerze i czule. Otóż obserwuję cię od sześciu tygodni...
No proszę. O tym właśnie mówię.
- ...i widzę bez wątpliwości, że twój ulubiony serial o kosmicznych chirurgach i mutantach przechodzących przez rynny niespecjalnie ci służy.
Mój dziesięcioletni syn naprawdę przemawia w taki sposób. Jego sarkazm niektórych ojców dławiłby jak objęcia anakondy, mnie nieco krępował, ale znacznie bardziej fascynował.
Kosmitów porywających Ziemian w celu wyrżnięcia z nich narządów nazwał chirurgami.
- Skąd ten wniosek, synu? – spytałem z kamienną twarzą.
- Odkąd go oglądasz, zauważyłem kilka zmian.
- A. Jakich?
- Że wymienię tylko kilka. Częstotliwość twoich zabaw w rodzaju przebierania się za klauna albo dziwne zwierzę spadła o 560%. Ilość lamp świecących od zmroku do świtu wzrosła o 700%.
Podrapałem się po czole w zafrapowaniu. Które wywołała nie tylko spostrzegawczość Jacoba, ale i trudność położenia. Jak wytłumaczyć takie zmiany?
Mój syn zrobił to za mnie.
- Jeśli człowiek, który wcześniej błaznował niczym osesek, nabiera nagle pogrzebowej powagi i przygaszenia, świadczy to o tym, że umysł jego zaprzątają ponure refleksje i zagadnienia. Coś utrąca z jego radości i beztroski, wcześniej uderzającej. Jeżeli w całym domu palą się lampy aż do rana, nasuwa to podejrzenie borykania się z lękami. By nie rzec: z poczuciem zagrożenia.
- No, no – okazałem delikatny protest.
- Zwróciłem uwagę, że wszystkie lampy zapalasz w wieczór emisji serialu, następnie, przez kolejne noce, ich ilość stopniowo spada, by w koleją sobotę, po odcinku Archiwum X, znów osiągnąć komplet. Owo 700% normy. Weźmy salon. W piątek w nocy palą się tam dwie lampy. W sobotę dziewięć. Korytarz? W piątek jedna. W sobotę czternaście.
- Czternaście – powtórzyłem z namysłem.
- Wiesz że jestem skrupulatny.
Wiem, że jest skrupulatny.
- Myślałem, że będzie ci raźniej w oświetlonym domu...
- Tatusiu, wiesz, że mam odwagę lwa. Musisz też wiedzieć, że twoje oczy są złe na ciebie.
- Są złe?
- Gdy śpisz pod jupiterami, nie dajesz im szans odpoczynku i regeneracji. Zemstą może być upomnienie w rodzaju jaskry – przestrzegł kojącym głosem.
Wszelkie przestrogi Jacob miał zwyczaj przekazywać kojącym głosem. Miałem mieszane uczucia co do tego zwyczaju.
- Pytanie moje jest następujące – kontynuował mój pięcioletni syn – skoro ten serial, de facto stworzony do zastraszania ludzi, zatruwa twoją podświadomość rozterkami i niepokojem, PO CO GO OGLĄDASZ? – zadawszy to tak nieuchronne jak niewygodne pytanie, spojrzał na mnie z wyrazem twarzy, którego bardzo nie lubiłem.
Tu muszę wyjawić rzecz, której prawdopodobnie nie dacie wiary. Co mnie nie zdziwi. Jednakże jest najzupełniej prawdą, że mój syn, gdy okazuje skonfundowanie i potępienie, wpatruje się w rozmówcę (obawiam się, że głównie we mnie) twarzą o k o n i a . Tak jest. W takim przypadku twarz mojego dziesięcioletniego dziecka przeobraża się w jakiś tak gwałtowny, jak całkowicie niewytłumaczalny sposób, po czym staje się niczym innym jak twarzą okonia. Ja sobie zdaję sprawę, że wielu z was żachnie się z irytacją lub niedowierzaniem, argumentując słusznie: „Ale człowiek nie może przybrać twarzy rybiej! I już na pewno ryby i d e n t y f i k o w a n e j!! I dlaczego okonia właśnie?!”
No i przecież ryby nie mają twarzy, prawda?
Sęk w tym, że Jacob potrafi przybrać twarz ryby i jest to bez wątpliwości twarz okonia. Nie potrafię tego uzasadnić ani też wcale pojąć, zatem wam też nie będę w tym pomagał. Faktem jest jednak, że oblicze okonia od początku było widokiem bynajmniej nie zabawnym, lecz zbijającym z tropu, przykrym, peszącym, kłopotliwym, a nawet niepokojącym.
Co Jacob wykorzystuje.
„Po co go oglądasz?” – spytał mój syn z twarzą okonia. Już dawno pojąłem – chyba wtedy, gdy skończył trzy lata – że owijanie w bawełnę nie zwiedzie ani nie odprawi Jacoba. Dlatego wyznałem otwarcie:
- Bo mnie wciąga. Chyba właśnie to, że podważa wiarę w Kontrolę i Porządek. A może nie tyle podważa, co dopuszcza myśl o możliwym utraceniu tych sił. Kiedyś tam. Być może.
Patrzył na mnie okoń, co nie pomagało zachować fasonu.
- Tatusiu, co byś powiedział człowiekowi, który kręciłby się nad krawędzią przepaści?
No cóż, jasne było to odniesienie. Tak jasne, że zachowałem wymowne milczenie. Okoń kontynuował proces:
- Skoro zgadzamy się, że Archiwum X wywołuje w tobie co najmniej – co najmniej – co najmniej*- uczucie niepokoju, to jeśli nie obiecasz mi teraz, że nigdy więcej nie obejrzysz tego serialu, będzie to oznaczało dwie smutne rzeczy. Po pierwsze: mój ojciec jest czymś w rodzaju pitekantropa uszkodzonego ciosem maczugi i obrabowanego poprzez ów cios instynktu samozachowawczego. Po drugie: ojciec pitekantrop zupełnie nie kocha swego synka, i nie ceni, ignorując jego troskę i miłość, a przy tym dając fatalny wzór nieracjonalnego postępowania.
Taki właśnie był mój syn Jacob. Odczuwałem niewysłowioną dumę i wzruszenie nad jego elokwencją i dojrzałością.
Zaraz po zawstydzeniu.
- Synu mój – oświadczyłem uroczyście. – Koniec z serialem. Wracamy do filmów z lat 80.
Okoń odpłynął z twarzy Jacoba.
Filmy z lat 80., zwłaszcza komedie, przygodowe i obyczajowe, mają niezwykłą aurę, co odkryłem jakiś czas temu. Emanują świeżością pomysłów, bardzo pozytywną energią, a z aktorów bije aż harmonia i radość życia. Wszystko to wzmacnia jeszcze muzyka, która właśnie w latach 80. miała najbardziej radosne, motywujące do działania i przydające optymizmu brzmienie. Wbrew opiniom tych dziwaków, którzy uznali muzykę z owego dziesięciolecia za najgorszą (tandetną wręcz) w całym XX wieku.
To chyba oni są tymi pitekantropami trafionymi maczugą.
Kiedy odkryłem, że filmy z lat 80. stymulują wiarę w radosny, uporządkowany świat i dodają życiowej energii, przestałem oglądać nowe filmy. Wydawały mi się już tylko nasyconymi agresją teledyskami, projektami wtórnymi, ocierającymi się o chaos i oślepiającymi stroboskopami, drażniącymi natłoczeniem męczących efektów obrazowych i dźwiękowych. Emanującymi, owszem, nie jednak radością życia, lecz drapieżnością.
Jacob wciągnął się w filmy z lat 80. Większość z nich można pokazać dzieciom, w przeciwieństwie do dzisiejszych, pośród których nawet większość komedii przesunąłbym do działu Filmy wojenne albo Erotyczne. A już na pewno do działu Odpychająco wulgarne.
System pompowania optymizmu działał świetnie, dopóki, nieco przypadkiem, nie obejrzałem pierwszego odcinka Archiwum X. Właściwie za namową żony. Przyszła do sypialni, ściągnęła ze mnie kołdrę i zaznaczyła, że będzie oglądać coś strasznego i jeżeli nie zamierzam jej „bronić”, to pójdzie po sąsiada.
Bardzo kocham moją żonę, mimo, że owego wieczora wciągnęła mnie na trzęsawisko.
Jacob wyciągnął mnie z trzęsawiska. Pierwsze, co zrobił, to kupił wszystkie komedie z Chevy Chase’m z lat 80. Lepszego lekarstwa nie ma. Już dwa tygodnie później, gdy spaliśmy, dom tonął w ciemnościach.
I tylko do toalety wędrowałem ze sztormówką wymontowaną z jachtu siostry.
Rzecz jasna, także moja żona, Gwen, przestała oglądać serial, który kładł cień na kwestie Kontroli i Porządku. Rozmowę przeprowadził z nią Jacob, gdy tylko wróciła z kolejnego lotu. Przekonał ją szybko. Gdy opuściła jego pokój, była blada i nieco roztrzęsiona. Wyglądało na to, że
przeszła turbulencje większe, niż kiedykolwiek wcześniej na pokładzie samolotu, gdzie pracowała jako stewardessa.
*Tak, powtórzył to trzy razy.
Było jasne, że pierwszy raz zobaczyła okonia.
Kilka miesięcy później w moim sercu nie było już obłoku. A przynajmniej wierzyłem w to, bo zupełnie go nie czułem. Podobnie jak szmerów w sercu.
- Jesteś już znowu tym starym tatą – rzekł z zadowoleniem Jacob. – Jesteś wesoły i śmiały. Widzisz, jak prosta jest receptura modelowania podświadomości i serca? Telewizja chyłkiem wsącza w twój umysł program. Jeśli oglądasz horrory i filmy bez happy-endu, wsącza ci w umysł i jego pole elektromagnetyczne strach, frustracje oraz rabuje rezerwy energii. Jeśli filmy lekkie, zwłaszcza z lat 80., ładuje cię męstwem, optymizmem i czyni istotą energetyczną. Kocham cię, tatusiu.
- A ja ciebie, mój filozofie-psychologu-okoniu.
- Nie jestem okoniem. Zrobisz mi model „Wilhelma Gustloffa”?
- Oczywiście! Ale wszak robiłem ci go w zeszłym ty...
- Tamten zatonął.
Obłok rozwiał się. I tylko czasem jeszcze, gdy – sam nie wiem, czy z przekory wymierzonej samemu sobie, czy jeszcze z innej przyczyny – przypominało mi się motto „Archiwum X”, popadałem w chwilowe zamyślenie. Nie, nie było już niepokoju. Może odrobina, łatwo rozmywalna odrobina rozterki. Ale to tyle. Bez lęku.
The truth is out there. To było właściwie zabawne. Manipulacja – jak to stwierdził Jacob.
Trzy dni po tym, jak Jacob zatopił w wannie trzeciego „Wilhelma Gustloffa”, wstałem bardzo późno. Rzadko mi się to zdarza, bo nie lubię tracić zbyt wiele czasu, nawet mając świadomość, jak cenny i dobroczynny jest sen. Podniosłem się z łóżka dopiero w południe i powlokłem do kuchni, by z owoców zmiksować eliksir orzeźwienia. Przy okazji rzuciłem okiem za okno. Z piątego piętra apartamentowca widok był całkiem rozległy. Najbardziej ucieszyło mnie błękitne niebo, nieskalane najmniejszą nawet chmurą czy choćby smugą zostawianą często przez samoloty. Soczysty błękit i złote słońce natychmiast rozjaśniły moje wnętrze. Gdy opuściłem wzrok, rozjaśniłem się jeszcze bardziej. W przeciwieństwie do wielu ludzi, którzy z jakimś popłochem zdziczenia umykają z wielkich miast do zamarłych wsi, uwielbiam miejski zgiełk, natłoczenie ludzi, aut i sklepów. A także labirynt wieżowców.
Dłuższą chwilę syciłem się ulicami i hałasem Nowego Jorku, jednocześnie wlewając w siebie eliksir orzeźwienia, uczyniony z mango, pomarańczy i buraków. W ciągu minuty stałem się w pełni energetyczną, pogodnie usposobioną istotą miejską.
Gwen była na pokładzie samolotu do Denver, Jacob w szkole. Pomyślałem, że czwarty model „Wilhelma Gustloffa”, zwodowany w wannie, będzie jeśli nie niespodzianką, to w każdym razie niezłym zamiennikiem ojcowskiego całusa, po który mój dorastający syn już tak bardzo się nie garnął.
- Zdecyduj, czy chcesz wychować mnie na pierrota chichoczącego nerwowo na widok dziewczyn, czy na charyzmatycznego wojownika – rzekł pewnego wieczora, gdy przyszedłem do jego pokoju pocałować go na dobranoc.
- Na pierrota nie – chrząknąłem zaskoczony.
- Dobranoc, tatusiu – zakończył sprawę, wracając wzrokiem do książki, która miała tytuł Procesy fizjologiczne, a dyscyplina ciężkich chorągwi francuskich pod Crécy.
Mój syn chyba sam kształtował się na charyzmatycznego wojownika.
Dopiłem sok i już chciałem odejść od okna, gdy spostrzegłem czarne BMW wjeżdżające na nasz parking. Jestem miłośnikiem BMW, uważam jego bryłę i majestat za kwintesencję cywilizacyjnego pojazdu. Zawsze oddaję tym samochodom szczery, życzliwy hołd, odprowadzając je spojrzeniem. Z góry też traktuję życzliwie prowadzących BMW ludzi.
BMW, które wjechało w podziemia bloku, odprowadziłem wzrokiem szczególnie wdzięcznym i adorującym. To był model 7 E38. Dokładnie taki sam należał do mnie.
Uśmiechając się pod nosem, skierowałem swe kroki do łazienki. Chciałem zwodować ukończonego w sekrecie „Wilhelma Gustloffa”, zanim Jacob wróci do domu. Nim zdążyłem dotknąć drzwi od łazienki, zabrzęczał dzwonek wejściowy. Znieruchomiałem zaskoczony. Jeśli nie był to Jacob, który był w szkole, ani Gwen, która była w samolocie, ani też żaden z sąsiadów, których nawet nie znałem, to był to ktoś z zewnątrz, który nieznanym sposobem przeszedł drzwi holu. A przez nie wpuszczali tylko mieszkańcy korzystający z kamer i elektroniki.
Najzupełniej bez szmeru poszedłem do drzwi wyjściowych i otworzyłem je.
Stał tam trzydziestoletni mężczyzna lubujący się w czerni. Może nawet lubujący się w serialu Archiwum X, który to serial jest wprost proporcjonalnie promienny do człowieka, któremu otworzyłem drzwi.
Czarne miał włosy, okulary, płaszcz, marynarkę, spodnie i buty.
No i to BMW – bo jakoś nie miałem wątpliwości, że to on nim przyjechał.
Byłem wesoły i śmiały; kilkutygodniowa kuracja Chevy Chase’m wymiotła wszelki respekt i zahamowania z mojego jestestwa. Toteż natychmiast zagadnąłem przyjaźnie, acz nie bez ironii:
- Czyżby rozsyłano wici na zlot posiadaczy modelu 7 E38?
Uniósł nieznacznie brwi, jak ktoś, kto nie bardzo rozumie pytanie, po czym – ignorując je z dość obcesową swobodą – przeszedł do własnych spraw:
- Nazywam się John Condors. Czy ma pan coś przeciw temu, byśmy porozmawiali, panie Knight?
Szczerze mówiąc, to trochę miałem. Zwodowanie liniowca dla mojego syna filozofa-psychologa-okonia było rzeczą istotniejszą od wszelkich innych. Wpuściłem go jednak, bo mam słabość do intrygujących osób i sytuacji.
Prawie tak dużą jak do BMW i ich miłośników.
- Najzupełniej nic – wyszczerzyłem zęby. Ogarniał mnie wyjątkowo euforyczny nastrój, być może efekt uboczny przedłużonego snu. – Służę kawą i kanapą. O ile nie będziemy rozmawiać o podatkach, środkach przeciw łysieniu i wyborach burmistrza.
Bez słowa wpłynął do mieszkania i po chwili już siedział na kanapie.
- Ale za kawę dziękuję – uniósł ręce. – Dekoncentruje mnie.
- To może herbaty?
- Proszę się nie fatygować, panie Knight. To zajmie tylko chwilę. Będzie niczym przelot trzmiela.
Ciekawie ujęte, doprawdy.
- Czy powinienem odczuwać niepokój? – spytałem.
- Najzupełniej nie – zapewnił krzepiąco.
To była bardzo uprzejma obietnica, którą doceniłem, nie mniej musiał pogodzić się z tym, że w przeciwieństwie do niego nie odmówiłem sobie kawy. Czekał jednak cierpliwie, a jego oblicze zachowało niewzruszony, zrelaksowany wyraz.
- Zatem, panie Condors...? – skinąłem głową zachęcająco, zasiadając w fotelu naprzeciw niego.
Przyjrzał mi się z uwagą, której osiągnięciu najwyraźniej nie przeszkadzały bardzo ciemne okulary, bo ich nie ściągnął.
- Rozumiem, że nie chodzi o zlot miłośników BMW – okazałem domyślność.
- Skąd ten pomysł?
- Obaj jeździmy tym samym autem.
- Aha – skwitował bez zainteresowania czy zaskoczenia. – Nie, nie w tym rzecz, panie Knight. Jeśli pan pozwoli, przejdę od razu do rzeczy.
- Cenimy to w tych stronach – okazałem pogodny sarkazm. Miałem świetny nastrój, a to często objawiało się żartobliwymi uwagami na granicy grzeczności. Condors nie był nowojorczykiem, miał jednak bardzo specyficzny akcent i szybko zrezygnowałem z prób odgadnięcia, skąd pochodził. Mógł mieć w sobie krew meksykańską, ale równie dobrze i słowiańską. Jego uroda też była nieokreślona, rzekłbym: niezdecydowana, a okulary sposobne astronaucie nie zachęcały do werdyktów antropologicznych.
Uderzającym było jego odprężenie. Które ani trochę nie stawało okoniem skupieniu i baczności, bo i to rzucało się u niego w oczy. Jak już powiedziałem, humor miałem wyborny, a duch mój został oczyszczony, toteż nie odczułem najmniejszych obaw tudzież szmerów w sercu.
Natomiast poczułem wyzwanie.
Jeśli w twoim domu zjawia się intrygujący, nieco nonszalancko zachowujący się osobnik, emanujący nieuzasadnioną pewnością siebie, a nawet czymś w rodzaju zatroskania twoim losem, okazywanym z wyższej, niejako upokarzającej pozycji – masz prawo odczuć wyzwanie i odpowiedzieć na nie.
Postanowiłem zachować kamienny wyraz twarzy. Dzięki temu w życiu wiele osiągnąłem nawet w beznadziejnym położeniu. „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” – rzekł Augustyn z Hippony. Kimkolwiek był, miał rację. Dopóki zachowujesz kamienny wyraz twarzy, wygrywasz każdą konfrontację.
Od pierwszej chwili wiedziałem, że trafiłem na równego sobie. Condors był najbardziej zrelaksowanym i pewnym siebie człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałem.
I od razu przeszedł do rzeczy.
- Powiedział pan komuś, że widział kosmitę?
Milczałem ledwie dwie sekundy. Kiedy trzymasz się taktyki kamiennego oblicza, zdziwienie nie śmie wpełznąć na twoją twarz. O dziwo, dzięki temu opuszcza ono prawie natychmiast umysł. Jakby mózg i mięśnie twarzy stymulowały sobie nawzajem stany emocjonalne.
- Nie.
To była bardzo uczciwa odpowiedź. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem.
Głównie dlatego, że nigdy nie widziałem kosmity.
Nie wierzyłem też w UFO, podobnie jak nie wierzyłem w elfy, jednorożce, albo w to, że Hitler przeżył wojnę i wraz z najnowocześniejszymi U-Bootami umknął na Antarktydę.
Kiedy odrzucasz mroczne mity i wszelkie teorie, które mogą zarysować wyznawaną przez ciebie strukturę Kontroli i Porządku, żyjesz w szczęśliwym i bezpiecznym świecie.
Nasuwało się pytanie, czy Condors żył w takim świecie.
- Nikomu?
- Nikomu.
- Ani synowi?
- Nic. Ani słowa.
- Ani żonie?
- Nigdy nic.
- Ani Susan?
Stężałem. Na mikrosekundę kamień uciekł mi z twarzy. Przywróciłem go błyskawicznie, ale Condors zdołał chyba dostrzec moje zmieszanie. Nie byłem zdumiony, kiedy zwrócił się do mnie po nazwisku. Nic trudnego do ustalenia. Także ustalenie liczby i płci członków mojej rodziny nie nastręczało większych trudności, choć kazało już bez entuzjazmu zastanawiać się nad powodem tego zainteresowania. Lecz pytanie o Susan musiało zadać mi pewien wstrząs. To była kelnerka z baru. Mieliśmy za sobą raptem jedną randkę.
Poznałem ją dwa dni temu.
Naprawdę niewiele prędzej niż pana Condorsa.
Który nagle skojarzył mi się z tymi Facetami w Czerni z filmów i magazynów ufologicznych.
- Zadumał się pan co nieco – rzekł łagodnie. Uśmiech na jego wargach był prawie nieuchwytny.
Prawie. Ale był tam. A mnie nie było do śmiechu.
Wciąż jednak czułem w sobie pozytywną energię Zwycięzcy Dnia – jak to określała uroczo Gwen – i trzymałem się taktyki kamiennej twarzy.
- Mam skłonności do popadania w zadumę – wyznałem lekkim tonem.
- Chyba nie w barach? – teraz uśmiech nie był już taki znikomy.
Powolnym ruchem podniosłem kubek do ust. Kawa była wyborna, mocna i zasługiwała na miano sojusznika.
- Nigdy nie nawiązał pan znajomości w barze? – zapytałem ciepłym, wyraźnie jednak sceptycznym głosem.
- Oczywiście zdarzało się – przyznał natychmiast polubownie. – To przecież nie znaczy, że zdradzamy swoje żony, prawda? – poszerzył uśmiech.
To nie był miły rodzaj uśmiechu. Zdawał się być serdeczny i przyjacielski, ale nie było wątpliwości, że stanowił szydercze narzędzie ataku.
Kamienna twarz. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Zaufaj Augustynowi.
- Proszę mi wierzyć – złożył ręce, jakby w geście pojednania – nie zamierzam ingerować w pańskie wybory i sprawy rodziny. To, że zabrał pan Susan do restauracji, a następnie do motelu Trapped, nie musi świadczyć o niecnych czynach. Może o uciążliwości tęsknoty za żoną, która większość czasu spędza ponad chmurami, i tyle.
Postanowiłem czekać w możliwym nieporuszeniu na dalsze słowa. Pomyślałem, że warto zwodować Jacobowi czterech kolejnych „...Gustloffów” z wdzięczności za terapię „latami 80-tymi” i oderwanie od mroków Archiwum X. Gdyby nie to, pan Condors zapewne opuszczałby już moje mieszkanie z połamanymi obojczykami i okularami wduszonymi w jakąś objawioną przez jego ciało szczelinę.
Ale byłem tylko trochę zafrapowany, a siła pozytywnej energii wpompowywana od tygodni czyniła ze mnie niezwykle zrównoważoną istotę. Zatem czekałem.
Kim był Condors? Psychopatą? Szantażystą? Prywatnym detektywem? Najętym przez Gwen?...
A jednak był nikim innym, jak tylko Facetem w Czerni.
- Nie zaszkodzę panu absolutnie w niczym, panie Knight – obiecał ciepło. – Chciałbym jedynie uzyskać odpowiedzi na kilka pytań. W gruncie rzeczy nie dotyczą nawet pańskiej rodziny. Ani Susan.
Łyknąłem kawy.
- No to do przodu – rzekłem.
- Kiedy ujrzał pan kosmitę?
Odstawiłem kubek i westchnąłem sobie cicho. Potem spojrzałem w nieprzeniknione szkła okularów mego rozmówcy.
- Chce pan odpowiedzi na miarę swoich marzeń poszukiwacza bigfoota, czy prawdziwych?
- Prawdziwych i tylko prawdziwych – odrzekł niewzruszony ironią.
- Okej. Jedna kwestia, pan pozwoli. Kim pan jest? Tym Facetem w Czerni z tajnych agencji rządowych do spraw balonów meteorologicznych?
To była ciągle złośliwa ironia, lecz on wciąż pozostawał zrelaksowany. Oczywiście, tam – gdziekolwiek pracował - nie ma miejsca dla raptusów rzucających dzbankiem o ścianę za obelgę w rodzaju „poszukiwacz bigfoota”.
- Jestem niezależnym badaczem UFO, panie Knight. Obiecuję, że po uzyskaniu szczerych odpowiedzi zniknę i nigdy nie wrócę.
- Ta obietnica ma swoją wartość – wyraziłem zadowolenie. – No dobrze. Pogadamy szczerze i bez zwodów. W gruncie rzeczy jestem człowiekiem życzliwym i nie wyrzucam za próg ludzi z tak banalnych powodów jak szpiclowanie.
- Pan ma dosadny sposób wyrażania się – zauważył bez emocji.
- Tak, dobroduszna ze mnie osoba. A swoją drogą, jeśli w istocie jest pan badaczem niezależnym, to imponują zdolności szpiegowania. I ta cierpliwość sterczenia pod lokalem... – Ponad trzy godziny spędziłem z Susan pierwszego dnia. Może miał rację, że rozłąki z żoną nastręczają pewnych trudności.
Uśmiechnął się ciepło.
- Nigdy nie sterczę. Nie dłużej w każdym razie niż dwadzieścia minut. Pański gustowny apartament także zaraz opuszczę. Moja twarz nie powinna zaprzątać pańskiej pamięci. Są przyjemniejsze zasoby pamięci do przechowywania.
Ja też się uśmiechnąłem, choć odbierało to nieco kamienia twarzy.
- Trudno zapamiętać twarz, która wydaje się ukrywana i bardziej wygląda na twarz hybrydy astronauty i żuka, niż człowieka.
- I niech tak zostanie. Ma pan imponujące poczucie humoru i bezpieczeństwa, panie Knight. Wielu ludzi na pańskim miejscu odrywało boazerię ze ścian z zamiarem podcięcia nią mojego gardła. Ludzie mają skłonność do pochopnego alarmizmu.
- To i prawda – zgodziłem się, łyknąwszy kawy. – Powinni wrócić do filmów z lat 80., zamiast uwrażliwiać swoje zwoje nerwowe filmami w rodzaju Archiwum X czy Matrix.
Przyjrzał mi się w milczeniu.
- Pan wygląda po prawdzie, jakby opuścił właśnie plan zdjęciowy – ciągnąłem, czując w piersi energię przejętej inicjatywy. – A swoją drogą, ta uwaga o boazerii i ataku na gardło świadczy, że jest pan badaczem bardzo zaangażowanym, prawda? No cóż, pasję trzeba docenić, nawet jeśli sprowadza się do poszukiwania elfów i koboldów w supermarketach i autobusach miejskich.
Skinął głową nieznacznie, po czym przemówił całkowicie odprężonym głosem:
- Oczywiście, że człowiek inteligentny i stabilnie ugruntowany w systemie cywilizacyjnym nie wierzy w takie rzeczy. Ja nie wierzę w UFO i koboldy.
Zachowałem kamienne oblicze. Może tylko mój ton nabrał pobłażliwości.
- Ale jest pan, zdaje się, niezależnym badaczem...?
- Badaczem tak. Nie wyznawcą. Ja po prostu uświadamiam ludziom, że cokolwiek widzieli, nie było materią z Kosmosu.
- Aaa... Ot, balonem meteorologicznym i takie tam?
- Zdziwiłby się pan, ile tych balonów błąka się nam nad głowami i czyni zamęt w umysłach ludzi, którym brak racjonalizmu i wyważonej analizy.
Dopiłem kawę i odstawiłem kubek.
- Proszę doliczyć mnie do ludzi wyważonych, panie Condors. Nie wierzę w UFO ani nic oderwanego od racjonalizmu i oficjalnych źródeł potwierdzenia. To chyba kończy pańską misję w tym apartamencie?
Czarne okulary zdawały się skrywać dwa świdry wymierzone we mnie. Dziwne, ale odczuwałem je.
- Pan nie odpowiedział na moje pytanie, panie Knight – zabrzmiał łagodny wyrzut.
- Które pytanie?
- Kiedy ujrzał pan kosmitę?
I tu zapadła chwilowa cisza. Mimo zachowania niewzruszonej twarzy, odczułem pewną, delikatną oczywiście, konfuzję. Facet w Czerni, który zapewnił mnie kilkadziesiąt sekund wcześniej, że nie wierzy w UFO, spytał mnie, kiedy widziałem kosmitę. Tym samym, wyważonym, ciepłym tonem. To było jednak coś, co na moment wprawiło moje płaty mózgowe w zakłopotanie.
- Naturalnie tylko szczere odpowiedzi? – wydusiłem w końcu.
- Naturalnie. Pan szczerze odpowiada, ja szczerze zachowuję treść dla siebie i szczerze zakopuję kwestie pańskich romansów sześćdziesiąt metrów pod ziemią.
Mówiłem już. Starcie równego z równym.
Ale jeśli już ktoś miał tu przewagę, to nie ten, który piękną stewardessę zdradził z jeszcze piękniejszą kelnerką.
Niestety.
Wciąż jednak nie czułem zagrożenia, a tylko zafrapowanie i żądzę nonszalanckiej wymiany ciosów.
- Być może mnie pan pomylił – okazałem zadumę. – Może to inny mężczyzna pił kawę z panną Susan. Okulary sposobne w świecie nomadów nie sprzyjają identyfikacji w lokalu, gdzie argumenty przemawiające za noszeniem okularów są tak samo racjonalne jak popierające noszenie ich tu, w moim domu, czy argumenty popierające obecność koboldów w centrum Nowego Jorku. Przyznam panu otwarcie, że gdy widzę w telewizji gwiazdy showbusinessu zasiadające w studio w przeciwsłonecznych okularach, mam ochotę zapytać je, czy zdają sobie sprawę z tego, jak sztucznie, groteskowo i infantylnie się prezentują. Proszę tego nie brać do siebie, pan oczywiście musi maskować twarz. I wcale nie rzuca się w oczy, gdy nosi te okulary w garażu podziemnym.
- Nadal czekam na odpowiedź – przypomniał przyjaźnie.
- Nigdy i nigdzie nie widziałem kosmity. Po prawdzie jest pan najbardziej kosmitopodobną osobą, jaką kiedykolwiek widziałem.
Świdrował mnie dłuższą chwilę.
- Nie widział pan kosmity? – powtórzył ostrożnie.
- Nie.
Znów chwilę milczał. Co nie znaczy, że się zasępił. Może tylko trochę zamyślił.
- Pan nie kłamie – wyrzekł powoli. – Pan naprawdę wierzy, że nie widział kosmity.
- Coś jak kwestia zaufania między gałkami ocznymi, a mózgiem. Nie wszyscy to mają.
- Pan rzeczywiście n i e z da j e s o b i e s p r a w y, że widział kosmitę.
Poczułem szmer w sercu. Ledwie jeden. Ale zaskoczył mnie ten szmer, bo nie miałem ich od tygodni. Pomyślałem po prostu, że Condors może być psychopatą. Nie brak takich w miejskim gąszczu.
- Nie zdaję sobie sprawy, że... widziałem? – przybrałem możliwie spokojny ton.
Zignorował mnie i potoczył spojrzeniem po salonie. Zajrzał we wszelkie kąty i załamania.
- Zamierza pan teraz wmawiać mi, że widziałem coś, czego nie widziałem?
Wrócił do mnie okularami-świdrami.
- Panie Knight. Muszę teraz trochę inaczej poprowadzić rozmowę. Proszę o zrozumienie i wyciszenie emocji.
Nie spodobał mi się ten wstęp. Nie tylko dlatego, że od pierwszych sekund zapewniałem temu dziwnemu człowiekowi zrozumienie i wyciszenie emocji.
- „Inaczej” znaczy „dłużej”? Bo wspominał pan coś o dwudziestu minutach...
- Nie będzie dłużej. Panie Knight. Świat jest uporządkowany. Zgodzi się pan z tym?
- Absolutnie. To wręcz moja religia. Nie obalą jej pańskie osobliwe refleksje i szpiclowanie.
- Bardzo słusznie. Czasem jednak widzimy coś, czego nie ma.
- O – podparłem dłonią brodę. – Jak to mam rozumieć? Jako zaburzenia na linii gałki oczne-mózg?
- Widzimy coś, czego nie ma – powtórzył spokojnie. – Czego nie ma w naszym uporządkowanym świecie. ALE TO JEST.
- To jest?
- To jest. Jest TAM. Ale czasem i tu. Incydentalnie. Na tyle incydentalnie, że nie burzy porządku.
- Ale jest?
- Ale jest.
Przez chwilę skupiłem się na swoim sercu, nie poczułem jednak żadnych szmerów. To był zbyt piękny dzień, zbyt wczesna pora, zbyt beztroski czas w moim życiu, aby Condors zdołał ściągnąć mnie ku jakimś słabo oświetlonym, pozbawionym słońca piwnicom zwątpienia.
- Aha. No cóż, odrzucam to. Mam nadzieję, że nie burzy to pańskiej misji badacza.
- Pański opór w tym momencie jest zrozumiały i oczywiście przewidziałem go – kontynuował zupełnie nieprzejęty moim stanowiskiem. – Racjonalny organizm fortyfikuje się wobec nieznanego, by mechanizmy funkcjonowania nie uległy rozsypaniu.
- Ale to chyba nie babki z piasku, mimo wszystko?
- To są babki z piasku. Widziałem mężczyzn posiadających siłę lwa, charyzmę wodza, imperium finansowe, pozycję społeczną u wierzchołka piramidy i szczęście w sercu. – Teraz on podparł brodę dłonią, co jeszcze umniejszyło obszar jego twarzy dostępny moim oczom. – Rozsypali się jak babki, którymi byli.
Zdjąłem rękę z brody, bo miałem odczucie groteski.
- A powodem tego było...
- Zobaczyli Obcego. Statek. Ducha. Demona...
- ...kobolda.
- Kobolda również. Rozsypali się jak babki, którymi byli.
Prawie wybuchłem śmiechem. Pomyślałem jednak, że nie byłoby to pożądane, jeśli Condors był psychopatą widującym koboldy. Ale tak groteskowe, a zarazem dramatycznie brzmiące słowa rozbroiły mnie całkowicie.
- Jak babki... – powtórzyłem drewnianym głosem.
- Wszyscy jesteśmy babkami.
Spróbowałem znów bezpieczniejszą metodą:
- Ale zaznaczył mi pan, że nie wierzy w obiekty pozaziemskie. Jak zatem może zakładać, że ludzie o zdrowej psychice mogą je widywać?
Naprawdę chciałem uzyskać racjonalną odpowiedź na to pytanie.
- Nie wierzę i nie widuję. Są jednak tacy, co widują. Incydentalnie. Proszę zrozumieć, TEGO tu, w naszych warunkach cywilizacyjnych nie ma. TO jest tam – czyli, z pozycji naszej cywilizacji, tego nie ma. Ale czasem występuje TO także tu. Czyli, mimo że TEGO nie ma, ostatecznie TO jest.
Zastanowiłem się przez chwilę. Nie dążyłem żadną miarą do konfliktu. Najlepiej było usatysfakcjonować badacza koboldów, który w nie wierzył i pozbyć się go przed powrotem syna.
Choćby po to, by oszczędzić temu badaczowi twarzy okonia. Mogłaby rozsypać go niczym babkę z piasku.
- Ale czego pan ode mnie oczekuje? – spytałem grzecznie. – Że przyznam panu rację? Czy obrazi się pan, jeśli zachowam mój sceptycyzm co do wizyt Obcych? Bo ja oczywiście jestem polubowny i mogę w nich uwierzyć na chwilę dla pana. Może nawet udać się w wolnym czasie na wyprawę poszukiwawczą. Mam takie samo BMW i garnitur czarny jak noc. I okulary z lat 70, pamiątka z wycieczki do Palermo.
Uśmiech pobłażania przemknął ulotnie przez jego wargi.
- Panie Knight, założenie, że jestem nienormalny czy wręcz niebezpieczny, prowadzi w ślepą uliczkę. Proszę oszczędzić sobie obaw o moje reakcje. Oczekuję tylko kilku prawdziwych informacji, a pańska ironia zupełnie mi nie przeszkadza.
- Aha.
- Powiedział pan, że nie widział kosmity. To było bardzo szczere, co natychmiast wyczułem. Problem w tym, że pan go widział, co już zaraz udowodnię .
Poczułem drugi szmer w sercu. Niestety, nie uniknąłem tego. Trochę mnie to zmartwiło. Słowa i barwa głosu Condorsa były mimo wszystko ponad wszelkie przewidywania. Chyba sam Augustyn z Hippony byłby skonfundowany.
Pomyślałem, że ucieszę się, jeśli Jacob wróci do domu szybciej.
- Udowodni pan?
- Oczywiście.
- Więc ja widziałem kosmitę?
- Jako rzekłem.
- Gdzie?
- W szafie.
Parsknąłem mimowolnie. Napięcie, które zaczynało już podpełzać, rozpierzchło się całkowicie.
- W szafie? Ha. A w której?
Ciągle był zrównoważony i odprężony, gdy powiedział:
- No nie w tej, w której trzyma pan skrycie osiemnaście modeli „Wilhelma Gustloffa”. Myślę tu o szafie z zabawkami pańskiego syna.
Stężałem. Stężałem i to tak bardzo, że nie policzyłem szmerów w sercu. A było ich tam chyba tyle, ile w ten wieczór, gdy obejrzałem odcinek Archiwum X o człowieku przechodzącym przez rynny.
No i napięcie wróciło.
Obserwował mnie bez zdziwienia. A ponieważ nie byłem jeszcze zdolny dobrać odpowiednich słów, dodał:
- Szesnaście „Wilhelmów Gustloffów” może nie wystarczyć na zbyt długo. Jacob ma chyba upodobanie do odgrywania katastrof grzebiących tysiące ofiar. Nie wiem, czy zdaje pan sobie sprawę, że w Central Parku bawi się czasem w „Płonący Czołg”. – Nie wiedziałem, a Condors nie kwapił się do ujawnienia szczegółów. – Nie trzeba się martwić. Psychika pańskiego syna jest silna. Śmiem przypuścić: silniejsza od pańskiej. Wróćmy jednak do sprawy. Szóstego czerwca o czwartej po południu rozsunął pan drzwi szafy z zabawkami i zobaczył kosmitę.
- Okej – powiedziałem po prostu. To chyba było najlepsze, co mogłem zrobić.
Niestety, pomyślałem też o połamanych obojczykach Condorsa.
I o zrywanej boazerii.
To nie rokowało najlepiej. Nam obydwu. Ale coś dziwnego dzieje się z ojcami, którzy uświadamiają sobie, że ktoś o bardzo niejasnych intencjach śledzi ich dzieci.
- Spokojnie – wymruczał łagodnie. – Cała wiedza, którą posiadam o panu i pańskiej rodzinie, zostanie pogrzebana sześćdziesiąt metrów pod ziemią, gdy tylko zamknie pan za mną drzwi.
Nie chciało mi się pytać, dlaczego właśnie sześćdziesiąt, a nie na przykład siedemdziesiąt.
Słoneczny nowojorski dzień zaczynał mi się psuć. Chciałem pozbyć się już pana Condorsa i czym prędzej włączyć komedię z lat 80. – najlepiej Fletcha. Szczęściem Condors obiecywał wizytę ograniczoną czasem.
- No tak... – podrapałem się po policzku. – Teraz sobie coś przypominam... Otworzyłem drzwi, o czwartej, i zobaczyłem go. Był tam. Chyba między deskorolką i hełmem Klona.
- Panie Knight, prosiłem, by nie kłamać – upomniał łagodnie. – A pan to właśnie robi. Pan co prawda widział Obcego, ale nie pamięta tego. On wymazał panu pamięć.
- Wymazał mi pamięć.
Nie ułatwiał mi zakończenia tej rozmowy, zaskakując kolejnymi szczegółami.
- Musi pan wiedzieć – podniósł się niespiesznie z kanapy i podszedł do okna – że ONI tak działają. Zwłaszcza Szaracy z Zeta Reticuli. – Sporo wiedział, jak na rzekomego sceptyka. – Ich wpływ na umysł ludzki nie jest tak znikomy, jakbyśmy sobie obaj życzyli.
Miałem na końcu języka pytanie, czy ostatecznie wierzy w istnienie kosmitów, czy jednak nie – ale zrezygnowałem. Mogłoby zabrzmieć poirytowaniem, a ja nie chciałem popaść w irytację. Pozwoliłem mu mówić.
- Ich zdolności nazwałby pan kuglarstwem. Ale tylko do momentu, dopóki nie zaznałby ich pan na sobie. W rzeczywistości to przerażająca broń. Władza nad energiami. Tę moc czerpią w znacznej mierze z ludzkiego strachu, który stymulują hipnozą, telepatią i iluzjami. Potrafią na przykład wyświetlać fałszywe obrazy rzeczywistości. Zdarzyło się, że Szaracy wyświetlili hologram parku tylko po to, by zwieść upatrzoną ofiarę. Niejaki pan Emergens, wierząc, że zagłębia się w wierzbową aleję, wszedł prosto do ich statku, gdzie został pojmany na eksperymenty.
Pojmany na eksperymenty. Naprawdę tak się wyraził. Szkoda, że nie słyszał tego mój syn filozof-psycholog-okoń.
- Zoperowano mu co prawda wątrobę, lecz w zamian dokonano przykrych zabiegów, o których nie chciałby pan wiedzieć. - Rzeczywiście nie chciałem. – Jak powiedziałem, ich zdolności zastraszania i manipulacji są potężne. Kosmita, który wszedł do pańskiego domu, wymazał panu pamięć, by jego misja obserwacyjna pozostała niezagrożona.
- Obserwacyjna? – podchwyciłem. – Czyli przykre zabiegi nie wchodzą w grę?
- To zawsze wchodzi w grę – uciął brutalnie. – Na przykład na odchodnym. Kiedy misja obserwacyjna zostanie zakończona.
Pomyślałem, że być może wizyta Condorsa dobiega końca i także wstałem.
- Pole obserwacyjne z pozycji szafy na zabawki jest w istocie imponujące – zauważyłem ze złośliwą satysfakcją.
Odpowiedzią był oczywiście ten nikły pobłażliwy uśmiech.
- Chyba coś pan przegapił, panie Knight. Nie chce pan chyba, bym uznał, że pańska spostrzegawczość ogranicza się do namierzania pięknych kelnerek. Powiedziałem panu przed momentem o zdolnościach hipnotycznych i telepatycznych Obcych z układu Zeta Reticuli. Oni nie muszą opuszczać szafy, by obserwować duży obszar miasta. Szarak, którego pan gości, patrzy na świat pańskimi oczami.
- Moimi... – zmarszczyłem brwi.
- Jest podłączony do pańskiego mózgu. Dzięki temu widzi i słyszy, a nawet czuje wszystko to, co pan. Pańskie zmysły są jego zmysłami. Na kontrakcie, że tak sobie swobodnie zażartuję.
W istocie swobodny żart. Postanowiłem być całkowicie polubownym, by męczącą i rozdrażniającą sprawę doprowadzić do końca. Nie odczuwałem już zagrożenia, raczej łagodne znużenie. Condors był chyba nieszkodliwym, lecz natrętnym dziwakiem.
- I co zrobimy z tym fantem? – spytałem grzecznie.
Jakby nie usłyszał pytania.
- Można by się zatem zastanawiać, jaką frajdę miał kosmita z szafy, gdy zmysłowo towarzyszył panu w motelu „Trapped” – wymruczał z zadumą.
W przeciwieństwie do mnie, niespecjalnie starał się być polubowny i wyważony.
- Najzupełniej nie wierzę w te banialuki – chciałem odrzec, lecz wstrzymałem się. Zamiast tego udałem, cokolwiek szyderczo, zasępienie: - Zatem... jestem w niebezpieczeństwie. Ja, moja rodzina i flota „Wilhelmów Gustloffów”.
- I Susan – podjął ironię swobodnie.
- To co – czmychamy stąd? Do Alberty?
Stanął przede mną uśmiechnięty.
- Nie trzeba, panie Knight. Szkoda by było tego mieszkania z tak pięknym widokiem na cywilizację. Kosmita już panu nie zagraża. Zneutralizowaliśmy go.
- Zneutralizowaliście.
Skinął głową.
- Dziękuję za rozmowę. Proszę mi obiecać, że jej treść nie zostanie nigdy i nikomu ujawniona.
- To oczywiste. Dbam o reputację. Nikomu nie powiem. - Tylko synowi, Gwen, no i kolegom maklerom. – Ale wypada mi zwrócić uwagę na fakt, że się pan sypnął.
- Sypnąłem się? – powtórzył łagodnie.
- Owszem. Twierdzi pan, że działa sam?
- Oczywiście. Ot, hobby.
- „Zneutralizowaliśmy go”, powiedział pan. – Zauważam tu małą sprzeczność.
- Nic takiego nie powiedziałem – zaprzeczył swobodnie, zupełnie nieprzejęty.
- Ależ wyraźnie słyszałem.
- To niemożliwe, panie Knight. Musimy trzymać się racjonalnej linii.
- No tak, byłbym zapomniał. Kawy? Soku z buraków? Albo białej kapusty do pochrupania? – Cały czas zachowywałem kamienną, bynajmniej nie spiętą twarz i było mi z tym byczo.
- Dziękuję, lecz wychodzę – poszerzył uśmiech.
Chciałem go odprowadzić, ale ku memu zdumieniu nie skierował się do wyjścia, lecz do pokoju Jacoba.
- Czegoś pan szuka? – spytałem uprzejmie.
Obejrzał się z nikłym uśmiechem pobłażania.
- Wychodzę, ale oczywiście z kosmitą – rzekł. – Trzeba zabrać jego ciało.
Szedłem za nim, zastanawiając się, co powie za kilka sekund. Że Obcy zbiegł? Może rynną?
Wszedł do pokoju i z marszu znalazł się pod schowkiem na zabawki. Bezceremonialnie rozsunął drzwi. Trochę brakowało mi u niego symptomów osoby, która pierwszy raz znalazła się w jakimś pomieszczeniu; zawahania, ot, choćby rozejrzenia się. Mimo to czekałem przy drzwiach w odprężeniu, które zepchnęło uczucie rozdrażnienia do słabej obrony. To wciąż był piękny dzień, a dziwak Condors miał zaraz zniknąć razem ze swymi urojeniami.
- Proszę tu podejść – rozległ się spokojny głos dziwaka Condorsa.
Uniosłem brwi i podszedłem niechętnie.
- A więc nie uciekł – rzuciłem domyślnie.
- Nigdy nie uciekają. Strach nie jest im znany, w ogóle mają mniej emocji od ekspresu do kawy. Czynią swoje manipulacje, dopóki nie zostaną zneutralizowane. Nie zawsze technologią. Powiadają – ciągnął jakby w zadumie, pochylony nad otwartą szafą – że energia miłości robi z nich bezradne lalki. Taki dalajlama rozbroiłby ich wibracjami w ciągu kilku sekund. No, ale nie każdy jest dalajlamą w Nowym Jorku – zaśmiał się cicho, właśnie, gdy stanąłem przy nim. – Widzi pan? – wskazał ręką jedną z półek.
Owszem, widziałem. Zeskanowałem spowolnionym, tak sceptycznym, jak zaintrygowanym , a przy tym wyczulonym wzrokiem całą półkę. Ulubione figurki – wielkie na czterdzieści centymetrów - mojego syna: Gigantozaur z Bena 10, Buka z Doliny Muminków, robot R2-D2 z Gwiezdnych Wojen, cyborg Bishop z Obcego... I sam Obcy, oczywiście.
Odwróciłem się.
- Czy to ten? – spytałem drewnianym głosem. Dużo zrobiłem, by zdusić chichot, ale chyba nie było warto śmieć się Condorsowi w twarz w chwili, gdy miał wyjść.
Facet w Czerni mnie zadziwiał. Jego pozaplanetarne poczucie odprężenia i własnej mocy nie zostało nawet draśnięte. Musiał być nadczłowiekiem.
- Ostatni po prawej – rzekł półgłosem.
Niespiesznie wróciłem wzrokiem na półkę. Bishop, Obcy, Predator, Terminator, Imperator Palpatine... i figurka, którą widziałem po raz pierwszy. Dziwna – nie kojarzyłem jej z żadną kultową postacią z filmów. Szary, nieco groteskowy, jakby pacholęcy, nie w pełni rozwinięty kosmita o nieproporcjonalnie dużej głowie z nieprzyjemną twarzą. Szarą jak całe ciało, pozbawioną nosa o ustach małych i niewątpliwie nieskłonnych do uśmiechu, no i te ciemne oczy, migdałowych kształtów, błyszczące jak masa perłowa.
- To on – mruknął Condors. – Przybysz z Zeta Reticuli, zwany Szarakiem. Mistrz chirurgii, iluzji i manipulacji.
Zmarszczyłem brwi. Miałem już gdzieś motto Augustyna z Hippony i taktykę kamiennego oblicza. Zastanawiałem się, czy widziałem już wcześniej Szaraka w szafie syna.
- Zneutralizowany, jak rzekłem – mówił Condors, ale nie słuchałem go. Przypomniałem sobie coś, co sprawiło, że jego cała teoria i zresztą także postać wydała mi się jedną wielką niedorzecznością. Ot, wyziewem absurdu, który należało natychmiast rozwiać.
Kilka tygodni temu Jacob wspomniał mi, że znalazł w Central Parku niesamowitą, wyjątkowej urody figurę Obcego. Urody, hm, jak zwał, tak zwał. Realistycznie wyglądała na pewno. Czarująco nie. Frapująco – tak. Jacob, który poszedł do Parku z Gwen zwodować „Wilhelma Gustloffa”, wrócił bez statku - zatonął, oczywiście – za to z Obcym. Silikonowym i wyprodukowanym w Chinach.
- Zneutralizowany? – spytałem jakby chcąc się upewnić, tak naprawdę tylko po to, by zakpić z Condorsa. Który wydał mi się nagle bardzo nieznośnym intruzem. Było jasne, że śledził mojego syna (i żonę) co najmniej od owego dnia, gdy znaleźli figurkę.
- Jak widać – odparł miękko. – Ani drgnie.
Ani drgnie. Za to drgnęła moja dłoń zaciśnięta w pięść. Rozluźniłem ją jednak i sięgnąłem po figurkę. Pytanie, jaki był prawdziwy cel szpiclowania moich bliskich, mogłem przełożyć o te kilka sekund.
Prawy sierpowy również.
Podniosłem kosmitę i obejrzałem z zaciśniętym ustami, które walczyły o prawo do rzucania obelg.
Udało mi się powstrzymać i ten odruch.
A jednak pomyliłem się. To nie była chińska robota. Made in Malaysia.
Condors obserwował mnie nieodmiennie odprężony. Uznałem, że nadszedł czas, by mu to przerwać. Uniosłem figurkę na wysokość jego zaciemnionych świdrów i odwróciłem doń plecami.
- Wyprodukowana w Malezji – oznajmiłem głosem najbardziej czułym z możliwych. – A tu, pokazuję to paluszkiem, widzimy obydwaj otwór na baterie. FR6, jak można się przekonać po otwarciu wieczka. A teraz – drugą ręką wyciągnąłem baterie z zabawki i schowałem do kieszeni spodni – dopiero teraz, nasz chirurg Szarak został naprawdę zneutralizowany. – Pokręciłem kosmitą z demonstracyjnym triumfem.
Condors patrzył na mnie, a w jego twarzy nie dostrzegłem niczego, co pozwoliłoby nie powziąć podejrzeń, że doznał porażenia nerwów twarzoczaszki. Jego lekki uśmiech łagodnego wywyższenia nie zniknął.
To było bardzo przykre uczucie rozczarowania.
Dwa filmy z Chevy Chase’m zdawały się być minimum na pomyślne reanimowanie uroku tego dnia.
- Miał pan rację – podjąłem nieco drżącym głosem. – A przynajmniej ta część pana z początku rozmowy. Koboldy nie istnieją. – Nadal patrzył pobłażliwie. – Jak obaj, racjonalni obaj, tu widzimy, ten... Szarak jest zabawką. Znakomita malezyjska robota. Wyślę im zamówienie na statek kosmiczny. I może na salę operacyjną. Bo przecież oni coś wykrawają, prawda?
Odebrał figurkę z moich rąk. Zrobił krok w kierunku drzwi, po czym przemówił łagodnie niczym pasterz do baranka, który wplątał się w tarninę i żałośnie szamotał w zagubieniu:
- Panie Knight. Pan ciągle przegapia. A przecież powiedziałem. Powiedziałem o telepatycznej kontroli mózgu. O holografii. I energii metamorficznej. Kontroli nad materią. Rozumie pan?
- Nie. Tak. – Niech sobie wybierze satysfakcjonującą odpowiedź.
- Rozumie pan, ale strach blokuje przepływ informacji – skwitował bez ogródek. – Ten otwór na baterie – spojrzał na figurkę. – Jego tu nie ma.
Milczałem kilka sekund. Coraz trudniej było o nonszalancki fason. W ogóle nie widziałem już potrzeby trzymania żadnego fasonu. Psycholog poradziłby, żeby nagromadzoną złość wyrzucić. No cóż, dobra byłaby ta rada. Jedni zrywają boazerię, inny łamią obojczyki. Odreagowanie jest prawem każdego homonida. Szczególnie tego, który ma przed sobą prześladowcę rodziny o wskaźniku kpiny i zuchwalstwa wyłamującym wszelkie znane normy.
Nie wiem, dlaczego nie zabrałem się za obojczyki Condorsa. Może uznałem, że mogę z tym poczekać jeszcze kilka sekund. Zamiast tego wyrwałem mu malezyjskiego kosmitę z rąk. Wbiłem palce w otwór na baterie i kilkakrotnie szarpnąłem za sprężyny mocowania jak za struny. Wydały głośny, irytująco brzękliwy dźwięk.
- Nie ma – rzekłem tonem wyrażającym złość zmieszaną z sarkazmem. – Nic a nic, prawda?
- Iluzja – stwierdził kojąco. – Proszę tego nie robić. Neutralizacja jest nietrwała.
Oddałem mu zabawkę.
- Proszę natychmiast opuścić mój dom, panie Condors. Ciało kosmity może zachować pan do badań. Proszę tu nigdy więcej nie wracać. I zaznaczam, usilnie i specjalnie zaznaczam: proszę nigdy więcej nie chodzić za moim synem ani nikim bliskim memu sercu. Czy to jest JASNE?
Uśmiechnął się.
- Najzupełniej. Nawet do tego baru już nigdy nie wejdę, choć kawa Susan przebija wszystko, co znam... Zaręczam panu, że nigdy już nie zobaczy mnie ani pan, ani nikt panu bliski.
Rzeczywiście – nigdy więcej go nie ujrzeliśmy.
- Wszystko, co wiem na temat pańskiej rodziny, wraz z moim wyjściem – ruszył znów w stronę drzwi – wędruje właśnie sześćdziesiąt metrów pod ziemię. Oczywiście zakładam dyskrecję działającą w obie strony. W rzeczy samej pańskie milczenie jest gwarancją mojego.
- Oczywiście. – Condors wychodził, a to uwalniało w mojej duszy wesołe szczygły. By ich nie spłoszyć, nie próbowałem już nawet wyrzucić mu, że wynosi zabawkę mojego syna.
Co przecież groziło mi to surowym wyrokiem okonia.
Condors szedł niespiesznie do wyjścia, niosąc figurkę Obcego niczym relikwię, ja zaś dreptałem za nim w nadziei, że nic go nie zatrzyma, i że naprawdę zamknę zanim drzwi.
Właśnie w drzwiach stanął nagle i poczułem szmer w sercu. Odwrócił się i spojrzał na mnie.
Nie uśmiechał się. Po raz pierwszy zgubił uśmiech, którym przez cały czas kłuł mnie niczym szpadą, ale teraz tego pożałowałem. Wyglądał bowiem ponuro, nieomal strasznie.
- O jednym musi mnie pan zapewnić – wyrzekł z powagą.
Czekałem w milczeniu, patrząc na figurkę, która zdawała się mierzyć ze mną wzrokiem przy pomocy zimnych, nieprzyjemnych oczu. Wytrzymałem tę konfrontację, głównie po to, by nie patrzeć na drzwi, bo pokusa gwałtownego wypchnięcia Condorsa za nie bardzo wtedy rosła.
- Proszę zapewnić mnie, że nie wierzy pan w UFO.
Wziąłem głęboki oddech.
- Zapewniam pana z całego serca i rozumu. Nie wierzę w UFO. Nigdy nie wierzyłem.
Kiedy mówisz prawdę, słowa zapewnienia czy przyrzeczenia mają w sobie energię, której nic nie przebije. Condors skinął głową, po czym oderwał ode mnie wzrok i wyszedł.
Zamknąłem drzwi i przyłożywszy dłonie do twarzy, zastygłem jak posąg.
Albo figurka obrabowana z baterii FR6.
Udało mi się pozbyć schizofrenika tak, że żaden obojczyk nie został złamany. To było przecież jakieś zwycięstwo. Nie będę udawał, że moja równowaga i poczucie bezpieczeństwa nie zostały zachwiane, było to jednak zachwianie nieznaczne i nietrwałe w odczuciu; sam fakt pozbycia się nienormalnej istoty bez zabiegów typu ciosy w szczękę i krępowanie sznurem sprawił, że wyciek pozytywnej energii został w znacznej mierze zrekompensowany. Resztę załatwiły dobrodziejstwa w rodzaju nowojorskiego hałasu, który był mi jednoznaczny z okrzykami radości życia wydawanymi przez Cywilizację oraz słońce, którego pokrzepiający, endorfizujący wpływ jest poza wszelką dyskusją. Żadne Potwory z Szafy nie straszne, gdy dzień w pełni światła i wrzawy.
Poszedłem za ciosem z uwolnionym entuzjazmem. Zrobiłem sobie kolejną, odpowiednio mocną kawę i włączyłem radio stawiające na muzykę z lat 80. Nie mogłem trafić lepiej – usłyszałem Girls just wanna have fun Cyndie Lauper. Utwór – naprawdę świetny - z owych czasów polotu i radości życia zadziałał natychmiast. Podskoczyłem kilka razy tak radośnie jak błazeńsko nieporadnie, po czym powędrowałem z kawą do łazienki. Myśl o synu i jego radościach wprawiła mnie już w nastrój euforyczny. Gwen mawia, że w takich chwilach zachowuję się jak pajac, który wymknął się z teatru groteski – i ma rację. W chwilach uniesienia tracę kontrolę; kiedyś rozbiłem sobie na głowie plastikowy kosz z praniem.
Co czyni terapia Chevy Chase’m...
Popijając kawę, napełniłem wannę zimną wodą i zwodowałem całą flotę „Wilhelmów Gustloffów”, w tym model z fabrycznym uszkodzeniem, co skazywało go na zatonięcie jeszcze przed nadejściem Jacoba - bo na moje wprawione oko miał jakieś trzy minuty na beznadziejną walkę z żywiołem wody. Po chwili wyszczerzyłem zęby z satysfakcją. Rosyjski okręt podwodny na radio, atrapa góry lodowej i miny morskie powinny sprawić synowi sporo uciechy w eliminacji statków. Żaden nie miał szans dotrwać wieczora.
Trzasnęły drzwi. Rozpoznałem skoczne kroki Jacoba. Zawsze poruszał się susami, co znamionowało jego niecierpliwość i zasób energii, który zastanawiał nawet jego rówieśników.
No, ale fakt, że w przeciwieństwie do nich mój syn nie pił coca-coli i nie jadał hamburgerów.
- Tatko!
Wychynąłem z łazienki szelmowsko uśmiechnięty.
- Zwodowałeś? – ucieszył się.
- Hm, niczego nie potwierdzam, raportowano jednak o gwałtownym podniesieniu poziomu wody.
Jacob zniknął w łazience, a ja poszedłem z kolei do salonu, by delektować się chłodem i umiarkowaną miękkością kanapy. Prawie zapadłem w drzemkę, gdy syn poderwał moje powieki, odzywając się nade mną:
- Muszę ci powiedzieć, że trochę się wystraszyłem, kiedy zobaczyłem to rozbite BMW na dole.
Spojrzałem na niego cokolwiek bezrozumnie.
- Rozbite BMW?
- Ten sam model, tato. Wjechał pod ciężarówkę chwilę przed tym, nim wysiadłem z autobusu. Z tego co mówią, kierowca zasnął albo raczej zasłabł. No, ale szybko zorientowałem się, że to nie twoje auto. Za drogie alufelgi – skwitował bezceremonialnie.
- Aha – podrapałem się po głowie, zbierając myśli. Następnie wstałem i poszedłem do kuchni, by rzucić niespokojnym okiem na ulicę. Ambulansu z ciałem Condorsa już nie było, ale jego auto dopiero uwożono na lawecie. Nie wyglądało na takie, w którym choćby fretka mogła znaleźć przestrzeń dającą szansę na przeżycie. – Niewiarygodne...
- Nie takie rzeczy widzieliśmy już z tego okna – zauważył spokojnie Jacob, stając w drzwiach do kuchni.
- To prawda – mruknąłem, odwracając się. A ponieważ w radiu ciągle słyszałem muzykę z lat 80., a sam Condors zrobił bardzo niewiele, bym mógł pożałować jego losu, odprężyłem się i przemówiłem pogodnie: - Muszę ci coś wyznać, synku.
- O.
- Właśnie. Nie jest to jednak przestępstwo federalnej miary. Raczej familijnej.
- To i tak spore – uniósł brwi w udawanym wyrzucie. – No to wyrzuć to z serca, tatko, bo muszę wracać do zabawy morskiej.
- Jasna sprawa! Otóż był tu dziś bardzo dziwny człowiek, taki tam wagabunda wierzący w kosmitów i elfy...
- Jak mogłeś takiego wpuścić do domu, to dopiero mnie zdumiewa – przerwał.
- Użył podstępu. W gruncie rzeczy to był biedny, zagubiony kolekcjoner baśniowych eksponatów. Żal było wagabundy. Wyprosił u mnie tego twojego... No, kosmitę.
- Oddałeś mu mojego kosmitę? Szaraka z Zeta Reticuli? – zmarszczył brwi Jacob.
- Tak – wyznałem ze skruchą. – Wybacz miękkie serce, odrobimy to z nawiązką... Ale skąd ty właściwie wiesz, że to był Szarak? – zdziwiłem się - Z Zeta Reticuli?
- Oglądałem i czytałem to i owo – roześmiał się. – Wiesz, jak miałem pięć lat i wierzyłem w baśnie i cywilizacje pozaziemskie. No trudno, tatko. Wybaczam. Flota, którą zwodowałeś, neutralizuje stratę.
Tak właśnie wyrażał się mój syn.
- Mama dzwoniła? – zawołał, wychodząc z kuchni.
- Jeszcze nie, ale ląduje lada chwila!
Przeniosłem wzrok na telefon widoczny w holu. Gwen wyjechała ledwie trzy temu, ale zawsze brakowało nam jej już po kilku godzinach. Sprawa k a w y S u s a n, cóż, chyba będzie trzeba to zamknąć.
- Tato! Chodź tu szybko! – rozległ się wesoły głos syna.
Westchnąłem głęboko, uciekając od refleksji, po czym poszedłem do Jacoba. W łazience go nie było, toteż udałem się do jego pokoju. Stał nad szafą z zabawkami w odprężonej pozycji.
- Tato, ależ ty jesteś przekonującym fantastą – odezwał się z podziwem.
- Co masz na myśli? – Podszedłem do niego, marszcząc brwi.
Wskazał ręką z uśmiechem. Ciekawe, że Szaraka z układu Zeta Reticuli namierzyłem wzrokiem w ciągu ledwie trzech sekund, a doznanie tuzina szmerów w sercu zabrało jeszcze mniej czasu.
Naprawdę ciekawe.
Patrzyłem na figurkę zastygły niczym makak, któremu zerwano worek z głowy w sercu plantacji bananowej.
- Ładnie tak oszukiwać syna? – szczerzył zęby Jacob.
Sytuacja była zbyt osobliwa i niepokojąca, bym silił się na wykręty i fałsz.
- Synu, zapewniam cię, że oddałem kosmitę tamtemu człowiekowi i on ją z a b r a ł.
Coś w mojej twarzy i głosie sprawiło, że Jacob spoważniał. Patrzył na mnie przenikliwie.
- Ale przecież jest tu – rzekł, całkiem rozsądnie skądinąd.
- Ale on ją wyniósł.
Oderwaliśmy od siebie wzrok i przenieśliśmy go na figurkę. Bez wątpienia nie opuściła mieszkania. Tylko kobold by w to uwierzył.
- Wyniósł ją – powtórzyłem bezradnie.
Śledziłem Condorsa i jego ręce aż do końca. Nie mógł podrzucić Szaraka z powrotem.
- Wyniósł – skinął głową Jacob.
- To ten, co zginął w tym BMW – wyznałem.
- O. – Zamyślił się. – Czyli prawdopodobieństwo, że ją odniósł, jest nieduże. – Milczałem skonfundowany. – Tatko... Chyba nie podejrzewasz, że zrobili to ratownicy drogowi? Nie mamy w zwyczaju zakładać lalkom obroży z identyfikatorem, prawda?
Nie mieliśmy takiego zwyczaju. Nie byłem też skłonny gniewać się na syna za sarkazm i ironię, bo ich podłoże tkwiło w trosce i miłości. I inteligencji, która napełniała mnie, owszem, oszołomieniem, lecz znacznie większą dumą rodzica.
Patrzył na mnie przenikliwie i deprymująco uporczywie, a ja wiedziałem, że na włosku wiszą słowa w rodzaju „Pozwolisz, tato, że wyrażę swoją opinię?”. Opinia sprowadzałaby się do diagnozy głoszącej trapiący mnie niż – o ile nie kryzys - psychiczny, a w ślad za nią szłyby propozycje terapeutyczne Jacoba.
Mimo całego uszanowania jego troskliwości, to było jednak upokarzające – zwłaszcza w okolicznościach, w których byłem pewien swoich racji i swoich zmysłów.
Condors wyniósł figurkę z domu.
Szarak, chirurgiczny natręt z układu Zeta Reticuli, patrzył na mnie czarnymi, migdałowymi oczami z głębi szafy. Poczułem silniejszy szmer w sercu.
- Obejrzysz dzisiaj pięć komedii – usłyszałem miękki głos syna. – W tym co najmniej dwie z Chevy’m Chase’m i jedną z Johnem Candy’m, niech to będzie Kim jest Harry Crumb.
Spojrzałem na niego krzywo, chyba nieco poirytowany.
- Jacob, chyba należałoby ufać słowom ojca, który nie jest ani kłamcą, ani świrem wierzącym w kosmitów. Ta figurka – wskazałem sztywnym ramieniem Szaraka – została stąd zabrana godzinę temu.
- A jak wróciła?
Milczałem. Zacząłem czuć się dość dziwnie. Niespokojnie. Trochę osaczony.
Sytuacja nie pasowała do realiów Porządku i Kontroli, a to znosiłem wyjątkowo źle.
- Tato... Chyba nie zakładasz, że ta figurka jest prawdziwym kosmitą, który zlikwidował twojego gościa po to, by zająć ponownie strategiczną pozycję w szafie z zabawkami?
Zaśmiałem się nerwowo. Mój syn tak dosłownie wszystko ujmował, na domiar nie stronił od ironii, która nie pozwalała bronić absurdalnych opcji... Sięgnąłem po figurkę.
- Oczywiście, że nie, Jacob! Jest oczywistym, że to zabawka, która nawet oczami nie potrafi zamrugać, gdy się ją przechyli – przechyliłem kosmitę – głosu również nie wydaje, a poza tym nie przyleciała tu z kosmosu, tylko z Tunezji i...
- Z Tunezji? – zdziwił się Jacob.
- Przepraszam, z Malezji, psiakrew! To zwykły odlew z tworzywa, ani urodziwy, ani... – głos uwiązł mi w gardle. Uwiązł mi niczym zwój grubo ściśniętych, wyschniętych liści, które wypchały krtań i nie pozwoliły się wypchnąć ani w dół, ani w górę.
- Ani co? – Jacob patrzył na mnie zdumiony.
Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Zbyt dużo liści w krtani. Wytrzeszczonymi oczami patrzyłem na plecy figurki. Ten stan zawieszenia trwałby zapewne długo, ale mój syn wyrwał mnie z tego niecierpliwym kuksańcem.
- No co jest, tato? Co tam widzisz takiego?? – zaintrygowany przenosił spojrzenie to na mnie, to na zabawkę.
Sęk był w tym, że właśnie nie widziałem tam czegoś.
Spojrzałem na niego przestraszony i chyba trochę nieszczęśliwy.
- Nie ma – wybełkotałem, uporawszy się w końcu z tym zwojem liści, który był typowym dla mnie objawem gwałtownego zastraszenia.
- Czego nie ma?
- N i e m a o t w o r u n a b a t e r i e.
Przyglądał mi się przez chwilę, a potem odebrał mi figurkę, otaksował spokojnym wzrokiem, po czym odłożył na półkę, pomiędzy inne zabawki.
- Oczywiście, że nie ma – orzekł krótko. – Nigdy nie było.
Był.
Był na pewno. Nigdy nie będzie najmniejszych wątpliwości co do tego.
Ich zdolności nazwałby pan kuglarstwem. Ale tylko do momentu, dopóki nie zaznałby ich pan na sobie. Moc czerpią w znacznej mierze z ludzkiego strachu, który stymulują hipnozą, telepatią i iluzjami. Potrafią na przykład wyświetlać fałszywe obrazy rzeczywistości.
O, Boże.
Rzeczywiście. Nigdy nie było otworu na baterie. Zobaczyłem tylko to, co kazał zobaczyć mi Szarak.
Zagryzłem wargi. To co, działo się z moim sercem, dalekie było już od błahych zjawisk w rodzaju szmerów czy nawet trzepotów. Moje serce skurczyło się, oblekło lodem i obijało o żebra niczym beznadziejnie osaczony koliber. Walił się mój szczęśliwy świat Kontroli i Porządku.
A zawalenie to nabrało przyspieszenia, kiedy powolnym ruchem wsunąłem palce dłoni do kieszeni i namacałem baterie. Nie zniknęły. Może Szarak to przeoczył.
A może zostawił je z pełnym, zimnym wyrachowaniem – no tak, wyrachowaniem chirurga - by strach objął mnie i jak pozbawioną mocy i znaczenia kukłę odsunął od jego spraw, od misji obserwacyjno-transplantacyjnej.
Walił się mój świat Kontroli i Porządku.
Jacob nie mógł tego przegapić. Jego twarz nie była już ciepła. Rzekłbym, że stawała się terapeutyczna, ale nie w ciepły sposób. Stawała się terapeutycznie surowa.
Wiedziałem, co mi grozi. Wiedziałem, na co się nieuchronnie narażam, mimo to nabrałem oddechu, przeniosłem wzrok na syna i otworzyłem usta.
- Tato – ostrzegł.
Nadchodziła twarz okonia. Rzecz traumatycznie straszna. Czy jednak gorsza, niż Szarak stosujący hipnozę, holografię i telepatię na moim mózgu? Nic już nie mogło uratować ani tego, ani następnych dni. Ani Chevy Chase, ani Cyndie Lauper. Nigdy już nie będzie świata Kontroli i Porządku.
A już za moment miałem zostać przytłoczony twarzą okonia, kiedy zdeterminowanym, lecz całkowicie beznadziejnym i zrezygnowanym głosem powiedziałem:
- The truth is out there.
***

5 komentarzy:

  1. Jestem w szoku...
    A swoją drogą gdyby tylko jedna Ziemia była zamieszkała, to stanowiłoby to straszliwe marnotrawstwo przestrzeni (A.C.Clarke). Powodzenia Lwie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję! Zapraszam na dalsze przygody Daniela i jego przyjaciółek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniałe ,pedagogiczne,męskie ujęcie,czy na zdjęciach autor?

    OdpowiedzUsuń
  4. Na zdjęciach autor - acz nie wszystkich, ten a czarnych okularach to postać szemrana, nie przyznaję się. ;)
    Ukłony!

    OdpowiedzUsuń