środa, 15 sierpnia 2012

Olimpopo

Olimpiada się skończyła, co oznacza kilka spraw. Między innymi taką, że Polska nie zdobędzie już 44 złotych, 13 srebrnych i 18 brązowych medali - choć było już tak blisko.
Bardzo blisko. Gdybyż tylko impreza potrwała jeszcze z trzy-cztery miesiące...
No trudno. Ale już za cztery lata...
Koniec olimpiady oznacza też dla mnie kilkudniowe oszołomienie, stan, którego doznałem także i po Euro. Co tu dużo mówić, przywykłem do codziennych relacji sportowych i czerpałem z nich relaks... Co jest może trochę specyficzne, bo rywalizacja sportowa powinna raczej palpitować sercem kibica/widza, a nie odprężać go niczym medytacja pod wierzbą.
A jednak.
Muszę też wyznać, że zdziwiło mnie to, jak bardzo w igrzyska londyńskie się wciągnąłem. Rzeczywiście żadnych poprzednich nie oglądałem tak ochoczo i regularnie. I z taką przyjemnością.
Wygląda na to, że miłość do sportu (i sympatia do sportowców) z wiekiem rośnie, przynajmniej u mnie.
Nie, żebym z fanatyzmem wpatrywał się we wszystkie rodzaje rozgrywki. Na przykład zawody konne nie pociągały mnie nigdy.
Ani taka koszykówka.
Co innego siatkówka. I sporty walki.
I wszystko, co potrzebuje wody.
I gimnastyka - bo dziewczętom wykazującym grację (a wręcz antygrawitację) kosmicznej miary oddaję pobożne ukłony.
Pewnie przyłapano by mnie z rozdziawioną gębą raz czy dwa.
W siatkówkę zaś  najładniej grają Rosjanki - to też moje londyńskie odkrycie...
No dobrze, w zasadzie rzecz dotyczy Natalii Gonczarowej - to ona jest moim odkryciem i to ona gra najładniej. 
Nawet, kiedy nie gra...
Szkoda, że olimpiada się skończyła.
Tym bardziej, że nie skąpiła mi zafrapowania. Patrzyłem na przykład na Chińczyka, który podrzucał sztangę. Jak to jest, że filigranowy Chińczyk nie jest wcale filigranowy?... Taki nordycko-cymeryjski raczej. I najsilniejszy - wszak zdobył złoto. Niezwyczajne te olimpijskie sceny...
Przy okazji przeglądania statystyk w Internecie, nie sposób było nie zauważyć licznych komentarzy - a raczej warkotu - malkontenckiej rzeszy. Ta rzesza jest bardzo liczna, rzekłbym, chorobliwie liczna. Malkontentom - żal mi tych ludzi szczerze - może nie podobać się wszystko. Czy może raczej: nic - lub prawie nic - nie może się podobać.
Taka to choroba.
Weźmy taką ceremonię otwarcia. Porywające widowisko.
Nie dla malkontentów, oczywiście.
Przyznam, że nie jestem wielkim wyznawcą oprawy do rzeczy, które tak naprawdę jej nie potrzebują. Czy igrzyska potrzebują kilkugodzinnej ceremonii otwarcia? No chyba nie. Weźmy takie wesele. Goście przybywają tam wybawić się przy pomocy stóp i żołądka, a nie słuchać przemów.
Tymczasem przemowy na takim weselu irlandzkim są czasem długie jak te ceremonie inaugurujące olimpiadę.
Potrzebne? No nie. Ja bym tego gościom nie zrobił.
Cokolwiek chcesz, gospodarzu, powiedzieć swoim gościom, nawet, jeśliś półprzytomny z wdzięczności, możesz to zrobić w trzy minuty.
Tak więc wielkie oprawy koniecznością nie są, bo nie w nich leży konkret.
Mimo to - przyznaję - ceremonia urzekła mnie, prawdziwie oczarowała.
Lepszej w życiu nie widziałem, to rzecz pewna.
Co nie zmienia faktu, że nadal najbardziej elektryzującą - i jedynie nieodzowną - częścią takiego otwarcia jest wmarsz uczestniczących w olimpiadzie reprezentacji. Nawet mój siedmioletni syn to stwierdził.
Internetowa krytyka kąsała nie tylko ceremonię czy wyniki naszych zawodników. Szczególnie zmasowany atak malkontentów dotyczył komentatorów telewizyjnych. Że się nie znają, że beznadziejni, że się mylą i wszyscy do wymiany, że oglądać trzeba relacje bez fonii... No dramat niesłychany.
Mnie jakoś komentatorzy nie urazili. Przeciwnie, ich humor, zaangażowanie i autentyczna emocjonalność umilały kibicowanie. Ich błędy - bo takie się wszak zdarzały - nie usprawiedliwiają skrajnie chamskiego i frapująco desperackiego jazgotu rzeszy malkontenckiej. Ładowania niskopodłogowymi obelgami, wystrzeliwanymi salwa po salwie, jak z organów Stalina.
Co innego się pośmiać, to akt zdrowy i niechamski. A nawet nieuchronny. Bo jak tu zachować kamienną twarz, kiedy komentujący walkę taekwondo człowiek zauważa:
- Bardzo dobry pojedynek, obfitujący w techniki nożne.
Równie dobrze można powiedzieć o walce bokserskiej, że obfituje w techniki ręczne; będzie to ta sama odkrywczość. Co nie upoważnia do wylewania pomyj, podkreślę. Natomiast humor, oczywiście, poprawia. Chyba nawet bardziej niż klaun, co to się o wiadra z wodą potyka na arenie cyrkowej.
Jednak jest jedna-jedyna rzecz, która w istocie mi się nie spodobała. Otóż pastwienie się telewizyjnych posłańców nad naszymi sportowcami, którzy "zawiedli". Nadziwić się temu nie mogłem, jak namolnie i bez taktu, o zrozumieniu nie nadmieniając, wisieli tacy inkwizytorzy nad pływakiem naszym Czerniakiem i kilkoma innymi osobami, u których uderzało ponad wszelką wątpliwość: wyczerpanie fizyczne i rozczarowanie, może nawet /chwilowe/ zgnębienie. Czasem też trenuję i wiem, jak nisko mierzy się moja cierpliwość i w ogóle chęć konwersacji, kiedy po ćwiczeniach padam z nóg. Cierpliwość do irytujących pytań mam tu na myśli. Tak działa silne zmęczenie.
Ale pomijając już to - kto jest w nastroju do wywiadu, gdy przeżywa gorycz porażki?
Tymczasem Czerniak był z uporczywością frapującą walcowany w koło Macieju "Dlaczego? No, ale dlaczego?","Jak to się stało?" "Co zawiodło?" - ledwie z basenu wypełzł.
Żeby nie wspomnieć o zapłakanych naszych wioślarkach i tak dalej...
No takt, co się zowie.
I rozum. 
Bo dla mnie jest coś absolutnie poza dyskusją w zjawisku sportowym. Zaprawdę.
Otóż zaszczytny tytuł "faworyt murowany" to mit, który między jednorożce, a dwugłowce należy odłożyć. Nawet, jeśli ktoś wiedzie prym w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek i sobotę - to nie znaczy, że w niedzielę też będzie najlepszy. O formie (dnia! Pamiętać trzeba, że to jest przede wszystkim FORMA DNIA) decyduje tak wiele czynników, że nie ma sensu wypisywać ich tu, bo i po co. Dość powiedzieć, że tak, jak łatwo dodać polotu człowiekowi jednym, miłym słowem, tak i łatwo podciąć mu skrzydła czymś przeciwnym.
Przede wszystkim zaś: każdy człowiek ma swój biorytm fizycznym, i biorytm psychiczny. Gdy się wierzchołki ich krzywych spotykają, forma jest herkulesowa. 
Gdy splątują się na dnie wykresu, forma jest raczej... szwejkowa.
I spartański trening niewiele już tu zmieni.
Nie da się przeprowadzić olimpiady tak, by wszystkim biorytmy się "skilimandżarowały".
A przynajmniej zgerlachowały.
Tego nawet starożytni Grecy nie potrafili.
Mniejsza z tym jednak. Wiadomo, że każdy sportowiec chce zwyciężyć. I że o to zwycięstwo walczy.
Acz przecież stary frazes mówi: może wygrać tylko jeden...
Skoro więc tak - to może trochę więcej spokoju?
I taktu. 

A odchodząc już od olimpiady - co jest o tyle nieodzowne, że ona sama też odeszła - zapraszam do drugiej części raportu wakacyjnego.

Trzy tygodnie z Tygrysem. Babysitting nuklearny

 Już jedno dziecko, wprowadzone w dom, tygodniami zmieniający się w szarocichy bunkier kętrzyński, wywołuje silną, oślepiającą nieomal eksplozję...
A dodatkowa dwójka?
A dodatkowa dwójka wywołuje blask stu tysięcy słońc, jak to poetycko opisują stare indyjskie (hinduskie? hindukuskie?) źródła wybuch jądrowy.
Skąd się wzięli Wiktoria i Maciek w naszych tygrysich progach? Ano mamy znajomych sąsiadów, oni zaś swoich znajomych niesąsiadów... Którzy wpadają z dziećmi. Jeśli troje dzieciaków gra w piłkę na tym samym tarasie, to raczej się nie przeoczą. W każdym razie niezbyt długo. Kwestią czasu jest także, kiedy zagrają razem.
Albowiem dzieci mają znacznie mniej rezerwy niż my, uwapiennieni znojami życia dorośli. I całe szczęście.
W takiej sytuacji kwestią czasu było już także zaproszenie sympatycznych gości do naszego domu. I kwestia mojej kilkugodzinnej kurateli nad trzema samosterującymi pociskami nuklearnymi.
Niejednego dnia.
To musiało przydać dreszczyku, jeśli zważyć, że przeciętny mężczyzna rodzi się z genetycznie zainspirowanym odruchem napinania łuku na widok odyńca... natomiast ze zręcznością naciągania rękawiczek i rajstop pacholętom już niekoniecznie.
Więc dreszczyk był. Ale wrócę do tego na końcu raportu.
Uprawianie sportu jest tak samo pożyteczne w lipcu, jak w grudniu, ale nieuprawianie tegoż sportu w lipcu wydaje mi się wyraźnie większym grzechem. A już zwłaszcza niedopilnowanie wobec dzieci w tej tak istotnej kwestii rozwojowej. Dzieciaki sześcio- i siedmioletnie z pewnością wolą skakać i ganiać za motylami, niż lepić garnce z gliny. To lepienie też ma swoje znaczenie, owszem, zostawmy to jednak na dni ulewne, z przelotami komet, wynurzaniem Mu i Lemurii, i z innymi zjawiskami utrudniającymi tak wyborną rozrywkę jaką jest futbol tarasowy.
Pamiętacie, co pisałem o kopaniu z pierwszej piłki i woleju sześcioletniej Wiktorii? Uroczym było to podziwiać - niełatwym obronić. Ale mój Tygrys to dobry bramkarz. Z pazurem. ;)
Zwróćcie uwagę na gąszcz nad murkiem. Cudowny to widok latem. Dla mnie widok, dla kotów kryjówka i namiastka zasadzki na gryzonie i ptaszęta w kniei. Jesienią liście opadają, a wówczas odsłania się widok na rozciągające się trzy metry poniżej muru boisko szkolne.
Czyli: nadal jest zielono, bo zieleń nie opuszcza Irlandii przez 365 dni w roku. :)
Jak widzicie poniżej, Mały Tygrys nie tylko broni, ale też strzela, i to skutecznie. Tu cieszy się z gola, którego zdobył.
Asystował zaś Maciek, chłopiec tak samo waleczny, jak radosny. Czyli: chłopak na chwał. :)
A wszystkiemu ze stoickim spokojem przyglądał się młodszy z naszych kotów, princessa Lila. Zapewne princessa ta zainteresowała się futbolem, bowiem często spacerowała po boisku-tarasowisku, nie bacząc na to, że mogło to zmienić wynik meczu.
Lila jest, muszę rzec, kotem bardzo nieustraszonym. Nigdy nie ucieka, co jest dość specyficzną cechą dla kota. Odkąd sięgam pamięcią, wszystkie moje koty miały kulturalny (a wręcz kulturowy) zwyczaj uciekać, jeśli nie przed obcymi, to choćby w zabawie ze mną. A Lila, gdy ją straszę, patrzy na mnie jak na matołka, który się zapomina.
Wtedy się reflektuję - i uciekam. Taka tu moja rola.
Lila przybiega na zawołanie, co chętnie przytaczam na przekór mitom, jakoby koty były impertynenckie w tej sprawie.
Wychodzi na klatkę schodową, by mnie odprowadzić albo powitać, po pracy czy zakupach.
Co ja się tu zresztą o Lilce będę rozpisywać... Spójrzcie w jej oczy.
Nie muszę chyba dodawać, że princessa patrzy tak tylko na mnie... :)
Lilka często obserwuje moje bieganie na boisku pod tarasem, wzywając do szybkiego powrotu. Kiedy już wracam, powitanie zawiera tyle radości i czułości, jakbyśmy się nie widzieli kilka tygodni.
Nie jest jednak tak, że starsza, bardziej arystokratyczna duchem Słodka, jest mniej uczuciowa. Jest to w rzeczy samej pierwszy znany mi kot, który przytula się jak człowiek.
Naturalnie Lila kibicowała także podczas meczów, w których walczyły jej ukochane Tygrysy.
Widoczna pod murem brzoza jest, można rzec, przyjaciółką rodziny. I ja, i Kuba, pobieramy od niej energię; brzoza ma znakomity wpływ na czakry i stan emocjonalny. Poza tym czasem wieszam na niej worek do chińskiego boksu, co może wciąż wspiera czakry, lecz samą brzozę już niekoniecznie.
Za brzozą piękny niewidok na nasze mieszkanie, na lewo zaś od niej - wspomniany gąszcz-kryjówka kotów.
A za bramką? Nie, to nie garaże na żuki, nysy i zaporożce Irlandczyków. To sklepy. Właśnie ten płaski dach jest często przejmowany przez Lilkę i Słodką (patrole, Służba Ochrony Granic) oraz Tygrysy (medytacje, relaks, Tajne Rozmowy Mężczyzn w Odosobnieniu).
Ciepło dziś myślę o moim synu i z tego powodu - wyciągnął mnie (z bunkra kętrzyńskiego), wtłoczył paliwo rakietowe i rozruszał. Puścił w bieg życia, a jest to bieg ważniejszy od maratonu. Zagraliśmy na tym boisku mnóstwo meczów tego lata, choć wszystkie nasze biegi minionych lat będą już zawsze równie ważnym i rezonującym wkładem w... W bardzo istotną rzecz.
Ale o tej rzeczy wspomnę w ostatniej części Trzech Tygodni z Tygrysem.
Trawa to dobrodziejstwo. Myślę, że jeśli stworzyć listę największych przyjemności człowieka żywego (lista człowieka martwego nie interesuje mnie jeszcze aż tak bardzo), to chodzenie boso po trawie dla większości z nas znajdzie się wyżej niż taka pozycja 85.
Czy nawet 58.
Po każdym meczu ściągaliśmy buty i przez chwilę chodziliśmy boso po trawie. Hm... To z całą pewnością jakaś wyższa pozycja od 58. Ale robiliśmy sobie tę przyjemność także z myślą o zrzuceniu z ciał nalotu elektromagnetycznego. To zmora naszych czasów. Każde czasy ją mają. Czasem jest to Attyla Hun, czasem Nalot Elektromagnetyczny. Wpełzający na nas z komórek, komputerów, okablowań wszelkich... A wystarczy stanąć boso na trawie, piasku czy kamieniu (acz chyba nie węgielnym), by pozbyć się tej zmory w sekundę.
Taa, Tygrysy lubią trawę, trawa lubi Tygrysy. :)
No tak. Babysitting Zewnętrzny nie jest szczególnie trudny. Wszak wystarczy uzbroić te małe, roziskrzone radością życia głowice, z grubsza nasterować, pozwolić na swobodny (nawet jeśli czasem koszący) lot... i obserwować.
Z ambony tudzież ziemianki.
Choć ja wolę puścić się w bieg za tymi rakietami. Może sam mam w sobie jakiś wariacki pierwiastek nuklearny. ;)
Tak, z Zewnętrznym Babysittingiem sprawa prosta. A z Wewnętrznym? Czy wprowadzenie trojga dzieci-pocisków między ściany to jest to samo? Oczywiście, że nie. Ha.
Wiedząc, że to nie przelewki, próbowałem uruchomić starego robota Kuby jako wspierającego piastuna. Robot dawał jakieś nadzieje, bo dużo krzyczał z oficerska, podnosił ramię z pistoletem i groźnie błyskał czerwonymi światełkami.  Niestety, tylko wystawiłem nieboraka; jego krzyki zignorowano, po czym w kilka sekund zneutralizowano i ramię z pistoletem, i całą resztę.
W tej sytuacji zdany byłem na swoje tylko siły. A ledwie trzy pociski jądrowe wpłynęły w domowe progi, się zaczęło...
Pojawiła się kawaleria...
...z manierami lisowczyków. Tygrys (nie wspomniałem: w domu są w sumie cztery) został wzięty do niewoli.
Rozegrano jakieś oszałamiające dynamizmem kumite...
...w którym nikt sił nie szczędził, a potknięcia przyjmowane były z taką...
...rzekłbym, niedorosłą frajdą.
Doszło nawet do nieuzgodnionej z Lucasem (i ze mną, zresztą) zaciekłej walki między Sithami, a osamotnionym Jedi.
Jak to w starciu między Imperium, a Rebelią, entuzjazm szermierczy zaczął szybko wymykać się spod kontroli. Ponieważ groziło to dekapitacją jeśli nie któregoś z wojowników, to goszczącego u mnie brata - zmuszony byłem ogłosić pokój narzucony.
Nie da się chyba zatuszować, że mój syn wsparł Ciemną Stronę Mocy, a nie takich, na przykład, przyrodników Ewoków. 
Czym jednak wcale nie byłem zaskoczony, bo już dwa lata wcześniej Kuba wyznał mi, że nie ja jestem jego ojcem, lecz Darth Vader.
Przyjąłem to spokojnie. Ostatecznie daje to jakąś obietnicę ochrony ze strony Imperium...
Jeśli tylko cesarz Palpatine nie stwierdzi, że przytulanie brzozy pachnie naukami Obi-Wana. ;)
Połowa Tygrysów dostała się do niewoli, robot się wyłączył, a ja wciąż miałem trzy rakiety nuklearne poszukujące wszelkich możliwych celów, by eksplodować atomową radością życia. I wtedy w nieoczekiwany sukurs przybył ktoś, kto miał całkiem spore szanse poskromienia owych rakiet.
W każdym razie większe niż ja, robot-krzykacz i tuzin uzbrojonych w dzidy Ewoków.
Potwór.
Potwór nie jest istotą wziętą z przypadkowego odruchu Boga znużonego lepieniem Kordylierów z modeliny.
Potwór swoją rolę w cywilizacji człowieka ma. Jaką? No, może nie jakąś szczególnie liryczną.
Ale może ma pomagać wprowadzić posłuch w szkołach?
Albo tłumić niekontrolowane wyrazy beztroskiej radości, by ulice nie roiły się od szympansio wyszczerzonych ryjków (kiedy nad Ziemią asteroidy kłócą się o miejsce,więc nie wypada się nie lękać)?
Potwór swoją rolę ma.
Ten, który zjawił się u nas - oczywiście w misji przywrócenia dyscypliny i ładu - nie był byle gałganem wytarmoszonym z szuflady na włóczkę.
Był hybrydą szczególnej urody i mocy: stanowił połączenie lorda Vadera z Buką, taką tam oziębłą kobietą z Finlandii.
Bardzo oziębłą.
Co w połączeniu z astmatycznym, hitlerowsko uhełmionym Vaderem musiało dać monstrum przerażające.
Poniższy film ujawnia, jaką trwogę wywoływało wtargnięcie potwora, który wcześniej zwodził ofiary słowami "Pizza!" czy "Rachunek z gazowni"...
Swoją drogą, doprawdy przerażające dźwięki wydaje z siebie ten maszkaron... :)
O ile jednak każde takie wejście kończyło się panicznym chowaniem dzieciarni, o tyle zupełnie inne były jej reakcje, gdy potwór, nazwany swobodnie Duchem Vadera, pojawiał się za oknem.
Zupełnie inne reakcje.
Nie wiem, gdzie tkwił błąd, ale po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że Duch Vadera nie jest już dzieciom tak straszny, jak mile widziany. W coraz liczniejszych aktach odwagi, potwora brutalnie odzierano z maski i godności, a nawet na obiad (plastikowy) zaproszono.
Hmm... Czy jakikolwiek potwór może straszyć dzieci w nieskończoność? Pamiętam, jak bałem się Buki z Doliny Muminków. Jakiś czas. Później już raczej działała mi na nerwy. Aż w końcu zrobiło mi się jej żal.
Tak samo było z Małym Tygrysem. Tylko - jak w wielu innych sprawach - i na tym polu mnie wyprzedził. Bał się Buki pół roku, a po tym budziła w nim już tylko współczucie.
A Vader? No cóż, w końcu jest Kubie ojcem. Chyba nie przemyślałem sprawy. :)
Posypał mi się więc potwór, co miał posłuch i ciszę katedralną w progi przywrócić.
W sytuacji cokolwiek dramatycznej wezwałem więc jeszcze jednego. Potwora z Lasu.
Przybycia drugiego potwora nikt się nie spodziewał, najpierw więc domem wstrząsnęły okrzyki zgrozy, a później zapadła ta cisza katedralna.
A jednak...
A jednak żywot (a przynajmniej status charyzmatyczny) Potwora z Lasu był jeszcze krótszy niż Ducha Vadera.
Przyczyn tej klęski może być kilka, coś mi się jednak wydaje, że status charyzmatyczny błyskawicznie unicestwia spadek widoczności ze 100% do 0, 0000000013%... bo taką zdolność widzenia miał Potwór z Lasu.
Monstrum obijające się o meble i obmacujące ściany niczym zakłopotany kalmar nie jest chyba szczególnie straszne...
A poza tym dzieci kochają potwory, taka jest prawda. :)
Zabawy są kwintesencją życia, co jest oczywiste dla wszystkich mądrych dzieci, a niespecjalnie oczywiste dla niemądrych dorosłych. Którzy będą twierdzili, że kwintesencją są nauki, awanse i grzechot monet w kuferku.
Ale zabawy nie karmią żołądków - na posiłki też nadchodziła pora. A kiedy nadchodziła, to można było uraczyć się deserem albo plastycznie modyfikowanym...
...albo prawdziwie smacznym:
Kiedy Mały Tygrys usłyszał, że jego żona ma lat 90, brwi zmarszczył i zaprotestował... Ja w każdym razie palców w tym nie maczałem. ;)
W tle słyszycie może piękną muzykę Arki Noego. Tej ekipie nieba bym przychylił, choć pewnie zrobi to Ktoś bardziej Wszechmocny, bo nie wątpię w jego urzeczenie pięknymi piosenkami Arki. I nie tylko jest tak, że niezwykle akuratnie, a wręcz bajecznie słucha się Arki Noego z dziećmi (pierwszy raz słuchaliśmy jej z Kubą, gdy był Czymś Fantastycznie Tycim, usypiającym na moich rękach). Tak, klimat stwarza się tu przedni.
Ale w tej muzyce jest coś więcej. Jest w niej, wierzcie mi, niezwyczajnie skondensowana Moc i Radość. Jak to w energii uwalnianej przez rozśpiewane dzieci.
Moc i Radość. Które to siły przenikną Was, rozpromienią i pokrzepią, niezależnie od tego, czy Stwórcę nazywacie w ten czy inny sposób. A nawet wtedy, gdy uprzecie się, że Boga nie ma, a kosmos powstał, kiedy jakiś mały, niezdarny węglarczyk rozkruszył węgiel (ale skąd by się ów węglarczyk wziął i czemu on nie miałby być Bogiem? ;)) - ta muzyka działa.
Daje kopa. Takiego, zaprawdę, wolejowego.
A ponieważ pora zamykać już drugą część wakacyjnego raportu... To wróćmy może do tego dreszczyku. Troje dzieci z nuklearną radością życia. Pod moim ramieniem.
Dreszczyk?
Oczywiście, że tak. Ale jaki? No przecież, że nie grozy! Dreszczyk radości.
Przez chwile, w których zatapiałem się jedynym prawdziwie dopuszczalnym wybuchu jądrowym ludzkiej cywilizacji - w dziecięcej radości - blask stu tysięcy słońc wypełniał nie tylko taras, nie tylko mieszkanie, ale i mnie samego.
W przerwach - między grami, biegami, zabawami - zmywałem, odkurzałem, gotowałem, ciachałem owoce - i wciąż z nowym odkrywaniem prawd i znaczeń, i przyjemności, obserwowałem trójkę nieustająco uśmiechniętych dzieci.
Wciąż z nimi byłem.
Cisza katedralna? Nikt nie chciał tego pieroństwa! Na pewno nie ja.
Jestem  bowiem zwierzem domowym, to rzecz pewna. Eksperyment nuklearny w pełni to potwierdził.
Dawka promieniowania nie daje już alternatyw. Jestem skazany.
Jestem skazany na dzielenie radości z Tygrysami, Lwami, Jenotami...
Życie rodzinne. Wyrok dożywotni. Adwokat zwolniony do diabła, apelacji nie będzie.
:)
A już następny odcinek dozwolony tylko dla posiadaczy wzmocnionego genetycznie osierdzia i spiżowych zastawek.
Oto bowiem ja i Mały Tygrys zdecydujemy się na niebywale zuchwałą rzecz: piknik w lesie, w którym dopiero co zamarły zacięto-zażarte walki między goblinami, a elfami. W tak niebezpiecznej kniei już na początku natknęliśmy się przewodnika - niezrównoważonego psychicznie miłośnika wojny leśnej i... Ale o tym przecież za tydzień.
Póki co, nie zapomnijcie zapytać o nowy numer Kapitana Żbika w kiosku. ;)
CDN

12 komentarzy:

  1. Ceremonia otwarcia bardzo mi się podobała, bo była... pogańska. To jest właściwe słowo. To był powrót do korzeni Drzewa Życia z celtyckich mitów, no i nie dziwota, że nasi duchowi okupanci się tak wściekli.
    No i fajnie, ze znów pobyłeś sobie z Tygryskiem! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze piszesz! Pozdrowienia odwzajemniam. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja uważam, że komentowanie to praca i należy sie do tego przygotować, mieć predystynację i robic dobrze, jak każdą pracę, a komentator, który nie zna polskiej gramatyki i nie ma nic do powiedzenia to skandal. W studio siedziało dwoch i fanzolili o niczym, zamiast pokazywać, np. Polkę-gimnstyczkę- przerwali jej występ, zeby sobie pofanzolić. Może i jestem malkontentką, ale mnie mniej płacą, a się staram...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, widać miałem fart i na takie antygramaty tudzież przerywanie transmisji występów nie trafiałem. ;)

      Usuń
  4. Joanna Mitrosz-dziewiąte miejsce w gimnastyce artystycznej. Widziałeś? Pewnie nie, bo nie było transmisji... Za to w kółko siatkarze palażowi. A dziewczyna piękna,skromna, nie marudzi, zadowolona, mądra(!) widowisko piękne... A w telewizji...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale ja jej występ widziałem i to dwa razy! Może nie ten ostatni?... Przez pracę i tak miałem to mocno ograniczone.
    I fakt faktem - gimnastyka art. to chyba najpiękniejszy sport...

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie, najpiekniejsi są faceci na kółkach, albo na koźle,
    a nie pokazali ani jednego...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czyli ja miałem jednak większy fart... to i humor mam lepszy i więcej życzliwości dla prezenterów. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda twojej szlachetnej życzliwości. Ale humor istotny...Dzieci dają taką niewymuszoną pogodę ducha albo ducha pogodę, jakby napisał Autor.

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak, niewątpliwie, moją życzliwość do spraw Ziemi i Kosmosu silnie stymulował Mały Tygrys.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawy jestem, ile medali przywiozą nasi paraolimpijczycy? Mam nadzieję, że więcej, niż te nasze łamagi!

    OdpowiedzUsuń