środa, 29 sierpnia 2012

Trzy tygodnie z Tygrysem. Piknik w Lesie Powojennym


W wietrzno-schłodzonych okolicznościach przyrody trzeba uzbroić się w cierpliwość aligatorów, by w przyczajeniu doczekać poprawy pogody. I wtedy błyskawicznie uderzyć. Wykorzystać moment.
Uderzyć, czyli: wyjść z domu w tę przyrodę.
Przyczailiśmy się zatem aligatorowo i uderzyliśmy. Dzień wyprawy leśnej w końcu nadszedł.
Jak widzicie, nie zabrakło ekwipunku, jakby nas brytyjscy oficerowie-kolonialiści przyuczyli. Ponieważ w lesie można spodziewać się wielu groźnych stworzeń - pum, anakond, łuczników angielskich, łuczników-elfów, niełuczników goblinów, gnomów, trolli i tak dalej - uzbroiliśmy się w muszkiety.

Jak już sama nazwa broni wskazuje, muszkiet został stworzony do zwalczania much. Ich też należy spodziewać się w lesie.
I wszędzie indziej.
 
Charakter lasu nie budził wątpliwości od samych jego progów. Celtycki, mroczny, zawieszony w przestrzeni pół-baśniowej, pół-rzeczywistej las, nie może być mylony z parkiem miejskim w Zamościu.
I nie był.
O tym, że wybraliśmy się na piknik zuchwale w rewir powojennie mroczny, uświadomił nas nieoczekiwanie napotkany przewodnik leśny. Zamieszczony film zdradza jasno, że jest owa postać niezrównoważonym psychiatrycznie pasjonatem wojny leśnej. Dlatego seans przeznaczony jest tylko dla osób o mocnych nerwach, ewentualnie dla weteranów bitwy w Lesie Teutoburskim.
Zwracam Waszą uwagę na ponadprzeciętny refleks małego operatora kamery... ;)
O dziwo, historia ujawniona przez przewodnika nie wyprowadziła nas z kniei, co byłoby rozsądne, tylko w jej niebezpieczny głąb. No cóż, nie można wykluczyć, że nasz poziom psychiatryczny miał coś wspólnego z poziomem owego przewodnika.
Który chyba dobrze nam życzył, bo gdy zorientował się, że idziemy nie do domu, lecz w gąszcz, rzucał za nami szyszkami i dzidami...
A może tylko nam się zdawało. Wszak stare lasy nie tylko dają wyciszenie i energię odnowy - jak te nowe - one dają też projekcje i zaklęcia wszystkim marzycielom i fantastom, którzy ich zapragną...

Być może to Drzewo Wiadomościowe powinno też być czymś w rodzaju wypłaszacza /z Lasu Powojennego/. Jako kolejne świadectwo, że to nie ten park zamojski, w którym prędzej spotkamy jegomościa z siatką na motyle, niż oszczepnika z oczami wyciętymi z krzemienia. Zamiast się odpowiedzialnie wypłoszyć, zajrzeliśmy do dziupli. Świeżych listów nie było. Pobite gobliny opuściły tę część lasu i porzuciły punkt kontaktowy.
Jak to mówił przewodnik? Padł kucharz? A nawet grajek?
Kurierowi też się pewnie padło.
Plama światła z przodu, na prawo od drzewopoczty, może być myląca. To tylko prześwit rzeki, my nadal kroczymy w głąb głębi, jako nieustraszeni łowcy-wędrowcy: angielski (Mały Tygrys) i holenderski (Duży).
Myślałby kto, że to urocze miejsce sposobne na biwak czy nocleg wręcz.

Tymczasem mógłby to być ostatni nocleg. W każdym razie ostatni z kończynami. Przecież gołym okiem widać, że to nie parking dla autokarów Orbisu i Juwenturu z małymi kolonistami, lecz Sadzawka Krokodyli. Jak powszechnie wiadomo, udają te podstępne stwory kłody i bale, i nawet De Niro nie byłby w tym odgrywaniu tak dobry.
Inna sprawa, żeśmy psychiatrycznie bardzo śmiali; Mały Tygrys z Anglii jednego z krokodyli trącił kijem razy kilka. Tak to gada zmieszało, że... nie wyszedł z roli.
Czy De Niro nie wyszedłby z roli, gdyby go kijem pacnięto? Uczmy się sztuki aktorstwa od najlepszych - od krokodyli. :)
 
Chwilę później trochę z nieostrożności, a trochę z żądzy przygody wojennej, wpakowaliśmy się w gwałtowną potyczkę elfów i goblinów. Tym ostatnim towarzyszył opancerzony olifant - który jeszcze kilka kroków wcześniej zdawał się być po prostu olbrzymim drzewem...Oszust podobny aligatorom!
Nie zastanawialiśmy się ani trochę, komu pomóc, ciskaliśmy dzidy w olifanta i w gobliny, waliliśmy z muszkietów jak do much... Aż wreszcie uszli wrogowie. Elfy zaś podziękowały i jakiś czas szły za nami, odwdzięczając się ochroną.
 
A oto i wspomniana rzeka. Wcale nie taka bezpieczna, choć więcej słońca nad głową.
 
 
Niektórzy powiadają, że widoczny w wodzie wrak to łódź Wikingów, odpartych przez celtyckich rybaków. My tam swoje wiemy. To łódź goblinów, zgruchotana gęstym ostrzałem elfów, obsadzających nabrzeże. W kniei trwały zażarte walki, co wymagało posiłków. Tym razem się nie udało.
Aczkolwiek zatopione posiłki nadal mogą być posiłkiem. Na przykład dla karpi.
Życie nie znosi marnotrawstwa. ;)
 
Czasem jest to duży posiłek i duża radość - tak karpi, jak elfów... które są zdolne powstrzymać nawet tak solidny okręt wojenny:
 
 
Wygląda na to, że próba sforsowania lasu chronionego przez elfy pachnie Normandią.
Odejdźmy już jednak od rzeki i jej wraków. Odejdźmy zresztą i od samej wojny leśnej. Pora zaczerpnąć tego, po co naprawdę przybyliśmy do lasu celtyckiego.

Wyruszyliśmy do lasu, by się wyciszyć, odprężyć, pobudzić zmysły, rozruszać wyobraźnię... By w zdrowym miejscu zjeść coś zdrowego.
I po to, by przeniknęła nas energia tej skrytej przestrzeni, wyciętej tylko dla nas dwóch.
No - dla nas i dla tego psa obronnego... który chciał dobrać się do bananów, lecz został powstrzymany.
 
 
...to i patrzył na mnie z wyrzutem.
Spójrzcie ponad mojego syna. Nie, nie chodzi o jego aurę, ani, tym bardziej, o aureolę. Komu się zresztą do aureoli spieszy?... ;)
Natomiast przyjrzyjcie się drzewom. Tak, chodzi o pnie. Pnie liśćmi obłożone, otulone, ukojone - to jest zwyczajność w lesie irlandzkim. W każdym razie w hrabstwie Mayo, bo innych hrabstw zbytnio nie spenetrowałem, ani jako podróżnik holenderski, ani  w żadnej innej postaci.
Po sześciu latach życia w Irlandii przestałem już doznawać oczarowania widokami wzgórz, klifów, murków szarokamiennych... A i przyrodę zdecydowanie wolę polską.
Tak, jak żywność.
I jak zapach świtu wiosennego.
I ciszę wieczoru letniego.
I... No tak. Jak żona, to tylko z Polski.
Tak... Ale to mi nie przeszło ani calem, ani sążniem. Wciąż urzeka ten widok pni rosłych, włóczniom Entów tolkienowskich podobnym, liśćmi druidowymi objętych, tajemniczych, żywo-żywych...
A kiedy już zjedliśmy w salonie Natury pokarm, a jakże, naturalny, wolny od spreparowania, można było sięgnąć po kwintesencję Daru Leśnego...

Położyliśmy się na kocu, wolni bardziej niż przedtem, i wolni bardziej niż potem. Położyliśmy się, by spojrzeć na władców lasu. Tam, w górze, władcy ci układają plany kosmiczne z samym słońcem.
Widok czaszy leśnej jest i będzie zawsze, niezmiennie, widokiem tak samo pięknym, tak samo pochłaniającym.
Nie wiem, kiedy ostatni raz położyłem się w środku lasu, by z tej pozycji popatrzeć na obraz drzew i nieba, zmieszanych dla duszy ludzkiej w prezencie. Miałem odczucie, jakby minęło od tamtej pory 600 lat. I 600 lat zachciało mi się tak trwać i chłonąć ów spokój, nieskończoność, ową ufność...
Tak, chyba i ufność spływa z czaszy leśno-niebiańskiej ku ludziom, którzy zwracają ku niej twarz i serce.
Zaskakujące odczucie.

A może chciałem trwać w tym sercu leśnym, pod zielono-błękitnym ramieniem Harmonii, bo byłem tam z Małym Tygrysem...
Odcięci, bliscy sobie i bliscy mocom niewzruszonym na gniew ludzki, a zarazem dobrotliwym wobec jego słabości...
I gdy tak leżeliśmy sobie, wolni bardziej niż wcześniej i później, las obdarował nas swymi gościnnymi sekretami. Włócznie Entów zaczęły kołysać się, tańczyć dla nas tańcem niezwykłym - bo łączącym majestat z radością.
A z samych wierzchołków władczych - wierzchołków, które nie przegapiają niczego ani u swych korzeni, ani w czerni kosmicznej, doszły nagle głosy...
Niesamowite, prawie paraliżujące... Ktoś rzekłby, że to drzewa zaczęły trzeszczeć od wiatru, ale my wiedzieliśmy swoje...
Entowie przemówili do nas.
Zamarliśmy, wsłuchując się w język władców prawdziwych.
I tak trwaliśmy chwilę w tym sercu leśnym, czerpiąc z jego kwintesencji...
...aż przyszła pora powrotu.

Kierując się nieco odważniej ścieżkami z wojny leśnej, szybszym krokiem zmierzaliśmy do ujścia z kniei. I chyba nasze zachowanie przypadło do gustu elfom - pewnie były też wdzięczne za spontaniczny sukurs w potyczce... a może były pod wrażeniem przemowy Entów? - bo nagle ich łucznicy poczęli wyłaniać się spomiędzy drzew i zagadywać, pozdrawiać, pokazywać łuki... Poznawaliśmy kolejnych książąt... Tylko Kuba nie mylił ich imion, mi jakoś sprawa kulała. I w ogóle chyba tylu arystokratów u tych elfów, co potomków Dżyngis-Chana u Mongołów.
Wychodzi, że każdy elf to arystokrata.
Nic dziwnego, że z upodobaniem łupu-cupią pozbawione manier i higieny gobliny.
Zaś powyżej coś jakby ambona obserwacyjna. Tak naprawdę - wieża obserwacyjna nad bunkrem goblinów, zdemolowanym przez oddział elfów (garnizon wyszatkowano, oczywiście). Ale - jak to w powojennych okolicznościach leśnej przyrody - czujność należy zachować do końca.
A nam się nie udało. Kilka sekund po zrobieniu tego zdjęcia Kuba Tygrys zrobił krok w tył i wpadł w przeciwpiechotną pułapkę goblinów. Ucierpiał piszczel, co przynosi zazwyczaj ból krótki, ale przeszywający jak oszczep.
I tak, po siedmiu latach od narodzin Małego Tygrysa, Duży wziął go na barana i poniósł przez najdłuższy do tej pory dystans - dwa kilometry.
Był to najmilszy dla mnie "baran" ze wszystkich do tej pory.
 
Ból minął, las znikł...
Wróciliśmy do naszej małej, familijnej gęstwiny tarasowej.
I do naszych jaguarów, za którymi stęskniliśmy się dokładnie tak samo, jak one za nami.
Gdybyż widziały tego olifanta...
 
 
Ano tak... Wyprawa do Lasu Powojennego była wielką przyjemnością, a pozyskanej energii nie sposób nie docenić.
Z pewnością nigdy nie zapomnimy też pikniku u Entów w sercu leśnym.
Wynieśliśmy stamtąd, tak myślę, po kawałku wolności ojcowsko-synowsko dzielonej, i po kawałku ufności, ojcowsko-synowsko spajającej.
Wprost spod ramienia zielono-błękitnego.
Ano tak.
 
Nie myślcie jednak, że wspólne czytanie bajek w taki wieczór ojcowsko-synowski to jakaś mniejsza frajda.
Poczytaliśmy sobie po cztery bajki. Dwie należało czytać z książki, a dwie wymyślić, udając, że tak się tekst na stronicy przedstawia.

Biurko po prawej stronie ma swoje znaczenie.
Ma znaczenie dla mnie - bo teraz siedzę przy nim, kończąc ten raport wakacyjny nr 3. Zawsze przy nm siedzę, kiedy pracuję z Lwami i dla Lwów... A raczej dla ich Gości.
Prace owe niewysokościowe kończę - gdy kocia princessa Lila, zazwyczaj zajmująca poduszkę po prawej stronie, wzywa mnie do spania.
Biurko ma znaczenie dla mnie i smyka mego, bo kiedy Małego Tygrysa nie ma przy mnie, widzę go na ekranie stojącego tam komputera. On zaś widzi mnie.
Kiedy mam wolne wieczory, czytam mu przez Skype bajki. Ostatnio Cudowną podróż Selmy Lagerlof.
Na ekranie widzę, jak mój syn zasypia. Często ja jestem jego ostatnim widokiem, nim zamknie oczy do snu spokojnego, błękitnego. Myślę, że sporo delfinów podpływa do mego smyka, kiedy śpi.
 
Biurko ma znaczenie i dla moich kotów. Prawą nogę biurka wzięły sobie w posiadanie jako drapak.
Uszanowałem ich potrzebę. Co tam biurko... Dwa zakochane we mnie jaguary są warte stosu mebli.
Jeśli kiedyś zamilknę na dłużej, sprawa będzie jasna. Noga biurka, wydrapana przez koty, podda się, biurko runie, komputer rymsnie... Może to sprawić, że zamilknę.
W razie czego szukajcie mnie w sercu leśnym. ;)
 
Tak... Wspólne czytanie bajek w wieczór ojcowsko-synowski to wcale nie jest mniejsza frajda.
Wcale, a wcale.
I może ten kawałek wyczarowanej wolności, i ufności - też nie są mniejsze od tych spod ramienia zielono-błękitnego Entów?
Tak to już jest z ojcami i synami...
A i po Harmonię można sięgnąć wszędzie.
Nawet, jeśli zdaje się odległa o 600 lat.
*
A już za tydzień, moi drodzy, ostatnia część 3 tygodni z Tygrysem, z podtytułem Wschód słońca...

...a w niej szybki przegląd wydarzeń i ciekawostek, między innymi słów kilka o tym, jak to wtargnęliśmy - w kolejnym akcie zuchwalstwa tygrysiego - do domu samego leprechauna, groźnego irlandzkiego skrzata...
A także o tym, dlaczego wypatrując niecierpliwie przyjazdu mego syna, zarazem się tego przyjazdu bałem... Czego się bałem, i jak się to skończyło - w podsumowaniu, na które Was już dziś zapraszam.
 
I nie prowokujcie leprechauna - czy to w lesie celtyckim, czy w parku zamojskim!
To nie Koszałek-Opałek, mimo wszystko... ;)
 
CDN

13 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz fajnego tego swojego Tygrysia. Pozdrawiam Was obu! A tak a' propos - czy są tam jakieś grzyby? jakoś ich nie widzę na fotach...

    OdpowiedzUsuń
  3. O co chodzi z tym, że ten las jest Powojenny? Podejrzewam tu jakies drugie dno-elfickie?

    OdpowiedzUsuń
  4. R.K.L. - w tym lesie grzybów to jakoś nie widziałem. Ale gdzieś podobno są w Irlandii. ;)

    Ewo - to tylko odbicie naszych baśniowo-mrocznych fantazyi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Autor wypadł świetnie w relacji z goblińsko-elfickich zmagań,niczym Bogusław Wołoszański i miał znakomitego operatora filmowego. ;) Niech żyją Lwy, Tygrysy, Lamparty, Gepardy, Oceloty tudzież Żbiki i Rysie. ;) I wszystkie pominięte gatunki kotowatych niech tez żyją i już! ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję! Sam się sobie z Wołoszańskim też skojarzyłem. ;-)
    Ale operator jest numer 1. Amerykanie złożą mu ofertę! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A co Pan powie na naukowe stwierdzenie,że wikingowie byli blisko spokrewnieni z plemionami słowiańskimi a konkretnie z Polakami:-((

    Rudryk!

    OdpowiedzUsuń
  8. Co to jest wikink?czy to jest jaka odmiana wilka?
    Nieświadomy

    OdpowiedzUsuń
  9. Wikink to niewielki koszyk piknikowy, zaadaptowany z łubianki po zbiorach truskawkowych.
    Co do spokrewnienia. Nie każdy wie, ale wielka flota słowiańska (720 okrętów armii pomorskiej) wyprawiła się swego czasu do siedzib nordyckich w ramach serdecznego upomnienia za nietaktownie rozwiniętą częstotliwość wizyt Wikingów na naszych plażach. Nordycy -konkretnie: Norwegowie - dostali straszne manto. Dziwne,że się o tym nie uczy, tylko wałkuje stereotyp mikrego Słowianina rolnika i dwumetrowego Wikinga z rogami na hełmie. Co zrobić.
    W każdym razie niewykluczone, że przy okazji tego najazdu doszło do aktów spokrewniania. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jaka flota? kiedy? Czemu nic o tym nie wiem?

    OdpowiedzUsuń
  11. Bitwa o Konungahelę, 1135. Temat piękny na opowieści i na filmy. Ale zamiast tego pogrąża się nas w mrokach powstań styczniowych i listopadowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bez przesady - w tych mrokach powstały całkiem fajne opowiadania grozy, a nawet "Wilczyca", której pomysł jest całkiem dobry, tylko wykonanie.... hmmm... jak zwykle.

      Usuń
    2. Tak, wykonanie troszkę okulało. Ale pomysł wyborny.

      Usuń