poniedziałek, 2 lipca 2012

O BBC, piłkarzach i sędziach post nocny

Powinienem już kłaść się do łóżka wraz z kotami, ale zawsze po kolejnej części mojego ulubionego filmu kryminalnego Jesse Stone mam mały tumult w duszy i muszę coś napisać. Bo z tumultem zasypia się około sześć godzin, rzecz obliczono jeszcze w akademiach mezopotamskich.
Serię Jesse Stone zresztą polecam usilnie wszystkim miłośnikom kryminału, bo jest ona rzadkiej urody. Po pierwsze Tom Selleck sam w sobie - a takiego gościa lubi się od pierwszego wejrzenia - jest fantastyczny w roli szefa policji. Nie tylko charakterny, ale całkiem wzruszający swym nielekkim żywotem.  Po drugie film ma klimat sentymentalny, co w kryminale jest raczej unikalne. Klimatu zresztą dokłada sceneria, urokliwa przyroda północnoamerykańska i inne rzeczy.
Ale chyba nie o szeryfach miałem pisać, a o piłkarzach. Chyba już w czasach mezopotamskich stwierdzono, że mecze futbolowe są bezpiecznym substytutem wojen rzeczywistych, głównie dlatego, że mniej wojowników pada trupem, no i stolic nie dotyka wyburzenie 80% zabudowy.
Emocje okazywane przez naród (kibiców) po wiktorii ich armii (piłkarzy) tudzież klęsce są tak olbrzymie, że i to teorię substytutu potwierdza.
Dobrze, że są takie substytuty.
Euro uczyniło pohybel wielu mediom zachodnim, które od lat z premedytacją lub nonszalancją (niespecjalnie jest to mniejsze zło) wykrzywiają wizerunek Polski. Oczywiście wyolbrzymianie wad "wschodnich krain" ma zwyczajnie pokrywać mgłą hipokryzji i zadufania wady własne. Często wyższe.
A tymczasem kraj nam wypiękniał pohybelowo, a Polacy pokazali, co jest ich największą cechą i najprawdziwszą cechą narodową.
Gościnność.
Oczywiście, że gościnność i życzliwość!
To taki kolejny pohybel dla stacji BBC, której usługom już więcej nie zawierzę.
Mieszkam w Irlandii, co ma swoje znaczenie, jeśli zważyć, jak zbratali się irlandzcy kibice z Polakami. Serce mi się na to bratanie radowało.
Jeśli poczytać internetowe wpisy Irlandczyków, którzy wrócili do domu, to też ciepło w piersi się rozlewa:

Unbeliveable country amazing people and a one of the best trips ive been on. A country which i will go back to Thumbs Up The Polish a great Bunch of Lads Wink 
  Just arrived home now, have to say the polish people were amazing, Poznan,gdansk,Gdynia were brilliant and also a town called gniezno was fantastic. Thank you very much Poland. 
  the Polish women! need i say more 
I takich opinii jest całe setki na stronie Boys in Green.  Najczęściej czytałem o "podróży życia". Jak się to ma do horroru, który wystrzeliwało z armat BBC przed imprezą? Pohybel, powiadam, pohybel.
A swoją drogą, podziwiam ze stokrotnym szacunkiem tak serdeczny duch moich rodaków, zważywszy, że żyją w kraju, gdzie od 1939 roku wszystko drożeje, gdzie rząd własny chce wprowadzić zabójcze GMO, gdzie kłody zwalają się pod nogi z całych wywrotek... A jednak. Polska to piękny kraj, i piękny duch.
Jakkolwiek wkrótce ponurą prawdą mogą okazać się przestrogi, że organizacja Euro i unijne pożyczki rzucą Polskę na kolana, dziś wolałbym skoncentrować się na pozytywnych stronach sprawy. Kraj wypiękniał tu i tam, połowa świata odkryła tego kraju urok i dynamizm, a patriotyzm, który ostatnio się z intrygujących pobudek nadgryza, znów objawił swoją siłę.
Jedno tylko skrytykuję. Otóż owych dziwaków, którzy paradowali między przyjezdnymi z hasłami w rodzaju Chcemy chleba, nie igrzysk tudzież Radio M propagowali. Nie wnikam w ich racje, bo nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że wszystko ma swoje miejsce i czas.
Przyjezdni nie tylko nie rozumieli, o co kaman podchodzącym do nich dziwakom ulicznym (niektórzy sprawiali wrażenie jakichś nieślubnych dzieci druidów, a przecież wizerunek ma znaczenie). Mało tego, oni nie mieli najmniejszego obowiązku kaman i w ogóle sprawami wewnątrzpolskimi się umartwiać.
Do kościoła, gdzie ślubu udzielają, też przecież nikt nie wbiega, by udowadniać z krzykiem i włosem rozwianym, że nad generałem polskim spisek zawiązano. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Jest też kwestia taktu.
Trzeba mieć jednak w głowie dzban oleju jojoba, by to pojąć.
Zostawiając już te fanaberyjne podchody dzieciąt druidowych - dziś czuję satysfakcję. I tyle.
Piłkarze powalczyli jak umieli. Nie lubię uprawiać malkontenctwa i nie przykładam ręki do budowania szubienic dla "wszystkich winnych". Nie można oczekiwać cudów, jeśli polski styl szkolenia odpowiada - w najlepszym razie latom 70. oraz - to istotne - polska sytuacja ekonomiczna jest taka, a nie inna. Tak, jak morale żołnierzy wykuwa fart ich generałów i los ojczyzny, tak status Polski musi mieć odbicie w mentalności i odporności psychicznej piłkarzy
Ja będę wspominał te połowy, w których grali świetnie. Basta.
No. O BBC było (pohyble), o piłkarzach było (pamiętajcie: liczą się tylko te dobre połowy), to jeszcze o tych sędziach...
I tu Was zaskoczę bezczelnie. Nie będzie o sędziach piłkarskich. Tylko o sądowych.
Będzie krótko. Trzeba mieć fart do sędziego w sądzie. Co tu mówić. Przede wszystkim chcemy, by nam uwierzył. A jeśli nie - to chociaż na pobłażliwość liczymy.
A czemu piszę o sędziach sądowych, a nie piłkarskich? Bo tylko o tych pierwszych mam opowiadanie. Co zrobić. Zapraszam do lektury, która przyniesie odpowiedź na dwa pytania:
1. Czy bohater historii miał fart do sędziego?
2. Czy takiego sędziego byśmy chcieli, gdyby to nam się noga powinęła?
Odpowiedzi proszę wyplatać w ratanie i dostarczać kurierem.
Sąd sprawiedliwy
   - ...dlatego z niezachwianą pewnością w sercu i umyśle twierdzę – zakończył surowo prokurator – że Emir Magnolian popełnił szesnaście morderstw w nocy z 30 na 31 stycznia.
     Ławnicy milczeli ponuro. Spojrzenia, jakimi obrzucali oskarżonego, mówiły jasno, że jego los jest tak samo przesądzony, jak ich stanowisko.
     - A zatem 690 lat za robaczywymi murami San Peloponez – wymruczał cicho zadumany sędzia. Był to gruby, wręcz wzdęty jak wiedźma po topieniu, skwaszony Murzyn o arbuzowej głowie, otoczonej zacofanym o dwa stulecia laurem białych włosów. – No dobrze! – rzekł głośno. – Niech obrońca dorzuci swoje trzy grosze!... Skoro musi – dodał ciszej, ale wciąż dość głośno i bez widocznego poparcia.
     Większość obecnych usłyszała zatem te słowa. Prokurator uśmiechnął się nikle, oskarżony Magnolian spuścił w rezygnacji głowę, zaś ława przysięgłych zaszemrała z aprobatą.
     Adwokat Beembler nie wyglądał jednak na zbitego z tropu. Omiótł parówkową postać sędziego nieco tylko zaskoczonym wzrokiem, lecz kiedy wstał, przybrał minę triumfatora.
     I to zdeprymowało z kolei prokuratora Persa. Pers, bynajmniej nie mający arabskich korzeni, właściwie pogodził się już z porażką, mimo że chwilowo miał po swojej stronie sędziego i ławników. Dowody winy, które przedstawił podczas procesu, były żenująco naciągane nawet dla niego samego. Co gorsza, adwokat Beembler był najsłynniejszym obrońcą na Zachodnim Wybrzeżu i nigdy dotąd nie przegrał. Ledwie dwukrotnie poszedł na ugodę, która w gruncie rzeczy była nikczemną klęską stron oskarżających. Nie przegrał nawet wtedy, gdy bronił Michaela Myersa, oskarżonego o kilkanaście zbrodni w noc Halloween, którym towarzyszyło pół miasta świadków!
     Pers starł pot z czoła. Czuł się już trochę zmęczony tym udawaniem poczucia przewagi. Mięśnie lewego policzka były już na granicy groteskowego paraliżu. Nie był to miły dzień. Owszem, dotąd Beembler prowadził grę słabo i ani jeden z ławników nie wątpił w winę Emira Magnoliana – tyle że taka zwodnicza taktyka cofającego się nieporadnie nosorożca była typowa dla Beemblera, który doborowe dywizje argumentów z przełamującą kawalerią alibi rzucał do walki dopiero w ostatniej odsłonie procesu. Po prostu wystawiał ten róg nosorożca i rozpruwał cały rozdęty balon iluzji stworzonej przez oskarżenie.
     W ostatnim momencie.
     Czyli dzisiaj.
     Prokurator Pers chrząknął bez radości, poprawiając krawat czarny jak kosmiczna przestrzeń. Nie miał złudzeń, co do tego, co za chwilę miało się stać. Oczywiście trzymał względny fason – dziadek zawsze powtarzał mu, że żaden wilk nie ugryzie go, dopóki będzie trzymał fason, nawet, jeśli będzie się czuł z tym skrajnie groteskowo. Trzymał fason, czuł się skrajnie groteskowo i wiedział, co stanie się za chwilę. Ławnikom zaszklą się oczy, sędzia spojrzy na niego, Persa, krytycznie, o ile nie ze wstrętem, a Magnolian – w istocie chyba niewinny – zostanie oczyszczony z podejrzeń o zbrodnię.
     Beembler, Kolos Obrony USA, jak go nazywali koledzy z kancelarii i kochanki – kobiety uratowanych klientów, rzeczywiście przestał się garbić, chrząkać nerwowo i w skonfundowaniu czy też z zakłopotaniem wycierać nos w chusteczkę z herbem hrabstwa Sacramento. Nim przemówił, szepnął coś swemu osowiałemu klientowi na ucho. Magnolian uniósł wypalone przez kolegów z celi brwi, po czym jego twarz rozjaśnił uśmiech nadziei.
     Zdążył już zaakceptować udział żony w batalii o jego uratowanie. A był to udział dość znaczący.
     - Wysoki Sądzie – adwokat  Beembler potoczył dookoła pobłażliwym spojrzeniem.  – Choć łamie to nieco wcześniejsze ustalenia, zmuszony jestem prosić o wprowadzenie świadka. Zmieni on bowiem całkowicie położenie osób zamieszanych w sprawę, co więcej, dotyka bezpośrednio podstaw i świętości amerykańskiego systemu sądownictwa i wierzeń obywatelskich w bezbłędność ludzi tego systemu.
     - No, chwileczkę... – skrzywił się prokurator Pers.
     - Ach, tak – fuknął sędzia, łypiąc bez wyrazu przez rogowe okulary. – Proszę wprowadzić świadka!
     Szczupła kobieta wyglądała na trochę speszoną.
     - Proszę złożyć przysięgę, pani Lampoon, i przystąpić do konkretów.
     Pani Lampoon mówiła bardzo konkretnie.
     - W nocy z 30 na 31 stycznia, pan Magnolian nie mógł nikogo zamordować. Noc tę bowiem spędził ze mną. Dopiero o 10.00 rano opuścił moje mieszkanie zmęczony i upojony.
     Ława Przysięgłych wyraźnie wprawiona została w oszołomienie. Najstarszy ławnik domagał się uzasadnienia „nadużywanego słowa upojenie”, ale sędzia błyskawicznie uciął tę kwestię.
     A tymczasem nosorożec Beembler rozpędzał się, wprowadzając kolejnego świadka. Otyła pani McFerrin spotęgowała oszołomienie Ławy:
     - Potwierdzam zeznanie pani Lampoon. Istotnie całą noc spędziła z panem Magnolianem.
     - Skąd ta pewność – burknął sędzia bez większego zainteresowania.
     - Bo to widziałam. A raczej słyszałam. Byłam schowana pod łóżkiem, na którym...
     - Ach, tak – uciął murzyński sędzia.
     - Na którym co! – uniósł się najstarszy ławnik.
     Zignorowano go, zresztą i tak pilnie potrzebował inhalatora.
     - A po tym wszystkim – dodała pani McFerrin – ten tu widoczny Magnolian opowiadał pani Lampoon historie ze swego dzieciństwa. Znam dobrze jego dzieciństwo, Wysoki Sądzie. Gdy miał osiem lat, wypadł z wodolotu. Gdy miał dziewięć, rodzice wywieźli go do Kanady, przywiązali do drzewa, po czym uciekali konno, by...
     - Czy oskarżyciel ma pytanie do świadka?
     - Nie.
     - Wyprowadzić świadka – zasapał sędzia.
     Obrońca Beembler szczerzył do zrezygnowanego Persa zęby inkrustowane diamentami mniejszymi od much owocowych.
     - Znam oskarżonego od dwunastu lat – oświadczył następny świadek, psycholog Benton – to jest, odkąd wrócił marszem z Kanady, co przedłużyło zbłądzenie w Kordylierach. Z całą mocą Boga mego baptystycznego i z całą zawodową odpowiedzialnością stwierdzam: Emir Magnolian w życiu nie zabił nawet norki. Ani liszki.
     - Czym pan się żywił podczas... wędrówki? – sędzia wbił w Magnoliana baczny wzrok.
     - Listki. – Oskarżony patrzył pod nogi tępymi, niewidzącymi oczami. – Listki.
     Sędzia pokręcił tylko arbuzem osadzonym na swoim karku. Jego odraza dla wszystkich na sali, włączając nieudolnego, pozwalającego sobie wykraść zwycięstwo i prestiż prokuratora, była coraz bardziej widoczna.
     - Rzeczywiście pamiętam tego pana – orzekł Evernose, sprzedawca prażonych pierników w przejściu podziemnym. – Kupował u mnie pierniki w nocy z 30 na 31 stycznia tego roku. W przejściu podziemnym przy Bloodsuckers Street w San Francisco.
     - Odległość, która raczej wyklucza udział mojego klienta w zabójstwach dokonanych w Sacramento – uzupełnił skrzętnie odprężony Beembler. – O ile nie przeniósł go ten rzezimieszek Superman.
     Zdawał się zupełnie nie przejmować tym, że zeznanie sprzedawcy pierników stanęło w oczywistej sprzeczności z zeznaniami pani Lampoon i pani McFerrin. Ale nawet Pers to zignorował.
     - Ho, ho – wymruczał zwięźle sędzia. Nie było wiadomym, co to oznacza, gdyż jego pulchne oblicze pozostało skwaszone i lekko zdrewniałe.
     Ostatni świadek obrony, listonosz Hix, nie miał wątpliwości.
     - To nie jest morderca! – osądził stanowczo, prawie z oburzeniem. – Człowiek, który tamtej nocy przebił drzewcem moją siostrę, brata i dostawcę wietnamskiego jedzenia dla wegetarian, mierzył metr pięć, góra sześć centymetrów wzrostu, podczas gdy ten, tu, to istny koszykarz. Ma chyba ze dwa metry. Poza tym tamten miał niebieskie oczy, mówił po niemiecku i miał sztuczną, czarnoskórą rękę. Zresztą nie miał nosa! – krzyknął z pretensją. – Miał zupełnie wgnieciony nos. Zmiażdżony. Albo oderwany. A ten tu ma nos... I to afrykańsko wzdęty.
     - Wyprowadzić świadka – sapnął sędzia.
     Porównanie nie przypadło mu chyba do gustu.
     Stłamszony jak porzucony koc, prokurator Pers nie silił się już na żadne sprzeciwy. Oczekiwał werdyktu nie okazując emocji, znużony, a nawet skłonny popaść w rozbawienie. Oczy ławników nie były jeszcze zaszklone, ale ten oto cholerny nosorożec...
     - Wysoki Sądzie – głos Beemblera nie był bynajmniej grzmiący. Był wyważony i troskliwy. – Ławo Przysięgłych. Oto widzicie przed sobą człowieka zdruzgotanego oszczerstwem. Fałszywym oskarżeniem o zbrodnię zwierzęcą. Oto mężczyzna ukamienowany kłamstwem. To ojciec czworga małych, ufnych smyków, mąż wrażliwej na krzywdę społeczną i rodzinną wolontariuszki, której rodzice – afrykańscy misjonarze – zostali zamordowani maczetami, gdy miała ledwie sześć lat! A przecież wtedy rodzicom zadaje się pytania... – Adwokat westchnął ciężko i machnął ręką z rezygnacją. – A zatem już przed tym nieludzkim, rzekłbym, faszystowskiej miary pomówieniem, rodzina Magnolianów żyła z wielką traumą... Na słońcu ich życia tkwi od lat czarny obłok, który nigdy nie odpłynie.
     Twarze ławników wyrażały przykrość i zawstydzenie. Udając, że tego nie dostrzega, adwokat Beembler kontynuował:
     - I teraz padł nowy cios. Umęczone serce pani Magnolian musi unieść kolejny ciężar. A czworo dzieciątek, łaknących opieki i siły ojca? Czyż to nie straszne, że dzieci sąsiadów wołają na nie „siekieroludki”?
     - O, Boże – wyrwał się siwowłosej ławniczce. Miała szarą jak kamień twarz.
     - Oto widzicie – ręka obrońcy wycelowała w oskarżonego – człowieka, który obdarował miłością tylu ludzi, ilu tylko zdołał. Co jednak przerażające, człowiek ów już  n i e  ż y j e. Nie żyje!! – huknął dramatycznie, aż najstarszy ławnik upuścił inhalator. – Owszem, jego ciało oddycha, porusza się... Ale serce, to źródło ciepła, troski, miłości, nadziei i szczodrości, zostało zakłute ostrzami bezprawia. – Przez chwilę Beembler milczał zgaszony, jakby i jego serce zakłuto. – I nigdy już nie odżyje – zakończył głuchym tonem najwyższej beznadziei.
     - Jezujezu – wyjęczała ławniczka o siwych włosach. Jej towarzysze z ławy spuścili wzrok. Na Magnoliana nikt nie śmiał spojrzeć.
     - Listki – wymamrotał Magnolian.
     - Moi państwo – adwokat patrzył na ławę. – Powiem tylko: otwórzcie drzwi na końcu sali i pozwólcie wyjść temu człowiekowi do domu i rodziny z tymi strzępami serca, których najlepszy rozrusznik nigdy już nie poskłada w pełnosprawny organ. – Skinął głową sędziemu, po czym usiadł z martwą twarzą, która zabiłaby radość życia u jamajskich tancerzy.
     Panowała zupełna cisza. Jedynie wentylatory brzęczały smętnie. Oczy ławników były zaszklone, siwa staruszka łkała żałośnie, najstarszy ławnik oddychał jak lord Vader i chyba nawet był nim, kiedy patrzył na oskarżyciela.
     Sędzia chrząknął.
     - Niech ława przysięgłych uzgodni werdykt.
     Prokurator Pers uśmiechnął się cierpko. Właściwie pogodził się z porażką dużo wcześniej, już wtedy, kiedy zobaczył żonę Magnoliana. Było oczywiste, że Beembler weźmie tę sprawę.
     Że weźmie tę żonę.
     Emir Magnolian zerkał na przybite oblicze swego obrońcy i zastanawiał się, czy nie odzyskał nadziei zbyt pochopnie.
     Ale lis – no, oczywiście nosorożec! – Beembler po prostu grał, w gruncie rzeczy myślał już o wieczornej partii curlingu.
     A osąd przysięgłych mógł być tylko jeden. Sędzia otrzymał go na kartce z rąk wyraźnie wzruszonej ławniczki. Łypnął nań okiem sprawiającym nieco kaprawe wrażenie, następnie zerknął na Magnoliana, po czym, mrukliwym głosem, jakby narzekał, że wędlina jest nieświeża, odczytał:
     - Ława przysięgłych uznaje oskarżonego Emira Magnoliana... niewinnym.
     Rozległ się tumult! Krewni ofiar protestowali, acz bez większego zaangażowania, gdyż i dla nich podłoże oskarżenia było równie stabilne, co trzęsawisko. Rodzina i znajomi Magnoliana wiwatowali gwarnie. Ktoś silił się na taniec irlandzki. Podziemny sprzedawca Evernose, korzystając z zamieszania i pogubienia ochrony, wtargnął pomiędzy ławki z koszykiem prażonych pierników, bo „nikt mu nie zwróci dniówki, a i Superman nie przeniesie go tam, gdzie czekają stali klienci.”
     Beembler ze skromną, nieco pobłażliwą miną, przyjmował gratulacje, zaś Pers uśmiechał się jeszcze bardziej cierpko, cytrynowo wręcz i kiwał głową.
     Młotek sędziego prędko zdławił wrzawę. Obecni na sali zerknęli nań ze zdziwieniem. Twarz Murzyna wciąż była niewzruszona, za to grube wargi wydęły się ze wzgardą.
     - Chwileczkę – burknął. – Odczytałem na razie werdykt ławników...
     Znów słychać było wentylatory. Nikt się nie poruszył.
     - Sąd stanu Kalifornia... – sędzia poprawił okulary, które zjechały na pulchny, jakby z budyniu ulepiony nos – uznaje oskarżonego WINNYM wszystkich szesnastu zabójstw i skazuje go na 690 lat więzienia oraz utratę praw publicznych na tydzień czy tam dwa. – To mówiąc sędzia jeszcze raz huknął młotkiem w stół, aby było jasne, że to nie żarty.
     Znowu powstało zamieszanie. Prokurator Pers śmiał się głośno i krzyczał, że idzie na lunch, ale nie musi iść sam, że towarzystwo pań jest mile widziane, a zwłaszcza samotnych, które czują się opuszczone przez mężów kryminalistów.
     Beembler stężał bezrozumnie. Ze wstrząsem obserwował, jak porażony Magnolian osuwa się na posadzkę. Adwokat przełamał sztywność i zrobił kilka chwiejnych, nieco żurawich kroków w kierunku sędziego.
     - Ale jak...? Dlaczego?? – bełkotał. – To niemożliwe! Niedorzeczne! A świadkowie... To wbrew… Dlaczego?!
     I znów się uciszyło. Cisza przetaczała się przez salę jak ta sztormowa fala, regularnie i nie bez efektu spustoszenia. Wszyscy patrzyli na sędziego, bo wszyscy byli ciekawi, czy i jak sędzia uzasadni swoją surową decyzję, stojącą w sprzeczności z werdyktem Ławy. Nawet Pers zatrzymał się w drzwiach.
     Murzyński sędzia przez chwilę odwzajemniał się wypełniającym salę ludziom spojrzeniem pełnym niechęci i odrazy. Było możliwe, że kojarzyli mu się ze starymi wędlinami. I może dlatego prawdę wyjawił głosem surowym i niezachwianym:
     - Bo wróbel ugryzł trzmiela, a trzmiel gondoliera.
     I to było całe uzasadnienie. Zrobiło zresztą duże wrażenie na ławnikach. Ależ cieszyli się dziennikarze oraz lekarze psychiatryczni, którzy ochoczo zajęli się... adwokatem Beemblerem, oczywiście! - gdyż Murzyn sędzia, w pełni sprawny i rzetelny, wciąż feruje uczciwe wyroki w stanie Kalifornia.       
     A zbrodniarz? Emir Magnolian, ten psychopata i degenerat, za te okrutne mordy, których nie popełnił, obumiera za robaczywymi murami San Peloponez.

17 komentarzy:

  1. :) ... a niech to .. podoba mi się :D ... sędzia i wróbel co ugryzł trzmiela, a trzmiel gondoliera.. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ to bardzo dramatyczna historia. A gondolierzy są ofiarami spisku.

      Usuń
  2. I znów czuję się okpiona. ;/
    Dlatego drogi Autorze przyrzekam przystępować do lektury na tym blogu z pełną ostrożnością i nieufnością jak podróżnicy wędrujący przez dżunglę amazońską w obliczu czyhających zewsząd pułapek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Słusznie, bo komu jak komu, ale Autorowi temu farbowanemu francuskiemu nie można ufać!
    Żeby tak kpić z sądów...

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi Autorze jeszcze mną wstrząsa zdumienie połączone z niedowierzaniem. Jesteś Arsenem Lupin literatury groteski, dyskretnie i fachowo pozbawiając czytelników łatwowiernej życzliwości, chcesz się czytelniku śmiać, a masz, a masz, kpiną prosto w twarz.;(
    Ja tam nie znam farbowanych francuskich lisów..., ale uważaj mam na Ciebie oko.;/

    OdpowiedzUsuń
  5. Co?! Czyżbyś zamierzała, Re-Eunice, nosić szal z lisa srebrnego?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ skąd, żadnych futer,ale tak trochę na ogonek takiemu liskowi farbowanemu to by się nadepnęło. ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Można, ale ogonek sztuczny się urwie!

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy autor albo Ktoś czytał Jacka Dukaja? Potrzebuję pogadać.

    OdpowiedzUsuń
  9. Autor nie czytał. Ale czytał Karola Maya i może pogadać.

    OdpowiedzUsuń
  10. No... ale chyba to Autora właśnie działka- fantazy... Czytam "Lód" i jestem konfused... Niby rosyjski romans, niby historyczne fantazy, a wszystko utopione w filozoficznym sosie... Tylko... Książka ma 1200 stron i jestem zwyczajnie zmęczona...

    OdpowiedzUsuń
  11. Zależy, jakie to fantasy jest. Ja się już trochę zakonserwowałem i raczej wracam do starych hitów, niż sięgam po nowe. Ilość stron, którą podajesz, robi wrażenie. Sporo. Z jednej strony, żal, gdy dobra książka się kończy zbyt szybko - z drugiej: po 1200 stronach byłbym już mocno przywiązany do bohaterów, więc i żal byłby większy... Ale polecasz, rozumiem?

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem ciekawa, co bys powiedział.Bo to jest takie zupełnie inne... Ale w czytaniu... Powinna byc trzy razy skrócona. I ten dziwny sposób bezosobowej narracji... Męczące. W końcu czyta się dla przyjemności... acet zbiera wszystkie mozliwe nagrody, ale w księgarni nie widziałam, no i jesli TY o nim nie słyszałeś...

    OdpowiedzUsuń
  13. Ewo, ja to już o mało czym słyszę - osobiste sprawy plus koncentracja na pisaniu strylobizowały mnie straszliwie. Niestety. Tak więc przeoczyć muszę mnóstwo. Ale tak szczerze, to ten "sposób bezosobowej narracji" już mnie zniechęca. Jak dla mnie magnes numer 1 to "pierwsza osoba". To mnie kupuje.

    OdpowiedzUsuń
  14. A tak w ogóle, powinnaś, Ewo, poczytać "Thomasa Odda" Koontza. Napisać horror refleksyjny ze szczyptą liryczną? Toż to mistrzostwo.

    OdpowiedzUsuń
  15. Masz Strzelcze niezawodne wyczucie niesprawiedliwości formalnej. Sprawiedliwości takoż. Z wyrokami podobno nie dyskutuje się, z mecenasami tym bardziej, ale... A Opinia Gazetowa, Publiczna, za przeproszeniem, najważniejsza.
    I co najważniejsze, kolejny raz zabawiasz skutecznie Czytelnika, zwodniczo. On to jednak lubi, godzi się na niewinne "oszustwo".
    Pozdrawiam
    L.

    OdpowiedzUsuń