niedziela, 11 listopada 2012

Trzy tygodnie z Tygrysem. Rusztowanie pod słońcem

Każdy dzień z moim synem powiększa i wzmacnia rusztowanie pod słońcem, które on sobą stanowi.
Tych dni mam niewiele, ale siła każdego z nich jest mocno odczuwalna i oddziałuje długo. Słońce jest mi potrzebne, by żyć promiennie. Rusztowanie jest mi potrzebne, by nie stracić blasku słonecznego z oczu i nie zapaść się w mroku.
Po wspólnych wakacjach przez długie tygodnie odczuwałem siły, których źródłem mogło być oczywiście to małe wielkie moje własne słońce, bardziej złote niż wszystko inne w tym świecie.
Każdy ojciec mnie zrozumie. Ojciec odizolowany od dziecka tym bardziej.
Na przełomie września i października siły odeszły, bo każde paliwo ma tę właściwość, że co prawda pozwala na rajd i eksplorację, wlewa entuzjazm, moc i wiarę zwycięzcy, ale z czasem się wyczerpuje. Rusztowanie się zapadło i blask przepadł.
Nie było łatwo.
Ale właśnie wróciłem z kraju, gdzie chłonąłem światło dwóch słońc - kosmicznego i synowskiego. Skoro zaś dzięki temu znów wypełnia mnie paliwo najszlachetniejszego gatunku, korzystam z niego, by zamknąć raport wakacyjny o mnie i Małym Tygrysie.
A wakacje były to piękne, bo główną atrakcją była bliskość Małego i Dużego Tygrysa. Tygrysy lubią obliczać odległość od siebie w centymetrach, w kilometrach już nie tak bardzo.
Ponieważ zaś atrakcją była obliczana w centymetrach bliskość, to siłą rzeczy wszystko nią było w owym czasie: każdy dzień i wszystko, co kolejne dni przyniosły, włączając letni deszcz irlandzki, który bywa tutaj deszczem konserwatywnie jesiennym nawet w środku lata.
Dlatego trudno o widok dzieci tańczących boso w kałuży ciepłej wody deszczowej. Z drugiej jednak strony w Irlandii wypada rozwiesić pranie i pić kawę na tarasie w deszczu (no - niech będzie, w mżawce), czemu widoczny na zdjęciu, goszczący u mnie Dr Seth oddał się z ukontentowaniem. Każdemu, kto mnie tu odwiedzi, zapewnię taką samą formę relaksu. ;)
Nie należy wyciągać dramatycznych wniosków z powodu dwóch  pozostających w gotowości łodzi. Mżawka czy ulewa jak dotąd potopu Celtom nie sprowadziły.
Wróćmy do atrakcji tygrysich. Nie omieszkały nimi być rzadkie w warunkach miejskich zwierzęta, na przykład widoczna w górnym pasie zdjęcia czapla.
Albo starocie z dna szuflady. Przejrzeliśmy pół tony rysunków Kuby, a wśród nich wyłoniła się kuriozalna korespondencja dyplomacji stanowczego tonu.
"Hoci wymysili plon ataku na mame" i "weś hoci bo sie denerwuje", autor: Mały Tygrys, strateg i agent specjalny, lat 6.
Listy rzeczywiście brzmią stanowczo, nic dziwnego, że nikt nie ośmielił się ich wyrzucić. Czy doszło do samego ataku, nie pamiętam. :)
Przy okazji pobytu-wsparcia syna podjąłem się prawdziwie herkulesowej pracy. Uporządkowania jego pokoju. Sprawa zalegała z różnych przyczyn od dawna, zabawki, książki, kredki, narzędzia medycyny i alchemii dziecięcej zalegały wszędzie i nigdzie w absolutnym wymieszaniu. Mówię: praca herkulesowa, ale tu nie o jakość bicepsa chodzi, lecz siły niefizyczne raczej... Jeśli wziąć pod uwagę, że w każdej zabawce i rysunku dziecka zawiera się jego fluid i konkretne, wibrujące wspomnienie... Nie był Mały Tygrys zachwycony tą akurat nie-atrakcją w naszym programie wakacyjnym, ale cóż, bez jego obecności nigdy bym temu nie podołał. Ot i prawda.
Wygraliśmy jednak i pokój zalśnił w nowej energii.
A skoro tak... to można było ze szczęśliwą swobodą zacząć bałaganić od początku. Czy życie nie polega na czynieniu nieładu, by potem wziąć się za porządki, co z kolei pozwala na kolejny ekscytujący rozgardiasz? ;)
Odkąd Kuba skończył dwa tudzież trzy lata, do naszych ulubionych zabaw należy "przedszkole". Budujemy je z klocków i wypełniamy personelem oraz dziećmi-urwisami. Takimi, co to zamiast spać po nocy, pobekują koźlęco, wymykają się na dwór i takie tam.
Rodziców zastanawiających się nad przedszkolem właściwym dla ich osesków prosi się o zwrócenie uwagi na to, że przedszkole U Tygrysów posiada dwa baseny oraz ekipę Scooby-Doo w personelu, co jest w Polsce stosunkowo rzadkie. ;)
A co więcej, obok wybudowano boisko piłkarskie, na którym rozegrano turniej z istotnym wynagrodzeniem... ;)
http://www.youtube.com/watch?v=uVkAJVeGDYs
Dzięki porządkom mogliśmy od czasu do czasu spać "po spartańsku" - na podłodze - co Kuba lubi (sam to sobie ni stąd ni zowąd zainicjował) od lat dwóch...
...aczkolwiek to zdjęcie ukazuje nas jeszcze w fazie przedporządkowej i wyznam, że towarzyszące mi uczucie kazało kojarzyć napierające zewsząd bajzle ze sceną śmieciarki-zgniatarki z Gwiezdnych Wojen.
Ale i tak było byczo, i morowo, i w dechę. :)
Rozrywki szukaliśmy jednak i poza uporządkowanym wnętrzem domu. Korzystając ze słonecznej pogody, odwiedziliśmy tajemniczą krainę elfów.
Jestem człowiekiem, który przekracza ochoczo progi wszelkich krain baśniowych, co jak widać nijak nie stoi okoniem zapędom makabrycznym w twórczości. Przypuszczać można, że oba te zamiłowania są jakimś sposobem neutralizowania twardo ciosanej rzeczywistości. Jako że chętnie wnikam w baśnie ludzkiej wyobraźni, bardzo mocno cenię ich za pomysł, odwagę i polot. I za wkład, który wnoszą nam wszystkim. I szczery mam podziw dla kobiety, której pasja skierowana ku dzieciom, kazała kupić ziemię pod malowniczą górą i stworzyć na niej to urocze miejsce.
Oczywiście elfy i inne stwory mało-co-ludzkie żyły tam od zawsze, no ba, tam do kroćset... Wiadomo! Ale jak miło to teren im zagospodarować i jeszcze gości sprowadzić.
A teraz elfy nie muszą już drążyć mieszkań w drzewach i ziemi, lecz żyć w takich oto wsiach pięknych:
Wsi elfich było mrowie, podobnie jednorożców skrytych w zaroślach i czarownic uwieszonych pod gałęziami drzew.
A gdzieś w głębi krainy natknęliśmy się na dom samego leprechauna, złośliwego skrzata irlandzkiego. Rozsądek nakazywałby dom ominąć, może zawrócić, a my sobie junacko wtargnęliśmy.
Nieobecni tracą - rzekł ktoś kiedyś i teraz leprechaun miał tego doświadczyć. Dziewczynki (siostrzenice mego przyjaciela Damiana Birrane'a) ułożyły się w jego łożu! Zuchwalstwo i profanacja.
Co gorsza, Mały Tygrys dobrał się do złota skrzata.
Było jasne, że trzeba przyspieszyć kroku od tego momentu. Kto tam wie, do czego zdolny jest pamiętliwy skrzat celtycki. Może tylko do związania sznurowadeł, by się człowiek wywrócił, a może do całkiem poważnego sabotażu?
Na szczęście konserwatywnie niezmotoryzowany leprechaun pozwolił nam umknąć.
I tylko szkoda, że złota nikt nie zapakował...
Jako kinomani wybraliśmy się na duży ekran dwa razy. Na bardzo dobrą Epokę lodowcową 4 i na dobrego Loraxa.
Nie mniej - jasna sprawa - największą atrakcją pozostawał futbol, któremu poświęciłem sporo słów w poprzednich częściach tego raportu. Nieomal codziennie, szczególnie pod wieczór, schodziliśmy na boisko pod domem, aby...
...powitać naszą brzozę zaprzyjaźnioną...
...i rozegrać mecz (zazwyczaj zwieńczony dramatycznymi karnymi).
A niżej widzimy zwycięską ekipę po jednym z turniejów, który przyniósł aż trzy trofea: Srebrny Sierp dla najlepszego strzelca, Puchar Sztangielki za wygranie meczu i Puchar Tubisia za najładniejszy gol meczu. :))
Obecność mego syna pozwoliła mi zabrać się nie tylko za gniotące ducha porządki, ale i za odnowę. Na pewno nie malowałbym ścian, szczególnie w pokoju synowskim, bez obecności Kuby. Kiedy został wyrwany z gniazda, w którym dorastał, w jego pamięci i sercu zatrzymały się wszystkie detale. Nie mogę Wam opisać widoku, kiedy to Kuba po przyjeździe do mnie tańczy, nieomal przefruwa przez mieszkanie i woła:
- Nareszcie jestem u siebie! Jestem u siebie!
Jeśli miałem przemalować jego pokój, musiał być przy tym obecny, a nawet w tym uczestniczyć.
I uczestniczył, że ho ho!
Mały Grek [;)]...
...pracował sumiennie. :)
Co prawda nie zdążyliśmy już ukończyć dzieła wspólnie, ale liczył się początek, a energia Kuby zawarła się w odnowionej przestrzeni.

*

Jak rzekłem, paliwo, które wtłoczyły mi miłość mojego syna i jego odliczana w centymetrach bliskość, dało mi sił na długi czas. Byłem zaskoczony tym, że mimo kolejnej rozłąki i tęsknoty, skądś spływała na mnie energia do działania i pozytywne myśli o przyszłości. Z czasem jednak światła ubyło i zamarły moje kroki w jutro.
Teraz jestem znów napełniony. Co więcej, jest perspektywa. Będę miał Małego Tygrysa na święta.
To będą świąteczne, kolejne trzy tygodnie.
Myśl o tym opancerza mój tors.
Co dalej?
Nie wiem. Nie wybiegam za daleko myślą.
Pewnych jest tylko kilka spraw, przy czym część z nich zrozumiałem podczas tych trzech tygodni z moim synem.
Zrozumiałem, że Mały Tygrys jest moim generatorem mocy, potężniejszym, niż mógłbym to sobie wcześniej wyobrazić.
Zrozumiałem, że muszę wszelkimi siłami walczyć dla niego nawet, kiedy słońce zdaje się zachodzić.
Albowiem zdaje się, że generatorami jesteśmy sobie nawzajem.
Dlatego ile razy upadnę, tyle razy wstanę.
Jeśli rusztowanie się zawali, odbuduję je.
Co dalej?
Nie wiem.
Czekam na kolejne Trzy Tygodnie z Tygrysem...

***

Skype na dobranoc, styczeń 2012. Ostatnia wiadomość od Kuby.
[20:47:15] Jakub Semik: do kochanego tatuśa hussiara kocham tatulka mojego ojczulka jedynego na świeće kturego kocham bardzo jak serduszko tatuś kochany nawet kocham go bardziej nisz lego i pieńondze kocham sie bawić z mojim hussiarem silnym jak słoń i lubie zasypiać z mojim tygryskiem lubie czasem pogadać z tatuśem od synka jedynego kubuśa :* (inlove) (angel) (makeup) (h) (*) (sun) (F)

***

6 komentarzy:

  1. Jesteś wspaniałym ojcem - zazdroszczę Tygryskowi! :))) Życzę Wam jak najlepiej i... powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziékujé, salut absolutnie wzajemny! :)
    Lew.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja akurat jestem samotny... - ale dziękuję! :)

      Usuń
    2. Samotnosc to stan przemijajácy, tak samo jak towarzystwo. ;)
      L.

      Usuń
    3. Dokładnie tak, a co Ci pisane, to i taki Cię nie minie!

      Usuń
  3. Milutko tu u Was ;-) fajnie tak wrócić tu.... i popatrzeć na te ciepłe "obrazy" tacierzyństwa ;))

    OdpowiedzUsuń