niedziela, 23 grudnia 2012

Boże Narodzenie, a kwestie tła jego

W okolicznościach Bożego Narodzenia rozgrywają się różne sprawy. Niekoniecznie na miarę inwazji z Marsa. Ale choćby śluby, wesela i inne masowe ceremonie. Zdarzyło się podobno komuś wyprawić Sylwestra w samą Wigilię, w ramach planu ekonomicznej oszczędności. Akurat wesel w dniach świąt rodzinnych nigdy bym sobie nie sprawiał, już nie tylko dlatego, że, mam odczucie, podcina to w kolanach obie te unikalne ceremonie, zwłaszcza Boże Narodzenie, czas wyciszenia, namysłu i splatania kręgu rodzinnego (jeśli to możliwe). Ja już samych przyjaciół i krewnych nie stawiałbym w położeniu tak kłopotliwym, jak dylemat, czy świętować rodzinnie, czy hucznie hulać (z okazji mego ożenku). Oznaczałoby to też raczej nieszczególnie miły kuksaniec ekonomiczny dla nich, jeśli zważyć, że pod koniec grudnia trzosy rozdzierają się chrzęstem już z racji samych tylko wydatków świątecznych.
Jednak, jak napisałem wyżej, w okolicznościach Bożego Narodzenia, czy nam się to podoba, czy nie, rozgrywają się wydarzenia różne. A sporo z nich ma charakter intrygujący, tajemniczy i urzekający. Namawiam, by odstąpić na chwilę od obwieszania gałęzi świerkowych i zagłębić się w historii nadesłanej przez AiR. Jak zawsze - warto.



 Nadesłał: AiR
Gdzieś w środku Trójkąta
5 grudnia, g. 08:00 EST



Szara pofałdowana we wszystkie możliwe strony płaszczyzna za panoramiczną szybą mostka, białe grzywacze i szare, okrutne niebo. Pokład kołysze się i wibruje. Sztorm na Atlantyku. Coś, czego nienawidzę jak cholery. Łajbą rzuca jak groszkiem w pudełku, wszystkie wątpia pochodzą pod gardło. Połowa załogi choruje.

- Meine Herren! – słyszę za sobą głos kapitana Helmuta Mehnera – jakie macie dobre wieści w ten piękny poranek?

Piękny, kurwa, poranek, typowe niemieckie poczucie humoru – myślę.

- Jak pan widzi, panie kapitanie – odpowiadam i podaję mu mapę z wykreślonym kursem. – Znajdujemy się na 30°02’00” północ i 070°00’06” zachód, kurs 265°, idziemy małą naprzód.

Stary był kapitanem ze starej szkoły i przeliczanie dziesiątych, setnych i tysięcznych części stopnia z danych przekazywanych przez GPS wprawiało go w furię. Dla niego czas zatrzymał się na sekstansie i astrolabium…



Nalałem mu kubek kawy i podałem. Podziękował skinieniem głowy.

- Pogoda? - kapitan Mehner zapalił fajkę i rzucił okiem na monitor pokładowego komputera.

- Paskudna panie kapitanie. Wieje coraz mocniej i to od południowego-zachodu – odparłem – fala zapowiada się co najmniej ósemka. A mamy już pięć-sześć. Robimy ledwie pięć węzłów. Idzie huragan i to dziesiątka – jedenastka.  

Stary skinął głową. 

- Co obok nas? – zadał kolejne pytanie pykając z fajki.

Pytał o przepływające obok statki.

- Na północ od nas frachtowiec „John Willmann”, brytyjczyk, piętnaście mil. Na południowym wschodzie wycieczkowiec „Serenade of the Seas”, dwanaście mil, idzie z Nassau do Hamilton. Dwie mile dalej norweski „Nordheim” i jakiś hiszpan „Leonian” też idą do Miami. I za nami dwadzieścia dwie mile rosyjski „Wołgobałt-315” z Hamilton na Kubę.

Stary uniósł brwi.

- Wołgobałt?

Potwierdzam skinieniem głowy.

- Przecież to nie są jednostki oceaniczne.

- Ano nie są – wzruszyłem ramionami – ale jak widać… Zresztą to ich biznes, mogą mieć kłopoty, w razie czego dopłyniemy do nich w cztery godziny.

- Wolałbym nie… - stary pokręcił głową.

- Ja też… - odparłem, bo obaj myśleliśmy o tym samym. Wolelibyśmy nie mieć rozbitków na burcie…

Kapitan pomyślał przez chwilę.

- Niech pan da nieco bardziej na północ, w razie czego…

- Aye, aye – odpowiadam – sternik, proszę dać pięć stopni na prawą burtę.

Sternik kręci kołem.

- Panie pierwszy, jest pięć stopni na prawą burtę.

- Tak trzymać.

- Tak trzymać. 

- Co z lewoburtową pompą? – Mehner rzucił okiem na komunikaty meteo.

- Chief i jego ludzie zrobili ją w nocy. Chodzi jak nowa.

Chief Arthur McArthur był mechanikiem z Glasgow i mistrzem w swoim fachu. Załoga go lubiła za dobry humor i ogromną wiedzę o wszelkich urządzeniach i maszynach, które kochał i pieścił w przeciwieństwie do mrukliwego Mehnera.

- No dobrze – kapitan wyraźnie poweselał. – Musimy się dopchać pod osłonę lądu jak najszybciej. Wolę nie ryzykować katastrofy na pełnym morzu, i obaj wiemy, dlaczego.



Stary obawiał się tego, czego obawiał się każdy z nas wybierając się w ten rejs. Cała załoga musiała podpisać zobowiązanie o zachowaniu milczenia, ale tylko kapitan i ja dokładnie wiedzieliśmy, co wieziemy naszą MV „Caribbean Pearl” z Hamburga do Miami… Załoga mogła się tylko domyślać, że ładunek jest wyjątkowo niebezpieczny. A gdyby wiedziała? Sprawa była TOP SECRET. Hamburg był portem wyjściowym jak Miami było portem docelowym, tylko na papierze, bo w rzeczywistości szliśmy z Brestu do Galveston, gdzie znajdowały się zakłady przetwórcze świństwa, które wieźliśmy.

- Do lądu mamy daleko, a przeczekać sztorm na Bermudach, wolałbym nie – rzekł kapitan. – Poza tym nie mam ochoty odpowiadać na głupie pytania ich celników.

- Ja też panie kapitanie.



Pociągnąłem potężny łyk kawy i spojrzałem znów za okno. Wiatr tężał, fala powoli podnosiła się. Bujało nami nieźle. „Carribean Pearl” była krótka ale pękata, jak hanzeatycka koga. Była jednym z pierwszych statków zwodowanych przez Norwegów po wojnie, przystosowana do żeglugi po Bałtyku i morzach Północy, a nie subtropikalnych wodach Atlantyku, gdzie trudno było o pola lodowe czy nawet lodowe kęsy kry, które mogłaby kruszyć jej wzmocniona dziobnica. Krótki, pękaty kadłub miał to do siebie, że statek kiwał się na wodzie jak boja. Ale nie rzucał się w oczy w portach całego świata i dlatego idealnie nadawał się do przewożenia ładunków specjalnego przeznaczenia, które przewoziliśmy od pewnego czasu z krajów Unii Europejskiej do Stanów i z powrotem. Oczywiście nie za zwyczajne stawki, ale trzy i czterokrotnie większe. No bo ładunek też był nieciekawy. Bardziej niebezpieczny, niż całe stado wściekłych rekinów. Albo kaszalotów, o orkach nie wspominając…



- Może skręcimy na południe? – poddałem kapitanowi pewne rozwiązanie. – To pozwoliłoby nam zejść z drogi Xavierowi.

Xavier, to był ten tropikalny huragan, który szedł od Zatoki Meksykańskiej na wody Atlantyku. Miał siłę sławetnej Kariny i teraz pchał się przez Cieśninę Florydzką na północ – północny-wschód. Dokładnie w naszym kierunku.

- Myśl niezła, panie pierwszy – kapitan łypnął na mnie z uznaniem w jednym oku. – Tylko że musimy w takim razie sztormować w samym centrum Trójkąta Bermudzkiego.

Spojrzałem na niego ze zdumieniem, a sternik psyknął śmiechem.

- Chyba pan nie wierzy w te bajki, Herr Kapitän, nich wahr? – zapytałem.

- Bajki i nie bajki, panie pierwszy – odparł z niezmąconym spokojem – morze ma to do siebie, że można znaleźć w nim wszystko. Od bursztynu i buł manganowych aż do Syren i nawet Godzilli, o wężach morskich nie wspomniawszy. 

- Co do pierwszego się zgodzę, co do drugiego… Jakoś ich nie widziałem – mruknąłem patrząc za okno, gdzie przewalały się ciężkie fale – a pływam już nie od wczoraj.

- No to nie zdziw się pan, kiedy jakąś spotkasz – Stary spojrzał na mapę – idziemy za pańską radą pierwszy, w sam środek paszczy potwora i módlmy się, żeby nas nie połknął…



* * *



Kontrola ładunku, to była moja działka. Obijając się po trapach zszedłem do ładowni, gdzie na grubych, drewnianych paletach znajdowało się trzydzieści szarych pojemników przypominających mi ogromne trumny. Na gładkich powierzchniach nie było żadnych napisów czy oznaczeń. Nawet symboli czy ostrzegawczych piktogramów. A przecież powinny być, gdyby to był normalny statek i normalny ładunek. Rzecz w tym, że nie był to ani normalny statek, ani normalny ładunek. Nawet załoga nie była normalna. Zbieranina z różnych krajów, dobrana bardzo dokładnie w jeden zespół. Teoretycznie nie powinna działać, ale działała dobrze i precyzyjnie i to od dwa tysiące drugiego roku, kiedy po raz pierwszy skorzystano z naszych usług – a raczej nie, to nas powołano do tego, byśmy te usługi świadczyli…



„Carribean Pearl” coraz bardziej kołysała się na fali. Obijając się o grodzie obszedłem dookoła ładownię i sprawdziłem każdy pas i każdą stalówkę mocującą ładunek. Niby mówiono nam, że ładunek jest bezpieczny, ale to nie był cukier czy banany. Wyjąłem z kieszeni miernik i znów obszedłem wszystkie pojemniki dookoła. Przy trzecim z kolei licznik zaświergolił. Skończyłem inspekcję i podszedłem znów do „trójki”. Wyjąłem ze skrytki narzędziowej „żelazko” i włączyłem. Po kilkunastu sekundach miałem odczyt. Nie było tego wiele, ale dobrze też nie było.



Podszedłem do telefonu i zakręciłem na mostek.

- Panie kapitanie, mamy niewielki przeciek. W normie, ale… sam pan wie, licho nie śpi – powiedziałem do mikrofonu.

- Ja – przyjął to lapidarnie – ile tego jest?

- Czterdzieści dwie jednostki – odparłem.

- No to nie jest źle – odpowiedział. – Który numer?

- Trójka – odrzekłem.

Milczał na chwilę.

- A pozostałe? – zapyta.

- OK., tres bien and zehr gut – odpowiedziałem.

- No to niech pan zamknie ładownię na głucho i jak najrzadziej tam wchodzi – rzekł wreszcie. – Aha, i niech pan trzyma ludzi z daleka, żeby tam się nikt nie kręcił. Poza tym niech pan idzie spać, póki co, bo najbliższa doba da nam popalić. Komunikat z Nassau mówi o dziesiątce.



Tyle wiedziałem sam. Pokład pod nogami kołysał się coraz bardziej niebezpiecznie. Kazałem rozwiesić sztormliny na pokładzie i dopilnować zamknięcia wszystkich włazów. Pnąc się po stromych trapach do góry myślałem o tym, by walnąć się na koi i odespać swoje osiem godzin. Na kołysanie byłem uodporniony, ale przytępiało mnie i w czasie sztormu zawsze czułem się niedospany. Spojrzałem na barometr – ciśnienie spadało na pysk. Była ósma pięćdziesiąt, kiedy wreszcie przekroczyłem próg mojej kabiny. Zmęczony jak zgoniony pies rzuciłem się na koję i usnąłem nawet nie wiedząc kiedy…



5 grudnia, godzina 17:13 EST



Dzwonek telefonu przywrócił mnie do rzeczywistości z otchłani snów. Spojrzałem na zegarek i podniosłem słuchawkę, co było z mojej strony szczytem możliwości ekwilibrystycznych – statkiem rzucało na falach, jak spławikiem, kiedy złapie się na haczyk potężna ryba.

- Halo! – powiedziałem do mikrofonu pokonując opór gardła. – Co tam znowu?

- Panie pierwszy, niech pan przyjdzie na mostek – usłyszałem głos wachtowego, Franka Bannistera, naszego trzeciego oficera – tylko szybko, mamy kłopoty!

Poderwałem się na równe nogi i biegnąc na mostek ubierałem się w biegu. Wpadłem po dwóch minutach na mostek zastanawiając się, ile siniaków sobie nabiłem waląc całym ciałem w grodzie…

- Co jest Frankie? – zapytałem dopadając do niego i łapiąc pierwszą lepszą poręcz.

- Spójrz tutaj – powiedział wskazując na zielonkawy ekran radiolokatora – co widzisz?



Spojrzałem.

Na ciemnej tafli monitora radaru widziałem współśrodkowe ciągi fal, co było czymś normalnym w czasie sztormu, gdzieś na zachód od nas widoczna była potężna plama wycieczkowca, który chyba stał w dryfie albo poruszał się tak powoli, że było to niedostrzegalne. Druga, mniejsza była na kontrkursie.

- O co chodzi? Nic nie widzę poza tymi dwoma łajbami.

- No to teraz spójrz tam – trzeci wskazał coś za szybą w kierunku rufy.

Spojrzałem i poczułem, jak drętwieję.

Ocean przed nami przypominał nieprzytomną kotłowaninę fal gnanych wiatrem z południowego zachodu. Spojrzałem na boki, i ujrzałem taki sam krajobraz. Za to od tyłu…



To wyglądało jak ogromna bruzda o szerokości co najmniej mili i długości po horyzont. Z tej pozycji nie widziałem jej głębokości, ale musiała być ogromna. I zbliżała się powoli do nas. Może mi się zdawało, że powoli, bo w takich chwilach czas rozciąga się jak guma-balonówka…

- By God… panie pierwszy, co robimy?

- Na razie dobre wrażenie – mruknąłem – idzie z tyłu, mamy szansę. Trzymaj kurs, niech TO weźmie nas od tylca…

- Sternik! Trzymaj kurs – poleciłem sternikowi i zaparłem się mocniej na nogach.

- Oui mon Capitain – odpowiedział Loic Breitone, rosłe chłopisko z Normandii – trzymam dwa-sześć-pięć!

- Co to może być? – zastanawiał się drugi.

- Na mój rozum, to fala solitonowa – mruknąłem – taka, która ponoć skończyła „Threshera” w sześćdziesiątym siódmym…

- Trzecim, szefie – poprawił mnie Loic.

- Yhmmm… - przytaknąłem – zgadza się, w trzecim, a tak à propos, to TO zaraz tu będzie.

- Nie ogłaszamy alarmu? – zdziwił się Loic.

Pokręciłem głową przecząco.

- Nie, już jest za późno. Obawiam się, że więcej ofiar byłoby, gdybym go ogłosił teraz…



Nie dokończyłem. Morska rozpadlina dopadła „Carribean Pearl” i zaczęła wciągać ją w swą wodną otchłań.  Rufa statku zapadła się naraz w przepaści, zaś dziób poszedł ostro w górę.

- Trzymajcie się! – krzyknąłem, może niepotrzebnie, bo wszyscy złapali co kto mógł, by utrzymać się na nogach.

Spojrzałem w dół – rufa statku powoli zbliżała się do dna doliny tej niezwykłej fali. Zagwizdało w rurze.

- Mostek, co się dzieje? – rozległ się głos chiefa.

- Na razie wszystko OK. – odpowiedziałem – przegotujcie się na jazdę w drugą stronę.

- Superfala? – to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie.

- Coś w tym rodzaju – odpowiedziałem, a potem zatkałem rurę, bo na rufę zwaliły się masy wody, kiedy osiągnęła dno fali. „Carribean Pearl” powoli prostowała się, a po chwili rufa podniosła się niemal do zenitu. Dmuchnąłem w rurę.

- Maszyna! Zaczynamy jazdę w drugą stronę!

- OK., trzymamy się!

Statek znów zaskrzypiał wszystkimi wiązaniami, kiedy zaczął wspinać się po stoku ekstrafali.



Po minucie było już po wszystkim. Morze wokół nas było znów spienione i rozfalowane, a „Carribean Pearl” kiwała się jak korek na fali. Słowem wszystko wróciło do normy.

- Zadzwoń do starego – poradziłem trzeciemu – a mnie tutaj nie było. Idę na kontrolę ładunku i niech wszyscy trzymają się jak najdalej od ładowni.

- OK., panie pierwszy!

- No, bawcie się dobrze – odrzekłem. – Aha, i nadaj ostrzeżenie CQ o tej fali. Może ktoś mieć cholerne kłopoty – pomyślałem o wycieczkowcu.



Zszedłem z mostka i ruszyłem w stronę ładowni obijając się niemiłosiernie o grodzie i schody trapów. Po kilku minutach znalazłem się wśród szarych pojemników. Obejrzałem je dokładnie – wyglądały na nienaruszone. Jazda w dół i w górę tą piekielną windą nie uszkodziła żadnego z nich. Odetchnąłem z ulgą. Na wszelki wypadek wziąłem detektor i podszedłem do „trójki”. Włączyłem go i jęknąłem – czerwona kontrolka wielkości łebka dużej mrówki zajarzyła się ostrzegawczo. Spojrzałem na podziałkę – było już 136 μSv/h i to promieniowania beta/gamma. Wyglądało na to, że kłopoty możemy mieć, i to my. Gdzieś puściła osłona biologiczna wiezionego przez nas ładunku wypalonych prętów z francuskich i niemieckich reaktorów jądrowych, które szły do przeróbki w Stanach, i teraz to świństwo – wyjątkowo „gorące” i toksyczne mogło zagrozić i nam. Promieniowanie grzało te cholerne pojemniki i w ładowni było ciepło. Jakieś 30˚C. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer kapitana.



- Mehner, słucham – odezwał się głos Starego.

- Pierwszy z tej strony – odpowiedziałem – niestety panie kapitanie, mam złe wieści.

- Ja?

- Jawohl, „trójka” nadal ma przeciek i to już sto trzydzieści sześć jednostek. Poza tym ładunek zaczyna się grzać. To przez tą cholerną falę…

- I niedbalstwo właściciela ładunku. Firma Phènix d’Or nie zabezpieczyła właściwie tego gówna i mamy teraz problem.

- Co robimy? Zamykamy dalej ładownię dla załogi i może ją przewietrzymy? Na zewnątrz jest tylko piętnaście stopni, więc trochę się to schłodzi.

- Nie, póki pada. Woda może się dostać do pojemnika i…

Jasne, mogło dojść do niespodziewanej reakcji chemicznej, której zakończeniem mogłoby być duże bum jak w Czarnobylu i Fukushimie…

- OK., w takim przypadku czekamy na pogodę. Mam nadzieję, że osłona biologiczna tego scheissu wytrzyma. Zamykam kram i ewakuuję się stąd.

- Proszę wykonać – rzekł Mehner i odłożył słuchawkę.



Wyszedłem z ładowni i zamknąłem ja na głucho. Wprowadziłem nowy kod do zamka całej hydrauliki otwierającej pokrywy, na wypadek gdyby ktoś chciał się tam dostać i do luku wejściowego od strony nadbudówki. A potem poszedłem do siebie. 



6 grudnia, godzina 00:30 EST



Leżałem na koi i usiłowałem zasnąć. Wydarzenia z dnia wczorajszego nie dawały mi spokoju. Nasza „Carribean Pearl” była specjalnym statkiem do przewozu ekstra-specjalnych ładunków – najczęściej paliwa jądrowego z USA do Francji i Wielkiej Brytanii, i odpadów nuklearnych oraz zużytych prętów paliwowych w drugą stronę. Na mocy porozumienia z kwietnia 2012 roku, w Europie likwidowano wszystkie elektrownie atomowe starego typu, które zastąpiono elektrowniami ze źródeł ekologicznych i odnawialnych – jak zrobiono to w Niemczech, albo elektrowniami jądrowymi nowego typu i budowanymi na obszarach asejsmicznych. Sprawą zajęła się początkowo UNSCEAR, ale po kilku aferach korupcyjnych w Polsce Komisja Europejska sama zabrała się za reformowanie i postawiła na bezpieczeństwo energetyczne całej Unii. Dzięki temu północno-zachodnia Polska i przylegające do niej okręgi Niemiec stały się energetycznym centrum Europy Środkowej. Postawiono tam dwadzieścia potężnych elektrowni jądrowych biorących wodę z Odry i Morza Bałtyckiego. Drugą energetyczną bonanzą stała się północno-zachodnia Francja, gdzie na Półwyspie Bretońskim anglo-francuskie konsorcjum Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd., wybudowano tedy tylko sześć, ale za to gigantycznych elektrowni jądrowych o mocy gigawata. Zaopatrywały one w prąd niemal wszystkie kraje starej dwunastki poza Grecją, która dostawała prąd ze Wschodniej Bonanzy.



Oczywiście taki moloch pochłaniał tony wzbogaconego uranu i toru. Część paliwa jądrowego dostarczała Unia, ale jedna trzecia pochodziła ze Stanów, Południowej Afryki i z Australii. I wtedy do Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd. dołączyła się amerykańska korporacja John Dante Goldman Uranium Mining and Power Co.  Amerykanie mieli swoje własne zaplecze energetyczne bazujące na elektrowniach jądrowych utylizujących reaktory AP-1500 i najnowsze AP-2400. W Europie pracowały reaktory systemu Super Phènix i Ultra Phènix o mocy też powyżej dwóch gigawatów każdy. Transport tego „gorącego” towaru odbywał się tylko morzem, by nie narażać na ataki ze strony różnego rodzaju terrorystów, ekstremistów i innych świrów, którzy już widzieli siebie w roli panów świata siedzących na bombach. Odbywał się właśnie takimi krypami, jak „Carribean Pearl” – niewielkimi, nie rzucającymi się w oczy. W manifestach i konosamentach celnych figurowała „drobnica”. I tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzieli, co woziło się naprawdę. Rządy nie zadawały wiele pytań, wszyscy byli zadowoleni – nawet protesty ekologów osłabły, kiedy okazało się, że technologia Super Phènix i Ultra Phènix jest w 99,999% bezpieczna i nie może się powtórzyć Three Mile Island czy Czarnobyl albo Fukushima. Nawet w przypadku trzęsienia ziemi o sile 9 stopni w skali Rychtera czy eksplozji nuklearnej w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni. Poza tym reaktory te odzyskiwały część paliwa jądrowego i dzięki temu „spalały” mniejszą ilość uranu, toru czy plutonu. Teraz w tym rejsie wieźliśmy trzydzieści pojemników z elektrowni w Le Havre, w których miały się znajdować pręty paliwowe. Oczywiście zużyte pręty. Zapakowane w kilka warstw ołowiu, kadmu i czegoś tam jeszcze, co miało zabezpieczać przed promieniowaniem. A jednak nie zabezpieczyło i „trójka” mnie martwiła. Promieniowanie oznaczało kłopoty. A tego chcieliśmy wszyscy uniknąć. Przynajmniej Stary i ja.



Ktoś cicho otworzył drzwi i wśliznął się do mojej kabiny. Pewnie Royas, nasz drugi oficer, któremu zapewne zabrakło whisky i pożyczał sobie ode mnie butelczynę.

- Miguel! – powiedziałem głośno nie otwierając oczu – nie zapomnij oddać!

- Robert, to ja… - usłyszałem cichy szept.

Otworzyłem oczy i moje spojrzenie padło na siedzącą w kucki obok koi młodą kobietę. Delikatne rysy twarzy, długie włosy w kolorze ciemnego, miodowego bursztynu i szeroko rozwarte zielone oczy. Te włosy były jej jedynym odzieniem, z którego krople wody spływały na wykładzinę.

- To ja… - powiedziała Janta – poznajesz mnie chyba?

Podniosłem się i usiadłem na koi.

- Skąd się tutaj wzięłaś? – zapytałem. – Przecież…

Podniosłem się z koi, a ona z kucek i po prostu zarzuciła mi ręce na szyję. Odruchowo przygarnąłem ją do siebie. Była jeszcze mokra, więc wypuściłem ją z uścisku i dałem ręcznik kąpielowy. Spokojnie wycierała swoje modelowe ciało zawodowej sportsmenki.

- Co tutaj właściwie robisz? – zapytałem znowu.

- Nie cieszysz się, że jestem z tobą? – zapytała patrząc na mnie spod oka – bo ja bardzo się cieszę… 



Westchnąłem. To było tak nieoczekiwane, że nie wiedziałem jak zareagować.

- Cieszę się oczywiście – rzekłem niepewnie – ale zjawiłaś się tak… nieoczekiwanie, że…

Uśmiechnęła się błyskając ząbkami.

- Oczywiście, rozumiem – odrzekła – najpierw daj mi coś do ubrania.

Dałem jej koszulę i bermudy. Włożyła je i usiadła obok mnie. Objąłem ją ramieniem, a ona przytuliła się do mnie. To wszystko to było zbyt piękne, by było prawdziwe. Chociaż…



* * *



Janta… To niezwykłe imię poznałem w czasie ostatnich wakacji w Danii. Zaszyłem się na jakimś cholernym zadupiu pod Lemvig. Spokój, cisza, ciepły kwiecień i przepiękne okolice… I właśnie wtedy po raz pierwszy spotkałem ją. Jantę. Na kąpielisku w Ferring. Wyszła z morza w niebieskim bikini i podeszła akurat właśnie do mnie. Zresztą plaża była niemal pusta i poza mną nikogo nie było w zasięgu wzroku.

- God dag – powiedziała z uroczym uśmiechem.

- God dag – odpowiedziałem. – Niestety nie mówię po duńsku.

- Nie szkodzi, ja też nie. Jesteś tutaj na wczasach? – zapytała po angielsku jakbyśmy się znali od Bóg wie, jak dawno.

- Można to tak nazwać – bąknąłem nieco zdumiony jej obcesowością.

- Przepraszam, ale nie wiedziałam, jak zacząć tą rozmowę – uśmiechnęła się do mnie – by wypadło to jak najbardziej naturalnie.



Spojrzałem na nią ze zdumieniem.

- A tak – podjęła – chciałabym z tobą porozmawiać na kilka tematów, które interesują ciebie i mnie.

- Czy nie uważasz, że to trochę za szybko? – wyraziłem wątpliwość.

- A na co czekać? – odparowała – życie mamy jedno i to krótkie. Mam na imię Janta, a ty?

- Robert – odpowiedziałem – Bob dla przyjaciół.

- OK. Bobby, Bobik? Może być?

- Jeżeli jesteś przyjaciółką, to zawsze…

I tak sobie rozmawialiśmy pławiąc się w kwietniowym słońcu, które już zdrowo przypiekało. A kiedy słońce zawisło nad mglistym horyzontem, to podniosłem się z kocyka i ruszyłem w kierunku samochodu.

- Jesteś Polakiem? – zdumiała się na widok mojego auta i jego tablic rejestracyjnych.

- A to coś złego? – odparowałem.

- Nie, przecież tu jest dużo Polaków. A tak by the way, czy wy nie potraficie zlikwidować bezrobocia u siebie w kraju, a musicie rzucać wszystko i wyjeżdżać Bóg wie gdzie?

Westchnąłem. Ile razy będę musiał jeszcze odpowiadać na to pytanie i tłumaczyć Europejczykom, że Polacy są dzielni w czasie wojny, ale beznadziejni w czasie pokoju…?

- Jakby ci to powiedzieć – zastanowiłem się na moment – Polacy są wspaniali, mądrzy i skłonni do poświęceń w imię ideałów i wiary tylko wtedy, kiedy mają bat nad grzbietem i bagnet na gardle. Ale kiedy mogą stanowić sami o sobie, wtedy najczęściej przegrywają sami ze sobą.

Pokiwała głową.

- To dość lapidarna, ale bardzo celna ocena twojego narodu.

- Ale tak właśnie jest.

- I dlatego wyjechałeś z Polski?

- Dokładnie tak, poza tym nie potrafię żyć w tak silnie sklechizowanym kraju.

- W jakim? – zapytała z bezbrzeżnym zdumieniem.

- Sklechizowanym. Opanowanym przez klechów.

- Aha, rozumiem. I nie dziwię ci się. Z takimi poglądami nie masz tam nic do roboty…



Odprowadziła mnie do samochodu, a potem wróciła pomiędzy wydmy. Nazajutrz spotkałem ją znowu. Wyszła z morza, jakby znikąd, usiadła obok mnie i gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Spodziewałem się jakichś pytań dotyczących mojej pracy, jakichś zakamuflowanych aluzji czy innych prób sondowania mnie przed zwerbowaniem mnie do tajnej współpracy, ale nie było niczego takiego. Wreszcie nie wytrzymałem z ciekawości i zadałem jej pytanie:

- Gdzie ty właściwie mieszkasz?

- A co masz na myśli? – odpowiedziała z zagadkowym uśmieszkiem.

- No, gdzie twój dom, praca, rodzina i tak dalej…

- Tam – rzekła i ruchem głowy wskazała na morze.

- Co oznacza tam? – zapytałem – za morzem? Jesteś Angielką? Szkotką? Irlandką? Islandką?

Roześmiała się.

- Nie uwierzysz jak ci powiem – odparła.

- Dunką? – ciągnąłem dalej – Niemką?

- Nie. Ale to co ci powiem zawierzam twojej uczciwości i dyskrecji.



Poczułem jak unoszą się moje brwi.

- To aż taki sekret?

- Aż taki – odpowiedziała poważnie i w zieleni jej oczu nie było cienia wesołości czy przekory.

Zastanowiłem się na moment.

- OK., cóż to za sekret?

Rozejrzała się dyskretnie na boki. W zasięgu wzroku nie było nikogo, tylko gdzieś w oddali jacyś wędkarze biczowali żyłkami sine fale.

- Wierzysz w istnienie poza ludźmi rozumnych ras na naszej planecie?

Pytanie było tak nieoczekiwane, że poczułem całkowity zwis kopary. Taki na full ahead.

- Zaraz, zaraz – odpowiedziałem niepewnym głosem – chcesz powiedzieć, że ty…

Skinęła głową.

- Jestem Syreną. Janta to imię wywodzące się od słowiańskiego jantaru. W Rosji nazywają nas Rusałkami. W krajach anglosaskich Morskimi Pannami – Mermaids.

Pokręciłem głową.

- Nu, ja sowsiem nie uwierien – powiedziałem po rosyjsku. – Wy nie Rusałka i nie morskaja diewa… Zatiem ukażcie wy mnie wasz rybij chwost.

- Nie musisz wierzyć, ale właśnie tak jest – odpowiedziała po polsku i roześmiała się. – A tak à propos, kto cię uczył rosyjskiego?

- Dziadek, a co?

- Masz czystą wymowę, bez nalotów z ikaniem i akaniem. Literacki.

Mówiła czysto, bez akcentu. Ale nie dowodziło to niczego. Języków można się nauczyć…

- No dobrze, a możesz pokazać mi jakiś bezpośredni dowód? – zapytałem po polsku i byłem szalenie ciekawy, czy zrozumie.

- Jeżeli przez bezpośredni dowód rozumiesz rybi ogon, to oczywiście tak. Chodź ze mną – rzekła i podniosła się z kocyka, na którym siedzieliśmy. – Uwierzysz wreszcie, jak ci pokażę?



Jej polszczyzna była bez zarzutu.

- No chodź – podała mi rękę.

Wstałem i ująłem jej dłoń. Była ciepła, delikatna, kobieca. Normalna.

A jednak.

Weszliśmy po pierś w wodę, która była zimna jak to o tej porze roku. Janta ujęła mnie ramieniem za szyję i podniosła nogi tak, bym mógł ją ująć pod kolanami.

- Patrz teraz! – powiedziała.

I na moich oczach doszło do przemiany. Jej pokryte gładką i opaloną skórą nogi pokryły się mniej więcej do pasa drobną, srebrzystą łuską. Zamiast stóp pojawiła się szeroka, niebieskawa płetwa w kształcie półksiężyca. Nie była pionowa jak u ryb, ale pozioma jak u delfinów. Z jej ciała zsunęły się gdzieś niebieskie majteczki i staniczek, a mój wzrok wyłuskał ładne, kształtne i jędrne piersi. Poczułem się głupio.



Janta machnęła ogonem i stanęła z powrotem obok mnie. Powoli włożyła swe bikini.

- Jak ty to… - wybełkotałem z lekka oszołomiony.

Oczy Janty zaśmiały się. Ujęła mnie za szyję i pocałowała w usta.

- Teraz mi wierzysz? – zapytała.

- Wierzę, bo widziałem i dotykałem – odrzekłem kłapiąc zębami.

Rzuciła mi rozbawione spojrzenie.

- Jasne – rzekła lekko – wychodzimy, bo się przeziębisz. Ty też zmieniłeś kolor, na sino – blady.

Faktycznie, telepało mną potwornie. Woda musiała mieć jakieś dziesięć – dwanaście stopni i nie więcej.  Drętwiejąc z zimna wyszedłem na plażę. Janta szła za mną krok w krok, następnie wzięła ręcznik i zaczęła mnie intensywnie wycierać. Sama wyschła błyskawicznie.

- Przyspieszasz przemianę materii i rozgrzewasz organizm? – zapytałem domyślnie.

- Przystosowanie ewolucyjne – odrzekła – to się samo robi, bez udziału mojej świadomości. Mechanizm obronny, jak wolisz.

Skinąłem głową. Przynajmniej to rozumiałem.



I naraz zdałem sobie sprawę, że przeszedłem jakąś inicjację i wszedłem w inny, zupełnie nieznany mi wymiar rzeczywistości.

- Tak właśnie jest – usłyszałem jej głos – to była inicjacja.

- Jak to inicjacja? – zapytałem – do czego? Czekaj, ty czytasz mi w myślach?

- Czytałeś chyba „Married to a Mermaid” Lloyda? Coś takiego było i nadal jest możliwe. A co do czytania w myślach, to bardziej je wyczuwam, niż czytam

Poszperałem w pamięci. I przypomniałem sobie.

- Owszem, pamiętam, było coś takiego. Ale co to znaczy?

- No tylko to, że jesteś moim narzeczonym – odpowiedziała. – W końcu nie rozbieram się przed byle kim i nie oddam się byle komu, tylko tobie.

Szczęka znów walnęła o piasek.

- E… czym? Kim?

- Moim narzeczonym – odpowiedziała spokojnie – ja cię wybrałam i nie sądzę, byś miał się długo nad tym zastanawiać.



Usiadłem na kocyku. To było delikatnie mówiąc bardzo nieoczekiwane. Dwa dni znajomości i coś takiego!

Janta pochyliła się nade mną i pocałowała mnie znowu w usta. Jej wargi były ciepłe i wilgotne. Normalne, jak u normalnej kobiety.

- Prześpij się z tym. I do jutra. Mam nadzieję, że chcesz się ze mną spotkać jeszcze raz – szepnęła mi w ucho i powoli oddaliła się w stronę morza.

Oddalała się coraz bardziej znikając w falach, aż wreszcie kolejna fala zakryła ją i Janta znikła z mojego świata. A ja zostałem na ciepłym piaseczku z mętlikiem w głowie. Resztę dnia spędziłem na wielkanocnym festynie w miasteczku i próbowałem się bawić wraz z miejscowymi i turystami, ale myślami byłem przy Jancie i jej dziwnej propozycji. 



- Wspominasz? – usłyszałem jej głos.

Wróciłem do rzeczywistości. Janta w mojej kraciastej flanelowej koszuli i kolorowych bermudach wyglądała jak półtora nieszczęścia. Jej spojrzenie też było niewesołe.

- Ano wspominam – odparłem. – Wtedy już się nie pojawiłaś, więc sądzę, że się rozmyśliłaś. Krótko mówiąc wystawiłaś mnie.

Pokręciła głową.

- To nie tak. Stało się coś, co mi przeszkodziło i nie mogłam się z tobą spotkać, choć bardzo chciałam.

Uniosłem brwi.

- Co się stało, co to było?

Teraz ona się zdumiała.

- Nie pamiętasz? Katastrofa w Kanale La Manche!



No tak, zapomniałem. Nazajutrz w Kanale La Manche, na wysokości Bouglone eksplodował potężny tankowiec „Europe Exxon Express” z pół milionem ton ropy na pokładzie. „3E” albo „EEE” – jak go nazywano – zderzył się z promem do Dover i dosłownie wyleciał w powietrze. Zginęło wtedy ponad sto pięćdziesiąt osób na promie i dwadzieścia cztery na tankowcu. Część nie spalonej ropy poszła w morze. Plama miała wielkość co najmniej dwustu kilometrów kwadratowych. Media okrzyknęły tą katastrofę mianem „krwawej Wielkanocy”, a tankowce musiały od tego dnia opływać Wyspy Brytyjskie od zachodu…

- Faktycznie – mruknąłem – zapomniałem o tym. Ale nie o tym chcesz ze mną rozmawiać?

Pokręciła głową.

- A zatem słucham – powiedziałem nalewając jej do szklaneczki Jackie Danielsa na dwa palce i wrzucając kilka kostek lodu. Janta ujęła szklankę i łyknęła nieco bursztynowego płynu. Odkaszlnęła.



A ja zamieniłem się w słuch.  



6 grudnia, godzina 01:00 EST



- Co wieziecie teraz, w tym rejsie? – zapytała.

- To, co zawsze – odparłem – drobnicę i części maszyn.

Spojrzała na mnie jak na głupka.

- Nie o to pytam – odparła – co wieziecie NAPRAWDĘ?

- Według tego, co nam podano we Francji, to mamy na burcie zużyte pręty paliwowe z elektrowni Le Hauge.

Skinęła głową.

- Sprawdzaliście ładunek?

Pokręciłem głową.

- Nie radzę – mruknąłem – jest „gorący” a poza tym zamknięty w osłonie biologicznej, którą można otworzyć tylko w zakładach przetwórczych, a co?

Zignorowała moje pytanie.

- Czy któryś z pojemników jest nadaktywny? – zadała kolejne pytanie.

- Nadaktywny?

- O matko, czy czasem nie wydziela promieniowania?

- Ach, o to ci chodzi, tak. Jeden z nich, numer trzy. A co?

Spojrzała na mnie i pociągnęła długi łyk whisky.

- Kurwa mać, tego właśnie się obawiałam – zaklęła po polsku – tego się właśnie bałam, niech to cholera...



Nalałem sobie potężną porcję Jacka Danielsa i dodałem lodu. Wyglądało na to, że prawdziwe emocje dopiero się zaczynają i spanie do białego rana mam z głowy. Pociągnąłem łyk palącego płynu, wpatrzyłem się w sufit i zagwizdałem przez zęby „Whiskey in the jar…” 

- Nie ma się co przejmować – odrzekłem – w końcu to trochę promieniowania beta czy gamma…

Spojrzała na mnie tak, że zrobiło mi się zimno.

- A neutrony?

- Nie wiem, mam tylko detektor G-M β/γ.

- No tak. Wiesz co NAPRAWDĘ macie na burcie?

- Nooo… - pokręciłem głową. – No nie wiem.

- No właśnie! Nie wiecie. No to ci powiem! – wykrzyknęła. – Macie tutaj trzydzieści głowic neutronowych o mocy jakieś sto – sto dwadzieścia kiloton każda. Jedna z nich albo nawet dwie są niestabilne i jak widzisz promieniowanie przebiło osłony biologiczne.

- No nie… - jęknąłem – ty tak poważnie?

- Nie, żartuję – burknęła – oczywiście, że poważnie!

- Ale o co tu w ogóle chodzi? – zapytałem.

- Z tego co wiemy wynika, że Francuzi postanowili się pozbyć kompromitujących gadżetów i wysłali te zabaweczki do Ameryki. Oficjalnie Francja nie miała głowic neutronowych, ale jak widać nie było to prawdą.

- Zaraz, ale przecież Francuzi nie…

- Ależ tak, i powiem ci nawet, gdzie!

- Na Mururoa?

- Też. Ale przede wszystkim w Regganie w Algierii. Tam wszystko się zaczęło. To było miejsce, w którym Francuzi odpalali swe rakiety balistyczne i  kosmiczne, a poza tym zdetonowali cztery ładunki jądrowe. Jeszcze w latach 60. To się nazywało Gerboise – skoczek pustynny. Najpierw to była Gerboise Bleue – siedemdziesiąt kiloton, potem Gerboise Blanche o mocy około pięciu kiloton, następna była Gerboise Rouge, też poniżej pięciu ka-te i na koniec Gerboise Verte o mocy tylko jednej kejti… Dwie z nich były odpalone nad żołnierzami w pełnym uzbrojeniu. Takie francuskie wydanie amerykańskiego Big Smokey… Potem Algieria uzyskała niepodległość i Francuzi przenieśli się stamtąd. Rakiety poszły do Kourou w Gujanie, a głowice jądrowe na Mururoa. Chwytasz?

Skinąłem głową.

- Na początku lat 60. ówcześni wojskowi jeszcze nie orientowali się w możliwościach małych wybuchów jądrowych i wykorzystania ich niszczenia celów taktycznych. A Francuzi od razu zaskoczyli, że po dodaniu do mieszaniny wodorku litu pewnej ilości wodorku berylu wzrasta i to bardzo strumień neutronów. No i wypróbowali to już na Mururoa… 

- To znaczy, że te trzydzieści głowic…

- …macie właśnie na pokładzie – dokończyła.



Spojrzałem na nią. Piękna młoda kobieta i taka terminologia. Kurwa, co za czasy – pomyślałem – takie dziewczyny powinny kochać i być kochane, a nie zajmować się tym obłędem…

- A co w drugiej ładowni? – zapytała.

- Jakieś części maszyn – odpowiedziałem – prawdę mówiąc nie wiem, jakich. W papierach nic nie ma poza tym lapidarnym stwierdzeniem. Interesował mnie trefny ładunek.

- Czyli może być wszystko – zakonkludowała. – Chciałabym to zobaczyć.

- Hmmm… - mruknąłem – a gwiazdki z nieba panienka by nie chciała?

Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Wierz mi, ale nie. Chcę zobaczyć, co macie w drugiej ładowni.

Zastanowiłem się na chwilkę.

- OK. – odrzekłem po kilku sekundach – to się da zrobić.



Podnieśliśmy się z koi. Oczywiście Janta nie mogła iść tak jak stała, więc dałem jej jaskrawożółty oilskin z szerokoskrzydłym kapeluszem sztormowym i wysokie, gumowe buty. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po korytarzu. Do zejściówki nie było widać żywego ducha. Szybko podszedłem do trapu i rzuciłem okiem w dół. Na trapach nie było nikogo. Statkiem bujało mniej i można było poruszać się dość szybko nie zwracając niczyjej uwagi. Sztorm cichł i to się czuło. Wycie wiatru na zewnątrz było już niemal niesłyszalne. Huragan poszedł sobie dalej na północ.

Za dwa tygodnie będzie wiało i lało w Polsce… - pomyślałem nieco bezsensownie zważywszy na sytuację, w której tkwiłem.



Skinąłem ręką i Janta błyskawicznie znalazła się obok mnie.

- Schodzimy, tylko cicho – szepnąłem.

Szybko przemknęliśmy przez cztery pokłady i znaleźliśmy się w korytarzu wiodącym do obu ładowni.

- Gdzie macie te pojemniki? – zapytała szeptem.

- W ładowni numer jeden – wskazałem jej na masywny właz. – Ale my idziemy tam.

Wskazałem w głąb korytarza.

- Do ładowni numer dwa.

- Tak…

Ruszyliśmy i po minucie staliśmy przy drugim włazie. Tu nie było szyfrowego zamka, więc bez przeszkód otworzyłem właz i wszedłem do ładowni. Janta za mną. Zamknąłem właz i zaświeciłem lampy ładunkowe.



Całą przestrzeń ładowni wypełniały wielkie paki stojące na drewnianych paletach. To, co zawierały było niemal doskonale widoczne spoza zwojów półprzeźroczystej folii plastykowej.

- No masz te swoje maszyny – powiedziałem – no i co ty na to?

Janta podeszła do pierwszej z nich. Przyjrzała się jej dokładnie. Potem do drugiej, trzeciej i kolejnej… Wreszcie zatrzymała się i skinęła na mnie dłonią.

Podszedłem do niej, a ona wskazała mi na wnętrze paki.



Rzuciłem spojrzeniem w tamtym kierunku i zdębiałem. Były tam jakieś ogromne zwojnice rurek i drutów, które wyglądały jak fragmenty jakiegoś gigantycznego transformatora czy raczej elektromagnesu…

- Wiesz co to jest? – zapytała mnie półgłosem.

- Ni cholery – odparłem – jakiś transformator? Przetwornica?

Pokręciła głową przecząco.

- Nie, choć w pewnym sensie masz oczywiście rację – odrzekła.

Miałem tego dosyć.



Złapałem ją za ramiona i odwróciłem ku sobie.

- Słuchaj Syrenko – warknąłem jej wprost w twarz – Powiedz mi, o co tu chodzi? Zjawiasz się nieproszona, usiłujesz mnie zastraszyć opowiastkami o bombach N. Teraz też mówisz samymi zagadkami. W co ty grasz? Chcę wiedzieć, o jaką stawkę nadstawiam karku!

Spojrzała smutno.

- Nie ufasz mi? – zapytała cicho.

- Nie, bo nie mówisz mi prawdy.

- Ależ mówiłam – odpowiedziała – tam rzeczywiście są te głowice neutronowe…

- A tutaj? – wysyczałem z resztą pasji, która mną targała.

- Nie uwierzysz jak ci powiem – odparła.

- No to choć spróbuj!

Delikatnie wyswobodziła się z mojego chwytu.

- Chcesz wiedzieć, to słuchaj. Tu, przed tobą znajduje się rel’sotron, działo magnetyczne, przeciwlotnicza i przeciwsatelitarna broń XXI wieku.



6 grudnia, godzina 02:00 EST



Ochłonąłem. Janta objęła mnie i tak przytuleni do siebie staliśmy jak dwie płaczące matki nad usranym dzieckiem. Byliśmy znowu w mojej kabinie i straszna rzeczywistość powoli dochodziła do mnie. Ktoś wykorzystał nasze przewozy do swoich niecnych celów. Komuś znowu marzyły się wojny i rewolucje. Ktoś znów chciał rzucić żagiew wojny na jako tako stabilny świat.

- Czym jest to cholerne działo? – zapytałem.

Uśmiechnęła się.

- Rel’sotron? O to jest bardzo wyrafinowana technika. Mówiąc krótko solenoidy, przez które przepuszcza się prąd są w stanie wyrzucić kawałki metalu ze swego wnętrza. Chwytasz zasadę?

- Jasne, że tak.

- No właśnie. Teraz taki solenoid działa jak armata wyrzucająca pociski z prędkością około 7 Ma, czyli ponad dwa kilometry na sekundę w atmosferze! A który jest schładzany helem do temperatury zaledwie jednego czy dwóch kelwinów, to może wyrzucać pociski z prędkością ponad 12 km/s. A jak wiesz tyle wynosi Druga Prędkość Kosmiczna… Rozumiesz? Można zestrzelić KAŻDY pojazd orbitalny! To nie jest Wielki Babilon. Coś takiego istnieje naprawdę i… jest na tym statku.



Usiedliśmy na koi. Odeszła mnie wszelka senność. Zrobiłem szatana i rozlałem go do filiżanek.  

- Kto do cholery, chce się bawić w wojenkę? – zapytałem.

- Nie wiesz? – zapytała z lekkim zdumieniem – cały świat o tym bębni.

- Nie słucham radia i nie oglądam TV – mruknąłem – kto?

- Generałowie Hector Zargoza, Alonso Esteranda i Santiago Dourano z Costaricany. Trzech skrajnie prawicowych generałów obaliło rząd prezydenta Apollona Diaza. Pucz był doskonale przygotowany. Służby specjalne Diaza, a także Panamy i Hondurasu niczego się nie spodziewały, ani niczego nie podejrzewały. Armia wypowiedziała posłuszeństwo prezydentowi, a potem ruszyła na Nounas. Diaz w ostatniej chwili uciekł do Belize, a po dwudziestu czterech godzinach wszelka opozycja i opór został zlikwidowany. Zargoza po prostu kazał rozwalić każdego, kto mu się sprzeciwił. W Nounas ponoć doszło do masakry, ale to wiadomo tylko z drugiej i trzeciej ręki, bo granice zostały zaryglowane, a dziennikarze wydaleni w ekspresowym tempie. Łącza internetowe i wszelkie inne zostały albo przerwane, albo zablokowane. Zargoza postanowił przeciwstawić się wszelkiej interwencji, a w szczególności amerykańskiej i dlatego potrzebne mu są te bomby i działo magnetyczne…



Położyła się na koi. Musiała być zmęczona.

- Zaraz – powiedziałem trzeźwo – skoro na wszystko jest taki knebel i czapa, to skąd masz te informacje?

- Wasze służby ich nie mają, ale nasze tak – odparła. – I powiem ci więcej. Za tym wszystkim stoi ktoś inny.

Uniosłem brwi. Jeżeli Syreny miały u nas swe służby, to działały one o wiele sprawniej od naszych… Zaczynam się bać – pomyślałem.

- Kto? Chiny, Korea Północna? Może Kuba?

Znów pokręciła głową.

- Nie, żadne z nich. To nie ten odcień łajdactwa. Bardziej przypomina to Hitlera i jego cholerne urojenia, niż Castro czy Kima…

- A zatem?

- Twierdza Andyjska – odparła. – Dlatego Amerykanie zajęli się tą sprawą. Nie chcą mieć pod bokiem jakiegoś Führera, który, jak widzisz, już sobie znalazł źródełko dostaw broni…

- … z Francji – dokończyłem niemal szeptem – wierzyć się nie chce…

- Nie z Francji, ale z Kanady. Wiesz, co to jest AQL?

- Nie.

- Armia Wyzwolenia Quebeku. Banda świrów marzących o oderwaniu Quebeku od Kanady i przyłączenia go do Francji. Ma więcej zwolenników we Francji niż w Kanadzie, więc teraz rozumiesz ten francuski ślad. Oni załatwili im te głowice, działo i statek. A teraz słuchaj: nie wolno nam dopuścić do tego, by te fanty wpadły w ręce tych zbrodniarzy z Costaricany!



Zacząłem wreszcie myśleć, bo kofeina zaktywizowała moje szare komórki.

- Raczej ich mocodawców z Festuung Anden – odparłem. – Co moglibyśmy zrobić? Zatopić tą łajbę z ładunkiem, odpada. Przekazać ją Amerykanom?

- Owszem, pod warunkiem, że nikt z Galveston nie będzie na usługach TAMTYCH, a wszystko wskazuje na to, że jest.

- Przekazać Brytyjczykom? – zastanowiłem się – mamy dwa dni drogi do Nassau na Bahamach.

Zastanowiła się.

- To by się dało zrobić, pod warunkiem, że załoga nie będzie ci przeszkadzała – rzekła w zamyśleniu.

- Przechodzimy pomiędzy Eleutherą a Gran Abaco idąc wprost na New Providence, więc postaram się wpakować naszą łajbę na rafy gdzieś na północ od Eleuthery. Mielizn i raf tam dostatek, więc może się udać. Ale to nie wszystko. Trzeba nadać rozgłos temu, co mamy na pokładzie. Ja nie mam kontaktów z mediami czy Greenpeace, więc może ty…

Skinęła głową.

- Tym się zajmie mój znajomy z Bermudów. Profesor Milczarek. Nie wiem, czy to nazwisko czy pseudonim, ale on jest jedynym, który może pomóc w takiej sytuacji. Aha, i jeszcze jedno. Wasz statek jest śledzony przez jakiś inny, który płynie za wami. To jest zakamuflowana jednostka pełnomorska, która jest uzbrojona. Taki Q-ship. Na razie was zgubili, ale możecie mieć kłopoty, kiedy was odnajdą, a tak się stanie.

- Masz jakąś wizję przyszłości? – zapytałem.

- Nie, ale oni mają bardzo mocny i bardzo silny radar… - uśmiechnęła się.

- To ten „Wołgobałt”? Czyli muszę wpakować naszą krypę na rafy tuż obok wejścia do portu w Port Nassau – odrzekłem – innego wyjścia po prostu nie ma… 

- Dokładnie tak, tych Rosjan z „Wołgobałta” wymordowano i ciała wyrzucono za burtę zaraz po wyjściu z Hamilton. Rekiny wtroiły zwłoki i teraz będzie jeszcze jedna legenda więcej o złych mocach Trójkąta Bermudzkiego…

- No tak, teraz zaczynam rozumieć to, co tu się dzieje… - mruknąłem.

- A zatem jak działamy dalej? – zapytała podnosząc się z miejsca.

- Za dwa dni osadzę nasz statek na Devil’s Reef na podejściu do Port Nassau. To tylko dwie mile od portu. W tym samym czasie musi ukazać się w mediach komunikat o ładunku, który znajduje się na burcie, ze szczególnym naciskiem na promieniowanie z niestabilnych głowic N. Musicie napuścić na nas Greenpeace, prasę, radio i TV, wszystkich kogo tylko się da. I wrzucić wszystko do Internetu.

- A co z „Wołgobałtem” i piratami na jego pokładzie? – zapytała.

Uśmiechnąłem się.

- To zostawmy Kompanii Szarego Komina[1], w końcu piraci to ich działka…



6 grudnia, godzina 12:00 EST



Objąłem wachtę i tkwiłem teraz na mostku. Głowa nieco bolała mnie po nieprzespanej nocy, ale to było najmniejsze zmartwienie.



O trzeciej w nocy zszedłem z Jantą na rufę, skąd skoczyła do jeszcze rozkołysanego oceanu. Na pożegnanie zrobiła stójkę w wodzie i pomachała mi ogonem. Odprowadziłem ją wzrokiem i poszedłem wykorzystać pozostałe cztery godziny wypoczynku. Przez ostatnią dobę zrobiliśmy zaledwie pięćdziesiąt mil w kierunku Bahamów i trzeba było nadgonić opóźnienie. Kazałem maszynie dać „pół naprzód” i nasza prędkość podskoczyła do jedenastu węzłów. Łajba mogłaby wycisnąć nawet osiemnaście, ale przy flaucie. Teraz nie było szans, by osiągnąć więcej, bo oceanem kołysała jeszcze szóstka. Ale im było dalej na południe, tym lepiej i kołysanie było mniej męczące. Załoga zabrała się za zwyczajną, rutynową robotę. W sumie wszystko wracało do normy.



Komunikat meteo z Nassau też nie zwiastował niczego groźnego. Huragan szalał teraz gdzieś w okolicy Waszyngtonu, zaś tutaj z każdą chwilą niebo było coraz bardziej pogodne, aż wreszcie rozbłysło słońce. Na radarze znikły widma fal i znowu widać było wyraźnie ostre echa statków idących na akwenie Trójkąta, do którego południowego-zachodniego boku zbliżaliśmy się z każdym obrotem śruby. Za nami widoczne było echo „Wołgobałta”, który szedł za nami trop w trop.



6 grudnia, godzina 18:00 EST



- Ile zrobiliśmy? – zapytał kapitan Mehner.

- Następne sto pięćdziesiąt mil – odparłem – kręcimy teraz piętnaście węzłów.

- No i tak trzymać, panie pierwszy – Stary był najwyraźniej zadowolony.

Nie mogłem tego powiedzieć o sobie. Położył słuchawkę, a ja westchnąłem.

Nie powiedziałem mu najważniejszego. „Wołgobałt” trzymał się wciąż z tyłu i to na stałym dystansie ośmiu mil. Dwukrotnie dałem „małą” i on dwukrotnie zwolnił. Dałem „całą” i oni też przyspieszyli. Jedno było oczywiste – Janta nie kłamała.   Byliśmy śledzeni i tylko byłem ciekawy, kiedy będą chcieli nas dopaść...



7 grudnia, godzina 01:00 MSK



W gabinecie dowódcy sił morskich Federacji Rosyjskiej admirała Wiaczesława Sokołowa było ciemno od dymu. Za oknami na niebie wieczornej Moskwy przemykał kolejny śnieżny szkwał. Mróz tężał i na ulicach robiły się powoli zaspy. Narada kończyła się, pozostał jeszcze jeden punkt, który należało przedyskutować.

- No i mamy punkt ostatni – admirał sięgnął po kolejny plik kartek – kapitanie proszę referować.

Wskazał na kapitana pierwszej rangi[2] Matwieja Aristowa, który wstał i podszedł do ekranu. W gabinecie zgasło światło.

- Zacznę od tego – zaczął – że niewiadomym sposobem i w niezbyt jasnych okolicznościach z naszej bazy Wojsk Rakietowych wykradziono trzydzieści głowic neutronowych o mocy od trzydziestu do stu kiloton każda. Najprawdopodobniej sprawcami są separatyści czeczeńscy albo terroryści związani z Al-Kaidą. Pozostał jeszcze Al-Ansar al-Islam lub pokrewne ugrupowanie albo któraś z grup mafijnych działających w rejonie bazy w Ust’ Ułuk. Nasz kontrwywiad pracuje nad tym.

- Separatyści islamscy odpadają – stwierdził zastępca do spraw operacyjnych viceadmirał Siergiej Polieskij – przede wszystkim użyliby ich przeciwko nam…

- Nie wykluczamy żadnej możliwości – stwierdził Aristow – a jest to jedna z wielu. Osobiście stawiałbym na mafię. Jedna głowica neutronowa na czarnym rynku kosztuje grubo ponad dziesięć milionów euro.

- Nie dolarów? – zapytał ktoś z drugiego końca stołu narad.

- Nie, po ostatnich spadkach na giełdzie w Nowym Jorku, Londynie i Berlinie, podziemie przestępcze przeszło na rozliczenia w euro albo we frankach szwajcarskich, a na Dalekim Wschodzie w jenach. Świat się zmienia, panowie… Trzydzieści głowic to jakieś pół miliarda euro. Pytanie brzmi: kto ma taką kasę, by mógł za nie tyle zapłacić?

- Tylko mafia?

- Albo ktoś, kto chce bardzo użyć tej broni w przypadku agresji, ktoś kto ma bagnet na gardle – Aristow wyświetlił pierwszy slajd. – Jak zapewne wiecie, towarzysze, w Costaricanie doszło do przewrotu. Jego scenariusz przypomina dokładnie wydarzenia w Chile z siedemdziesiątego trzeciego, kiedy to rząd Salwatora Allendego został obalony przez generała Augusto Pinocheta i admirała Jose Cezara Mendozę.

- A zatem zleceniodawcą tej kradzieży była junta wojskowa z Costaricany? – odezwał się ten sam głos. – Ale przecież wbrew nazwie, ten kraj jest biedny jak mysz kościelna! Pół miliarda euro, to wartość ich całego PKB z dziesięciu lat…



Rozległ się śmiech.

- A jednak to wszystko się zgadza. Głowice zostały wykradzione przez kogoś i dostarczone do Francji. I jeszcze jedno, wykradziono nam działający model rel’sotronu. Prawdziwe i działające DEM z Projektu Fonar. Niezorientowani muszą wiedzieć, że jest to broń elektromagnetyczna wyrzucająca pociski z ogromną prędkością powyżej 12 km/s, co umożliwia nam zestrzelenie każdego sztucznego satelity ziemi z jego orbity. Amerykański odpowiednik nazywa się railgun i ma podobne osiągi, ale nasz jest lepszy, bowiem zastosowaliśmy płynny hel do chłodzenia magnesów co pozwala na zmniejszone zużycie energii i zwiększenie prędkości wylotowej pocisku. To wiemy na pewno, bowiem nasi ludzie w MAEA dowiedzieli się, że zostały one załadowane na statek „Carribean Pearl” i pierwszego grudnia wyprawione do Galveston. Rutynowa procedura przewozu paliwa jądrowego i zużytych prętów do zakładów przetwórstwa w Houston. Ale stało się coś niezwykłego, a mianowicie: w dniu czwartego grudnia na Bermudach został najprawdopodobniej zaatakowany i porwany nasz statek „Wołgobałt-315”. Nie wiemy, co się stało z załogą, nasi agenci w Hamilton na razie niczego nie wiedzą, co się z nimi stało.

- Przecież to Trójkąt Bermudzki! – zawołał znowu głos z drugiego końca stołu.

- Towarzyszu kapitanie drugiej rangi[3] Tkaczenko – admirał podniósł głos jednocześnie usiłując stłumić śmiech – proszę o powstrzymanie się od nienaukowych komentarzy!

- Tak jest towarzyszu admirale – Tkaczenko parsknął i się uciszył.



Przez moment nastrój rozluźnił się, ale szybko powróciła ciekawość. Śmiech umilkł.

- I co dalej? – zapytał Polieskij.

- Nasz wywiad satelitarny prowadzi obserwację „Wołgobałta”, który płynie w odległości ośmiu mil za „Carribean Pearl”. Nie mamy żadnego rozpoznania sytuacji na jego pokładzie, ale wygląda na to, że nasza załoga zginęła, albo została zmuszona do pracy na rzecz porywaczy. Tak czy owak trzeba będzie coś z tym zrobić, żeby znowu Amerykanie nie wieszali na nas zdechłych psów. Implikacje polityczne towarzysze, mogą być jak najgorsze. Poza tym prezydent i premier naciskają, by jak najszybciej skończyć tą sprawę, zanim zacznie się poważny kryzys. Dlatego też proponuję zrobić to tak…



W 24 godziny później, na wodach Trójkąta Bermudzkiego…



Jeszcze jeden dzień i będziemy na Bahamach – pomyślałem nanosząc naszą pozycję na mapę. Znowu za oknem miałem wieczorne niebo, które szybko nabiegało granatem nocy. Pomyślałem, że w Europie już jest noc, zimna i śnieżna. W domach dzieciaki czekają na Świętego Mikołaja czy Gwiazdora… Uśmiechnąłem się do tej myśli i wspomnień.

- Panie pierwszy, niech pan spojrzy na sterburtę. Na godzinie piątej – usłyszałem głos Ferra Vojtaššaka wachtowego marynarza, z pochodzenia Słowaka – chyba mamy problem. To jakaś „atomówka”?



Faktycznie, od północnego-wschodu szybko zbliżała się nieduża, ale intensywnie ciemna, niemal czarna chmura. Połączona była z morzem ciemnymi pasmami wirga rozjaśnionych filetowym światłem błyskawic i faktycznie przypominała ogromny grzyb, jak po wybuchu atomowym. Znajdowała się jeszcze daleko.

O w mordę! – pomyślałem – co jeszcze się nam przydarzy?

- Spróbujemy zejść TEMU z drogi – rzekłem – ster prawo na burt, kurs trzysta trzydzieści.

- Jest trzysta trzydzieści!

Przesunąłem rączkę telegrafu maszynowego na „całą naprzód”.

Dmuchnąłem w rurę.

- Maszynownia – usłyszałem w odpowiedzi głos chiefa.

- Chiefie, niech pan doda trochę obrotów, mamy tutaj mały problem.

- Jak mały? – zainteresował się chief.

- Deszczowy szkwał plus burza z piorunami szesnaście mil od nas i zmierza w naszym kierunku.

- Nie uciekniemy, ale spróbuję – rzekł – i daję całą. 

Maszyny ruszyły ostro i statek zaczął wykonywać cyrkulację. Na radarze widać było echo tego CZEGOŚ. Spojrzałem na log, który zaczął piąć się w górę w miarę jak okrętowe diesle osiągały coraz wyższe obroty.



- Nie uważa pan, że to jest odbicie niemal pełnometaliczne? – odezwał się Ferro.

Skinąłem głową. Echo tego CZEGOŚ było jedną jasną plamą na zielonkawym ekranie radiolokatora…

- Może coś w tym jest? – zastanawiałem się – jakieś UFO?

Ferrowi rozbłysły oczy.

- Pan też tak sądzi?

- Nie wiem, ale słyszałem o kilku dziwnych wypadkach właśnie w takich okolicznościach. Jeszcze na początku awiacji w prasie pojawiały się informacje o spotkaniach samolotów z czymś podobnym i niewiele się odróżniającym od chmur. Kiedy nasze maszyny wpadały w takie „chmury”, ich przyrządy psuły się, piloci tracili orientację a w rezultacie tego z latającymi aparatami, jak wówczas mówiono na samoloty, zdarzały się kraksy i katastrofy, a niekiedy po prostu przepadały one bez śladu. Jednym z takich incydentów miał miejsce w USA w 1942 roku. Sterowiec „L-8” pilotowany przez Cody’ego i Adamsa wystartował z bazy w San Francisco w lot patrolowy wzdłuż wybrzeża. Manewry statku powietrznego śledziło wielu ludzi z kutrów rybackich i okrętów stojących na redzie. Wszyscy widzieli, jak sterowiec wleciał do jednego, jedynego obłoku przepływającego na niebieskim niebie. I jak później okazało się, właśnie w tym momencie z pilotami sterowca urwał się kontakt radiowy. A potem stało się coś dziwnego – sterowiec z tego obłoku już nie wyszedł! Po kilkunastu godzinach znaleziono sterowiec, który znajdował się na wybrzeżu. Spadochrony znajdowały się na swoich miejscach, radiostacja była sprawna, silniki były sprawne, no tylko obaj piloci znikli. I tylko pozostało zagadką, jak sterowiec mógł wylądować na plaży w stanie zupełnie nieuszkodzonym…?

- Naprawdę?

- Ponoć tak. Zresztą Amerykanie nazwali ten sterowiec The Ghost Blimp – balon-widmo.

- Niby taki napowietrzny Latający Holender?

- Dokładnie. Podobny przypadek miał miejsce w 1930 w Korpus Christi w Teksasie. Tym razem to był samolot, który eksplodował po tym, jak wleciał w chmurkę. Ciał pilota i pasażera nigdy nie znaleziono, choć szczątki maszyny rozsmarowało na półtora kilometra…

- A tutaj?

- O, tutaj było bardzo ciekawie. Najpierw słynny Charles Lindberg miał kłopoty w czasie lotu z Hawany na Bahamy. To było w 1928 roku. Potem była historia lotu numer 19, z grudnia 1945… Te mgielne obiekty, jak sądzą niektórzy specjaliści, są wytwarzane przez Obcych w celu zamaskowania obecności UFO w czasie tego „polowania na ludzi”. No i zdarza się to najczęściej w miejscach, gdzie „myśliwi” mają najmniej szans wejścia w pole widzenia niewygodnych świadków.

- Pan tak na serio…?

- Kto chce, niech wierzy, kto nie chce… - nie dokończyłem, bo tknęła mnie nagła myśl.



Spojrzałem na monitor radiolokatora. „Wołgobałt” wlokący się za nami znikł. Po prostu jakby rozpłynął się w chmurze. Spojrzałem przez lornetę. W opalowych kręgach lornetki widziałem dziwne, fioletowe błyskawice i lejące się strumienie deszczu. Morze pod dziwną chmurą było gładkie jak oliwa. „Wołgobałta” nie widziałem nadal. Najwidoczniej skręcił na południe, albo po prostu ukrył się za deszczową strefą burzy.

- Co robimy panie pierwszy? – zapytał Vojtaššak.

Zastanowiłem się na moment.

- Wracamy na stary kurs, to nie wygląda tak groźnie, jak się wydaje – rzekłem – i proszę podać mi pozycję.

- Aye-aye, sir! – Vojtaššak zakręcił kołem sterowym.

Zakręciłem rączką telegrafu maszynowego na „pół naprzód” i wibracja maszyn opadła. Otworzyłem dziennik i poczyniłem wpis na godzinę 18:35 EST.

- Jesteśmy na 26°26’41” północ i 075°49’12” zachód – powiedział Ferro. – I na dodatek mamy cztery tysiące siedemset sześćdziesiąt metrów pod kilem.



Pomyślałem, że to nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, ale może mieć znaczenie dla Janty i jej rodaków. Coś trzeba było zrobić z tym bardakiem, który mieliśmy w ładowniach. Przy tym ten pieprzony badziew promieniował coraz silniej. Zastanawiałem się, czy to Syreny nie miały czegoś wspólnego z tą „atomówką”…



8 grudnia, godzina 00:45 EST



Śniło mi się, że jestem w jakiejś szarozielonej przestrzeni pełnej kołyszących się miarowo brunatnych kształtów, w której od czasu do czasu zapalały się niebieskawe i zielonkawe światełka, jakby robaczków świętojańskich. Słyszałem jakieś niewyraźne głosy, jakby spoza grubej warstwy wody. nadstawiłem ucha, ale te głosy mówiły coś zupełnie niezrozumiałego. Chciałem się rozejrzeć, ale nie mogłem, coś krępowało moje ruchy. Głosy stały się głośniejsze. Naraz dostrzegłem silny błysk, szarpnąłem się mocno i… otworzyłem oczy, w które bił blask lampki nocnej.



Leżałem na wznak na koi, wśród skopanej pościeli, a na skraju mojego legowiska siedziała Janta i patrzyła na mnie swymi zielonymi oczami.

- To ty? – wychrypiałem – co się stało?

Uśmiechnęła się.

- Przyszłam do ciebie – odpowiedziała – czyż to nie jest wystarczający powód?

Usiadłem obok niej, a ona objęła mnie i położyła głowę na moim ramieniu. Była naga, a jej gładka, jedwabista skóra emanowała ciepłem. Jej włosy pachniały morską solą i czymś jeszcze, jakby delikatnymi, ale niesamowicie zmysłowymi perfumami. Siedzieliśmy tak chwilę, póki nie otrzeźwiałem z resztek snu i nie dotarło do mnie to, co się dzieje.

- Jak tu weszłaś? – zapytałem.

- Normalnie. Wskoczyłam z fali na rufowy pokład, a potem weszłam do nadbudówki i na drugi pokład do ciebie. To nietrudne, przecież już raz tu byłam…

-???

- No tak, a poza tym zawsze mogę ciebie odnaleźć. Pomiędzy nami jest taka specjalna więź, która pozwala mi znalezienie ciebie nawet na końcu świata.

- Aha, to jest to słynne przywiązanie Syreny do mężczyzny?

Skinęła głową i roześmiała się.

- Żebyś wiedział. Dzięki temu nasz gatunek trwa. Wasz zresztą też, tylko że u was przytępiła to cywilizacja, religia i inne bzdury, którym zawracacie sobie głowy. My żyjemy bliżej Natury i… - urwała, jakby zorientowała się, że powiedziała zbyt dużo.



Postanowiłem pociągnąć ją za język.

- … i co? – zapytałem.

- I czerpiemy z Niej nasze siły i możliwości. Natura nie kłamie, tylko trzeba umieć stawiać jej właściwe pytania – oświadczyła z najzimniejszą krwią i uśmiechnęła się zagadkowo.

- Uhmmm… - odpowiedziałem unosząc znacząco brew. Było oczywiste, że mnie zbyła.

- A tak właśnie jest – powiedziała i pocałowała mnie w usta. Powoli, z wyrafinowaniem. A ja…

Naraz poczułem, jak bardzo jej pragnę. I obudziło się we mnie pożądanie.

Oddałem jej pocałunek, równie delikatny, jak namiętny.

Odsunęła się ode mnie na moment i jej zielone oczy wpatrzyły się w moją twarz. Strome, kształtne piersi falowały w rytm oddechu.

- Fantastycznie całujesz – powiedział cicho – możesz to powtórzyć?

- Mogę – odpowiedziałem.



Janta usiadła mi na kolanach i powoli położyła mnie na wznak. Całowaliśmy się namiętnie. Chciałem ją podnieść i pieścić, ale mi nie pozwoliła. Położyłem się wygodnie na plecach, a ona na mnie. Leżeliśmy na sobie, ona na mnie i syciliśmy się swoją obecnością i ciepłem naszych ciał. Nie spieszyliśmy się. Janta wsunęła delikatnie swój języczek do moich ust, a ja odwzajemniłem się jej tym samym, potem powoli uniosła się na rękach i wchłonęła mnie w swą głąb.

Zadrżałem na całym ciele. Był to wcale przyjemny dreszcz.

Zachichotała.

- I jak? – szepnęła.

- Cudownie – odpowiedziałem.  



Janta położyła się z powrotem na mnie i jej biodra poruszyły się delikatnie, zmysłowo i z wyczuciem.

Jej włosy opadły mi na twarz. A ja zacząłem odpowiadać na jej ruchy. Uniosła się znów, ale tak, by czubeczki jej piersi delikatnie ocierały się o mój tors.



Po chwili cicho jęknęła i położyła się na mnie, a ja objąłem ją mocno. Przyśpieszyliśmy, a nasze oddechy stały się świszczące. Janta wyswobodziła się znowu z moich objęć i zaczęła ocierać się piersiami mój tors i brzuszkiem o mój brzuch. Teraz ja zacząłem mocno pracować biodrami.



Janta opadła na mnie i mocno objęła moją szyję, a biodra dostroiły się do mnie. Ruszyliśmy do biegu po rozkosz. Po paru minutach poczułem jak dochodzi do szczytu. I stało się to najciekawsze. Janta krzyknęła cicho i jej ciało zesztywniało. W sekundę później ja wbiegłem na szczyt i poczułem rozkoszne mrowienie w dole brzucha. Chciałem wyjść z niej, ale nie mogłem. Janta literalnie przygwoździła mnie do koi. Szczytowaliśmy oboje ciężko dysząc. Jej ciało wreszcie się rozluźniło i leżała bezwładnie na mnie.

- Przepraszam cię – wyszeptała.

Wysunąłem się z niej, kiedy uniosła się nade mną.

- Za co? – zapytałem, ale zamknęła mi usta pocałunkiem.

Zsunęła się ze mnie i mogłem odetchnąć swobodniej.

- Że nie pozwoliłam ci wyjść ze mnie – powiedziała. – Po prostu chciałam przeżyć to z tobą do końca…

- Wszystkie Syreny tak kochają? – zapytałem.

Uśmiechnęła się i przytuliła do mnie biodrem i bokiem.

- Owszem, tak. Zresztą wszyscy wasi pisarze o tym piszą. Syrena w łóżku, to jest to, o czym marzą wszyscy prawdziwi mężczyźni. Ale tylko prawdziwy mężczyzna może kochać się i zaspokoić Syrenę. Seks z Syreną to nie sport dla zdechlaków.



Parsknęliśmy śmiechem. A potem oboje osunęliśmy się w ciepłą czerń snu bez widzeń i majaków.



8 grudnia, godzina 06:10 EST



Staliśmy na rufowym deku zasłonięci wiatrochronem.

- A zatem wpakujesz tą krypę na mieliznę? – zapytała.

- Owszem – to jest jedyne wyjście, by to załatwić bez wzbudzania podejrzeń – rzekłem – będę musiał was poprosić o pomoc. Kompas magnetyczny musi zwariować na parę minut. Ja unieszkodliwię żyrokompas i tylko w ten sposób będzie można to zrobić.

Zastanowiła się na moment.

- Zatem OK., to się da zrobić – odrzekła – wprowadzisz łajbę na 25°31’08” północ i 076°53’47” zachód, na płyciznę przy Harour Island. Tylko się nie pomyl.

- Oh, to jest najmniejsze zmartwienie – mruknąłem – największe zmartwienie mamy tam – wskazałem za rufę.

- Aha, ci – stwierdziła – no cóż, zrobimy jeszcze jedną demonstrację straszliwych i tajemniczych sił Trójkąta Bermudzkiego.

I zachichotała uroczo.

- Spadam, robi się już jasno – powiedziała poczym zdjęła płaszcz i buty, pocałowała mnie w usta i jednym susem przeskoczyła reling.



W kilkanaście sekund później na grzbiecie nadbiegającej fali zobaczyłem błyszczący srebrzyście ogon. Odetchnąłem z ulgą i zabierając sztormiak i buty wszedłem do nadbudówki. 

 

8 grudnia, godzina 16:45 EST



Na południowo zachodnim horyzoncie pojawił się wreszcie nieco tylko ciemniejszy pasek lądu. Niemal jednocześnie na ekranie lokatora GPS wyskoczył napis: Northern Eleuthera.

- Nareszcie – usłyszałem za sobą głos Starego – nawet trochę wyrobiliśmy się w czasie.

- Obawiałem się, że się bardziej spóźnimy, ale jak widać… - odrzekłem patrząc na ekran radaru, na którym wyraźnie rysowały się kontury Eleuthery, a właściwie jej dwóch wysepek u północnego brzegu: Harour i Russel Island. Poza tym na północnym zachodzie majaczyły niewyraźne jeszcze kontury Wielkiej Abaco.

- Może pójdźmy bardziej na północ, tam jest głębiej – odezwałem się znowu  - ponad trzy kilometry. Przecież to Wielki Kanion Bahamski…

- Owszem, ale musimy nadgonić jeszcze jakieś pół dnia, panie pierwszy – kapitan Mehner spojrzał przez lornetę w kierunku brzegu.

To mi odpowiadało. Na tle brzegu byliśmy mniej widoczni, a nasi przyjaciele z „Wołgobałta” mogli nas łatwo zgubić nawet na radiolokatorze.

- Co pan myśli o tym statku? – Stary odezwał się znienacka. – Idzie za nami niemal trop w trop. Teraz ma do nas tylko dwie mile…

- Może po prostu robimy im za pilota? – poddałem mu pierwszą lepszą myśl jaka mi przyszła do głowy.

- Nein, idą za nami przez cały czas od Bermudów – kapitan pokręcił głową – nie podoba mi się to, panie pierwszy.

- Ale zniknęli na czas przejścia tego… tej…

- Wiem, czytałem pański wpis – mruknął. – Lokalna burza, khe, khe, ładnie to pan nazwał!

Skwitowałem to milczeniem, które trwało parę sekund.

- A oni – skinąłem głową w stronę rufy. – Piraci?

- Żeby tylko… - mruknął – na pańskim miejscu zacząłbym się modlić, żeby to byli tylko piraci…

- To aż tak? – mruknąłem unosząc brew. – Nie przesadza pan, kapitanie?

Pokręcił głową i wypuścił wonną chmurę dymu.

- Widzi pan, Ruscy pływają na Kubę i do Wenezueli, ale południowymi trasami, omijając Bahamy i Keysy od południa, do Santiago de Cuba i Manzanillo. Nie zapuszczają się tutaj. A oni jak pan widzi…

- Faktycznie, to mi się też nie podoba… - mruknąłem. – Czyli pójdziemy kryjąc  się przy brzegu?

- Ja, natürlich – kapitan zaczął znowu obserwować morze. – Niech pan zobaczy na nasz ładunek, OK.?

- Aye-aye, Captain – powiedziałem i zszedłem z mostka.



Szybko pokonałem zejściówkę i znalazłem się przed włazem do ładowni numer jeden. Wprowadziłem szyfr i zamek odskoczył. Wszedłem do środka i sięgnąłem do włącznika światła. Pstryknąłem nim i ładownię zalało ostre światło.

- Ochżesztykurwatwojamać! - wyrwało mi się po polsku.

Pojemniki z głowicami leżały porozrzucane po całym pokładzie. Stalówki popękały, a parciane pasy przetarły się od ruchu statku spowodowanego wysoką falą. Ale nie to było najważniejsze. Jeden z pojemników pękł i ze środka wysunął się stożkowaty przedmiot z rosyjskimi oznaczeniami. Zdrętwiałem. Janta miała rację, to były głowice neutronowe, ale nie francuskie tylko rosyjskie!



Naraz kilka faktów połączyło się w przerażającą całość…



Podniosłem słuchawkę telefonu.

- Panie kapitanie, mamy tu poważny problem – powiedziałem spokojnym głosem – czy mógłby pan przyjść na dół?

Przez moment panowało milczenie.

- My też tutaj mamy problem – Mehner wycedził to do mikrofonu – to niech pan tu przyjdzie.

Powiedział to spokojnie, ale takim tonem, że ciarki przeze mnie przeszły. Zrobiłem jeszcze pomiar radioaktywności, na szczęście nie przekraczała normy, tylko trójka promieniowała jak zwykle.



Wyszedłem z ładowni i biorąc po dwa stopnie pognałem do góry. Wpadłem na mostek i przypadłem do kapitana.

- Jestem – wydyszałem – co się dzieje?

- Niech pan spojrzy – powiedział podając mi lornetę i skinieniem głowy wskazał mi w kierunku rufy. – Nasi przyjaciele mają gości.

- I to wprost z nieba – stwierdził Loic Breitone stojący przy sterze. 



W polu widzenia lornety zobaczyłem jak „Wołgobałt” stanął w dryfie, a nad nim uwijają się trzy duże helikoptery, ciemne i bez jakichkolwiek oznaczeń. Helikoptery stały w zwisie, a z nich na pokład zjeżdżały na linach malutkie sylwetki…

- Wygląda na atak komandosów z SAS czy SEAL – mruknąłem.

- Nie wygląda, bo to JEST atak komandosów – stwierdził kapitan – i co najgorsze zamierzają i nam złożyć wizytę.



Faktycznie, jeden z helikopterów ruszył w naszym kierunku i szybko zbliżał się do naszego statku. Patrzyliśmy na niego i…

- Scheisse – Mehner wysyczał to przez zaciśnięte zęby – to ruski szturmowy „Mi-8” albo „Mi-10” w wersji morskiej. To Kubańczycy, Wenezuelczycy…

- …albo Rosjanie – dokończyłem za niego.



Helikopter zawisł nad nami i po linie szybko zjechało trzech uzbrojonych ludzi. Spojrzałem na ich broń – były to pistolety maszynowe AKS-74U o kalibrze 5,45 mm.

Jednak Rosjanie – pomyślałem z satysfakcją.

Coś jeszcze zwróciło moją uwagę – wiszący helikopter był bardzo cichy, niemal nie słyszało się pracy jego silników, a przecież powinien hałasować jak wszyscy diabli… Najwidoczniej Rosjanie wynaleźli jakiś sposób wyciszania pracy silników niemal do minimum.



Tymczasem trzej komandosi wpadli na mostek i dwóch z nich od razu wzięło nas na muszkę. Trzeci ku naszemu zdumieniu podszedł do Starego i elegancko zasalutował.

Tego się nie spodziewaliśmy.

- Jestem kapitan drugiej rangi Siergiej Porszniew z Marynarki Wojennej Federacji Rosyjskiej – powiedział bezbłędną angielszczyzną – i żądam wydania rzeczy, które macie w waszych ładowniach. Należą one do Federacji Rosyjskiej i są własnością naszego rządu. Zostały nam skradzione, a Matuszka Rossija nie lubi, kiedy się ja okrada. Nie mówiąc już o tym, że nasz batiuszka Putin był bardzo rozbazylony, kiedy się o tym dowiedział.

 

Zatkało nas.



Skąd wiedzieli? – tłukło mi się w głowie. – Może złapali Jantę?



- Witam na pokładzie komandorze – powiedział spokojnie Stary. – Możecie opuścić broń, tu nie macie wrogów. A co do ładunku, to bierzcie go sobie. Aha, bardzo proszę o pokwitowanie, jeżeli nie sprawi to panu kłopotów.

Porszniew skinął głową.

- Dziękuję – rzekł – mam nadzieję, że wszystko pójdzie sprawnie. A co do pokwitowania, no cóż, nie wystawiamy. Nie jestem uprawniony do ich wystawiania, ale skoro pan nalega…



Wyjął z kabury pistolet i dwukrotnie wypalił w kopułkę kompasu magnetycznego. Dmuchnął w lufę i schował go z powrotem do futerału.

- Powiecie, że podli Rosjanie was sterroryzowali i zabrali swoje igruszki – uśmiechnął się jakoś przepraszająco.

Staliśmy bez ruchu. Od huku wystrzałów zadzwoniło nam w uszach.

- No dobrze, Wołod’ka bierzemy co nasze i zabieramy się stąd! – powiedział to do mikrofoniku swojego walkie-talkie i dwaj jego towarzysze trzymający nas na muszce wyszli z mostka.



Z helikoptera opuszczono sieć, do której załadowano zawartość pierwszej ładowni. Drugi helikopter, który przyleciał znad „Wołgobałta” szybko zabrał zawartość drugiej. Po kwadransie zostaliśmy sami. Nie mogliśmy uwierzyć, że Rosjanie zabrali swe zabawki i wynieśli się nie robiąc nam krzywdy…



8 grudnia, godzina 22:00 EST



Staliśmy na redzie portu w Nassau, a właściwie na akwenie pomiędzy Rose a Paradise Island, gdzie postawiono nas ze względu na obawy przed radioaktywnością, co nie miało jakiegokolwiek sensu, boż kręciły się tam cały czas motorówki i żaglówki, które przecież mogłyby zostać skażone. Władze portowe chciały chyba uspokoić swoje sumienie i nie wszczynać paniki w tym raju…



Stałem na górnym deku i patrzyłem na nocne życie miasta. Gdzieś na południowym zachodzie od czasu do czasu błyskało się, i to bynajmniej nie na pogodę. Zbliżał się kolejny sztorm, a barometr znów spadał na łeb na szyję. Nadchodził kolejny sztorm już nazwany Yetta.



Jutro mieli przylecieć z Galveston dochodzeniowy z Golden Phoenix - Phènix d’Or i Amerykanie z Uranium Mining and Power, którzy mieli nas przesłuchać na okoliczność przewozu trefnego towaru – bardziej trefnego, niż zazwyczaj. Ciekawy byłem, czy spróbują zwalić na nas całą winę za to, co się działo w ostatnich dniach, czy poszukają kozła ofiarnego gdzieś indziej?



Westchnąłem i splunąłem przez reling. Trochę dla fanfaronady trochę od złego uroku. odwróciłem się i już miałem wejść do nadbudówki, kiedy usłyszałem cichy plusk wody i głos wołający moje imię. Wróciłem do relingu. Z wody od strony oceanu wynurzała się wdzięczna główka Syreny. Mojej Syrenki.

- Janta? Co ty tutaj robisz?

- Chciałam się z tobą umówić – odpowiedziała – co powiesz na spotkanie na plaży na Rose Island. Tam jest najmniej ludzi, a chciałabym się z tobą spotkać. Od strony oceanu, OK.?

- Stęskniłaś się? – zapytałem.

- Bardzo – odpowiedziała – kiedy przyjdziesz?

- Postaram się być – odrzekłem. – Powiedzmy o czwartej po południu. Ale co z Yettą?

Machnęła lekceważąco ręką.

- O to się nie martw, przejdzie bokiem, nawet nie poczujemy. Trzymam cię za słowo – odpowiedziała i zanurzyła się, a potem jak zwykle pomachała mi na pożegnanie ogonem jak delfin.

I znikła w odmętach.



Wróciłem na mostek. Pokręciłem się po pokładach, a potem pogoniłem wachtowych do zamknięcia wszystkich włazów i bulajów. Czyżby Syreny miały jakiś sposób na uciszenie czy skierowania gdzie indziej tropikalnego huraganu? Tym niemniej nie miałem ochoty bić się z jakimiś miejscowymi opryszkami czy lokalnymi piratami i tym samym powiększyć liczbę ofiar Trójkąta…



9 grudnia, popołudnie.



- Mam wolne, więc płynę na Rose Island – oznajmiłem Staremu. – Może wreszcie znajdę sobie jakąś Syrenę…

- A jedź, jedź – kapitan Mehner wzruszył ramionami – tylko wróć przed dwunastą. Ja też schodzę na ląd z chiefem i wrócę dopiero rano. Zostaje tylko wachta na mostku i w maszynie.

- OK. – odrzekłem – wezmę Zodiaka.

Wyszedłem z kabiny Starego i poszedłem na sterburtę, gdzie kołysał się motorowy ponton. Drugi stanowił tender komunikacyjny z lądem i był na bakburcie. Przez moment zastanawiałem się, czy nie wziąć jakiegoś walkie-talkie, ale wreszcie machnąłem na to ręką. W końcu coś od życia mi się też należało. 



Odbiłem od burty i uruchomiłem silnik. Skierowałem się zrazu w kierunku plaży, ale potem odbiłem na północ i skierowałem się do cieśniny, by opłynąć Rose Island od północy. Miałem jeszcze kwadrans czasu do umówionego spotkania. Pogoda była słoneczna i dość spokojna, tylko na zachodzie widać było ciemną oponę chmur. Tam szalała Yetta, pastwiła się gdzieś na Florydzie i jej mieszkańcach… 



Opłynąłem Wyspę Róż od północy i Zodiak wyrwał się na szeroką toń wodną Atlantyku, ale skierowałem go w stronę White Sand Beach, jej bezludnego odcinka na wysokości cypla koło Fruit Garden. Wypasione wille i ośrodki wypoczynkowe były po drugiej stronie wyspy i nikt nam nie mógłby przeszkodzić, zresztą grudniowy sztorm, który miał nadejść nad te strony skutecznie wypłoszył przyjezdnych. Płynąłem powoli bacznie patrząc na wodę. I naraz nieco na prawo od dziobu woda zapieniła się i uniósł się nad nią ogon. To Janta kierowała mnie w kierunku plaży.



Dopłynąłem do brzegu i rzuciłem kotwiczkę, a sam wskoczyłem do ciepłej wody. To właśnie było to, za co wręcz kochałem tropiki – ciepła, krystalicznie czysta woda przez cały rok.

- Halo! – usłyszałem za sobą.

Odwróciłem się. Janta podniosła się z wody, obok niej była druga dziewczyna nieco podobna do niej, tylko jakby nieco młodsza?... 

- Halo… – odpowiedziałem niepewnie – …widzę, że zabrałaś ze sobą przyzwoitkę?

Roześmiały się.

- Nie, choć może powinnam – odpowiedziała Janta. – Poznajcie się, to jest Robert. Bob, to jest Marietta.

- Cześć Bob – powiedziała Marietta podając mi rękę – jestem jej kuzynką, dlatego jesteśmy trochę do siebie podobne.

Odpowiedziała na nie zadane przeze mnie pytanie – pomyślałem – więc jednak one potrafią czytać w myślach?



Wyszliśmy z wody na wąski pas plaży, poza którym znajdował się pas niskich krzewów i trawy, a dalej palmy.

- Może popłyniemy na Gilligan Island? – zaproponowałem.

- Na Sandy Cay albo Honeymoon Island? – Marietta uniosła brwi – raczej dziękuję, za dużo publiczności. Już wolę tutaj.

- A tutaj można rozpalić ognisko – rzekła Janta i wskazała na suche liście palmowe i gałęzie leżące poza białym piaskiem plaży. – O ile wiem, to ten fragment plaży jest publiczny, więc nie doczepi się do nas żaden idiota…



Po kilkunastu minutach usiedliśmy przy płonącym ogniu.

- Szkoda, że nie mamy czegoś do grilla – zauważyłem.

- No, masz rację, nie pomyśleliśmy o tym. Zresztą tak też jest fajnie – stwierdziła Janta.

- Za parę minut się ściemni – powiedziała Marietta – więc będzie nam weselej przy ogniu, a ja nie jestem głodna.

- Powiedz mi lepiej, jak wam poszło z tymi typkami z Galveston? – zapytała mnie Janta.

- Właściwie nijak – odparłem. – Przylecieli, przepytali mnie i Starego oraz radzika. Nie zjedli nawet z nami obiadu i się ulotnili gdzieś do diabła.

- Nie dziwi cię to?

- Nie – odparłem – To ważniaki, white collars, ale ta cała sprawa jest cuchnąca od A do Zet. Pytali nas, pytali, i żaden z nich tego nawet nie notował, co im opowiadaliśmy. Wydawało się, że mają gotowe odpowiedzi na każde pytanie i to całe „przesłuchanie” to czcza formalność, którą musza odwalić, zanim się wyniosą do siebie.

Janta zmarszczyła brwi.

- Nie podoba mi się to – rzekła.

- Mnie też. Ale…



I naraz zrozumiałem, co miała na myśli.

- No nie, sądzisz że to my będziemy kozłami ofiarnymi?

- Dokładnie tak – odparła – i coś mogą wam szykować, jakąś niespodziewankę.

- Jaką na przykład?

- Mina na farwaterze, torpeda w bok, piraci na pokładzie…

- Już się boję… - mruknąłem – nie przesadzasz aby?

Podniosła na mnie swe zielone oczy.

- Nie – powiedziała twardo. – I jestem zdania, że nie powinieneś wracać na statek.

Zdumiał mnie jej stanowczy ton.

- E, tam. Ty chyba jednak trochę przesadzasz – odrzekłem – nie sądzę, by się odważyli zrobić nam kuku tak blisko portu.

- A jak się odważą?

- No właśnie? – nieoczekiwanie poparła ją Marietta – uwierz mi, nie takie rzeczy działy się w Trójkącie!

- Przecież to wszystko są ponoć bajędy, nawet nie uczciwy mit – powiedziałem tonem łagodnej perswazji – więc nie straszcie mnie nimi!

- Jak uważasz – Marietta podniosła się z piasku i otrzepała nogi oraz kształtną pupę.



Podeszła do Janty i usiadła obok niej, a po chwili ich wzrok spotkał się z moim. Janta podniosła się i uklękła. Jej dłoń powędrowała do boku i jednym ruchem rozpięła tasiemki i zsunęła z siebie staniczek.

- OK., ale nie puścimy ciebie tak prędko na twój statek – rzekła.

Marietta uklękła obok niej, a ona objęła mnie za szyję. Po chwili Janta puściła mnie i podeszła do ogniska. Paroma szybkimi ruchami stopy zasypała je piaskiem. Tymczasem Marietta zdjęła staniczek i objęła mnie za szyję.

- Janta powiedziała, że jesteś prawdziwym mężczyzną – szepnęła – więc chciałabym mieć z tobą ten pierwszy raz…



Zdjąłem koszulkę. Janta tymczasem zdjęła Marietcie majteczki. Ta z kolei korzystając z tego znów całowała się ze mną. Po chwili wszyscy troje zdjęliśmy z siebie wszystkie ciuszki. Obie dziewczyny uklękły naprzeciwko siebie i zaczęły się pieścić. Usiadłem za Mariettą i zacząłem pieścić jej piersi, a ona z kolei pieściła piersi Janty. Dziewczyny znów uklękły zwrócone twarzami do siebie i muskały się delikatnie wargami po ustach i piersiach. Ukląkłem obok nich i wsunąłem dłonie pomiędzy ich rozwarte uda pieszcząc z kolei ich myszki. I naraz wszystkim nam zrobiło się bardzo gorąco… 



- Wstań – szepnęła cicho Janta.

Posłusznie wstałem, a Marietta ujęła delikatnie ustami moją nabrzmiałą męskość. Delikatny masaż wargami i językiem był czymś bardzo przyjemnym. Po kilku minutach Janta oderwała ją ode mnie. Marietta odwróciła się i wypięła swoją pupcię.

- Weź mnie – powiedziała prosząco.

Nie musiała dwa razy powtarzać i wsunąłem się w nią na cała długość. Nie wyczułem żadnego oporu, ale Marietta krzyknęła cicho.

Krzyknęła i naparła na mnie. Janta klęczała obok niej i pieściła jej piersi, a potem usiadła przed nią i całowała namiętnie w jej usta. Po chwili Marietta podniosła się i usiłowała przytulić plecami do mnie, ale to się jej nie udało i wyskoczyłem z niej.

- Teraz ty – powiedziała do Janty i obie znów zaczęły się pieścić dotykiem i wzrokiem…



Janta wreszcie uklękła przede mną, a Marietta przed nią. otworzyła się przede mną, a ja wsunąłem się w jej głąb. Marietta całowała jej usta. Ruszyłem ostro i po kilku minutach usłyszałem, jak z ust Janty wyrywa się jęk rozkoszy. Janta podniosła się i teraz całowaliśmy się wszyscy troje. Potem dziewczyny znów zaczęły się całować, a dłoń Janty wsunęła się pomiędzy rozwarte uda Marietty i zaczęły pieścić jej perełkę.

- Może coś zmienimy? – powiedziała Janta i podniosła się, a ja położyłem się na plecach. Janta usiadła mi na biodrach znów wchłaniając mnie w swą ciepłą głąb. Marietta ujęła ją za piersi, które zaczęła pieścić palcami i ustami…



Janta podniosła się tylko po to, by odwrócić się do mnie twarzą. Marietta dalej pieściła ją, a ona zaczęła swój finisz… - wreszcie wydała cichy okrzyk i osunęła się na mnie. Marietta delikatnie zdjęła ją ze mnie.

- No to teraz ja – powiedziała jak niecierpliwa dziewczynka na widok ulubionej zabawki i usiadła na moich biodrach. Po chwili i ona zaczęła swój sprint. Jej ruchy były coraz szybsze i po dwóch minutach wydała z siebie gardłowy okrzyk i docisnęła mnie do pisku. Łkający oddech wyrywał się z jej piersi. po chwili mięśnie zwiotczały i dziewczyna osunęła się na kocyk podścielony jej przez Jantę, która wykorzystała moment i znów usiadła na mnie.



Tym razem jej ruchy były powolne, wyrafinowane.

- Teraz my oboje – powiedziała do Marietty – patrz mała i ucz się od starszych!

I rzeczywiście. Po kilku minutach Janta leżała na mnie, a naszymi ciałami wstrząsał paroksyzm potężnego orgazmu.



Przytuliliśmy się do siebie i leżeliśmy w błogim odprężeniu. Na plaży było już zupełnie ciemno. Nie widzieliśmy gwiazd, a zatem nadeszły chmury. W ferworze miłosnych uniesień nawet nie zauważyliśmy, jak zmieniła się pogoda. Od strony oceanu zaczęło wiać. Na razie lekko, ale wiatr tężał z kwadransa na kwadrans. Spojrzałem na zegarek. dochodziła za kwadrans dziewiąta.

- Będziesz musiał odpłynąć – powiedziała Janta z żalem w głosie – a szkoda, bo miałam jeszcze ochotę na…

- Ja też, ale muszę zobaczyć, co ze statkiem. Może jutro zmustruję – powiedziałem mając na myśli ostrzeżenia Janty i Marietty.



Jednocześnie odczułem dziwny niepokój. Szybko pozbierałem się. Obie Syreny także były niespokojne.

- Wsiadajcie na Zodiaka – powiedziałem – podrzucę was w okolice rafy.

Skinęły głowami i zajęły miejsce w pontonie.

Odpaliłem silnik i skacząc na rosnącej fali odbiliśmy od White Sand Beach. Po minięciu cypla fala się trochę uspokoiła a w ciemności widać było białą pianę rozbijającego się żywiołu na zębach raf. Po kilku chwilach Janta wyciągnęła rękę.

- Podrzuć nas tam – powiedziała – i zmykaj stąd. Patrz, ten twój statek jest niemal ciemny. To nie oznacza nic dobrego…

Miała rację. „Carribean Pearl” stała cicha i ciemna kołysząc się w takt martwej fali. Paliła się tylko lampa trapowa i nic więcej. Czemu zgaszono wszystkie światła?

- Zwolnij – powiedziała Janta i wstała. Marietta też i po chwili obie skoczyły za burtę.



Nie czekałem na słowa pożegnania, tylko podkręciłem manetkę gazu i ruszyłem w kierunku łajby. Na dwa kable przed wejściem na trap zmniejszyłem obroty do minimum, by podpłynąć doń jak najciszej. Opłynąłem krypę. Drugiego tendra nie było, co oznaczało, że załoga była jeszcze w porcie. Ale co z wachtowymi?



Podpłynąłem do trapu, zgasiłem silnik i zacumowałem Zodiaka, a sam po chwili wskoczyłem na platforemkę i na palcach zacząłem się wspinać po trapie. Wyszedłem na pokład i rozejrzałem się po pokładzie. Żywego ducha. Trapowego nie było, a właz do nadbudówki był otwarty na oścież…



9 grudnia, godzina 21:20 EST



Poczułem się, jak marynarze, którzy odkryli dryfującą „Mary Celeste”. Zrobiło mi się nieswojo. Skradając się poszedłem na mostek.

- Jest tu ktoś? – rzuciłem pytanie w ciemność nie licząc na odpowiedź. A jednak w panującej tam ciemności usłyszałem cichy jęk. Po omacku otworzyłem skrytkę i wyjąłem z niej lampkę fluorescencyjną. Złamałem plastykową pałeczkę i mostek zalało zimne niebieskawe światło.



Spojrzałem na pokład. Loic leżał pod kołem sterowym w kałuży krwi, która w tym upiornym świetle była czarna. Przypadłem do niego.

- Loic! – krzyknąłem – Co tu się stało?

Otworzył oczy i spojrzał na mnie. Chciał coś powiedzieć, ale z jego ust wydobył się tylko szept. Nachyliłem się nad nim.

- To… oni tu jeszcze wrócą… - wyszeptał.

- Kto to był?

- Hiszpanie… - wyszeptał i stracił przytomność.

Przyjrzałem mu się dokładniej. Dostał dwie kule w brzuch. Stracił mnóstwo krwi… Bredził? Bredził czy nie? Co za Hiszpanie? – w głowie miałem huragan myśli. – Co tu się stało???

Szybko zdarłem koszulkę i zrobiłem prowizoryczne szarpie, które wetknąłem w rany. Tyle mogłem zrobić.



Loic był na mostku – liczyłem – w maszynie Thor Jurgenson, małomówny Duńczyk, przy trapie stał Fero Vojtaššak. Nigdzie go nie znalazłem, to mogło oznaczać, że już nie żyje. Napastnicy zabili go jako pierwszego i ciało wrzucili do wody.



Zbiegłem do maszynowni. Tak jak się spodziewałem, Thor leżał niemal przepołowiony serią wystrzeloną z bliska, jego kombinezon nosił ślady osmalin po spalonym prochu. Powoli poszedłem do ładowni. Ku mojemu zdumieniu ładownia numer jeden była zamknięta. Otworzyłem ją i wszedłem.



W tej chwili poczułem za sobą czyjąś obecność. Błyskawicznie odwróciłem się i niemal instynktownie zasłoniłem się ręką przed ciężkim łomem, który omal nie rozwalił mojego czerepu. Odbiłem cios i złapałem napastnika za rękę. W świetle lampki zobaczyłem przerażoną twarz Vojtaššaka.

- Uspokój się Ferro – powiedziałem spokojnym tonem – to ja.

- Panie pierwszy!

- Co tu się stało?

Z nieskładnej opowieści Vojtaššaka dowiedziałem się, że zaraz po zapadnięciu ciemności do trapu dobiła motorówka bez jakichkolwiek oznaczeń, z której wysiedli jacyś mówiący po hiszpańsku ludzie uzbrojeni jak komandosi SEAL. Vojtaššak usiłował ich zatrzymać, ale ktoś uderzył go znienacka w głowę i stracił przytomność. Ocknął się leżąc u podstawy trapu u włazu do ładowni, która nie była zamknięta. Wczołgał się do niej i zamknął właz, a potem czekał na nich z łomem w dłoni.

- Co z Loicem? – zapytał na koniec – i z Thorem.

- Thor nie żyje, Loic jest ciężko ranny. Jak dostarczymy go na czas do szpitala, to się wyliże.

- Sakra! To co robimy panie pierwszy – zakończył pytaniem.



Zastanowiłem się na moment. Sytuacja była paskudna, ale trzeba było ratować tamtych.

- Weźmiesz Zodiaka. Załadujemy Loica i dostarczysz go do szpitala w Nassau. Potem odszukasz kapitana i opowiesz mu wszystko. On będzie wiedział, co robić dalej.

- A pan?

- Zostaję tutaj, ktoś musi pilnować tej łajby. Idziemy!

Wyszliśmy z ładowni i od razu udaliśmy się na mostek. Loic wciąż jeszcze żył. Przenieśliśmy go do Zodiaka. Kazałem mu płynąć i odrzuciłem cumę. Zgodnie z moim zaleceniem odbił na małej naprzód i dopiero kiedy znalazł się pół mili od naszego statku przyspieszył do całej i znikł mi z oczu. Zostałem sam.



Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej ci dwaj byli już bezpieczni.

Poszedłem do maszynowni i uruchomiłem agregat. Na wszystkich pokładach zabłysło światło. Ciało Jurgensona nakryłem kawałkiem brezentu, a potem poszedłem do swojej kabiny i otworzyłem skrytkę, w której znajdował się mój wierny przyjaciel – desert eagle 12,5 mm i sześć magazynków. Przypomniałem sobie pewną noc w Kosowie, kiedy otoczyli nas Serbowie. Straciłem wtedy czterech kumpli z drużyny, ale wystrzelałem sobie i reszcie chłopaków drogę odwrotu właśnie tym pistoletem…



Załadowałem go i zabezpieczyłem. Byłem gotowy na przyjęcie gości. Miałem tylko nadzieję, że Ferrowi uda się dowieźć żywego Loica do szpitala i że udało się ostrzec załogę. Miała być do północy na burcie, a zatem…



10 grudnia, godzina 00:30 EST



Nieproszeni goście zjawili się krótko po północy. Było ich dziesięciu, cała drużyna facetów uzbrojonych jak komandosi, ale którzy chyba komandosami nie byli, sądząc po zachowaniu. Podjechali pod trap na pełnym gazie i zdesantowali się na pokład od razu rozbiegając się po całym statku. To znaczyło, że są albo tak pewni siebie, że nie sądzili iż natrafią na opór, albo tak głupi, że poniechali wszelkiej ostrożności. To stanowiło dla mnie okoliczność nad wyraz pomyślną. W obu przypadkach dawało mi przewagę własnego boiska. Poczekałem jeszcze minutę, aż się rozejdą po całym statku. Tłukli się i łomotali tak, że mogłem z łatwością ich zlokalizować…



Zszedłem z górnego pokładu na mostek, gdzie dwóch oprychów uważnie oglądali kałużę krwi, którą zostawił Loic. Nie bawiłem się w ceregiele, tylko łupnąłem w czaszkę pomiędzy oczy najpierw temu, który stał bliżej mnie, a potem wygarnąłem drugiemu, który usiłował poderwać uzi do biodra. Liczyłem na to, że strzały zwabią następnych i zaczaiłem się przy wejściówce.



I rzeczywiście, trzech następnych biegło pod górę szwargocąc coś po hiszpańsku i mierząc we wszystkie kąty ze swych uzi z długimi tłumikami. Pierwszy z nich zobaczył mnie dosłownie w tej chwili, kiedy wpakowałem mu plombę w mostek i poprawiłem w łeb. Pryskając mózgiem i krwią na gródź osunął się na pokład.

Trzech mniej – pomyślałem.



Pozostali dwaj cofnęli się.



I o to mi chodziło.



Przeskoczyłem przez całą szerokość korytarza, otworzyłem drzwi i pobiegłem po trapie na rufowy dek, a potem obiegłem nadbudówkę i zaczaiłem się za winklem mając widok na przedni pokład. Usłyszałem jak ci z góry coś wrzeszczeli do swych kolegów, którzy wyskoczyli z otwartej teraz ładowni. I to był ich błąd, bo na tle oświetlonego pokładu wyglądali jak tarcze na strzelnicy. Czterej biegli do trapu wiodącego na mostek.



Wycelowałem w ostatniego z nich i posłałem mu pigułę. Uderzenie półcalowego pocisku jest straszne. W tym przypadku zatrzymało i rzuciło o pokład dziewięćdziesięciokilowego na oko, mężczyznę.

- Holá, amigos! – krzyknąłem i rzuciłem się do ucieczki na rufę.

Dwóch z nich pobiegło w moim kierunku, a trzeci w stronę drugiego przejścia na rufę, by zajść mnie z drugiej strony.

Amatorzy – pomyślałem. – Nawet nie zadali sobie trudu, by zrobić zwiad.

Tamta droga była zaślepiona stertą skrzyń po prowiancie. Facet musiałby przez nie przejść, lub zawrócić. Po chwili usłyszałem stek przekleństw z tamtej strony. Poczułem jak szyderczy uśmiech wykrzywia mi twarz.



Skoczyłem za kabestan i przykucnąłem oczekując na ich nadejście. Dwóch bandziorów skradało się celując w każdy podejrzany cień. Kiedy podeszli na dziesięć kroków gwizdnąłem. Stanęli rozglądając się na wszystkie strony.



Mój desert eagle grzmotnął dwa razy wysyłając obu prosto do piekła. Połowę z komanda zabójców miałem z głowy. Wymieniłem magazynek i szybko wskoczyłem do włazu prowadzącego do kluzy kotwicznej. Teraz zamierzałem wystrzelać tych, którzy plądrowali w kadłubie. Dwóch było na mostku, trzeci na  pokładzie, a zatem dwóch na pewno znajdowało się w rufowej części statku, gdzie znajdowała się maszynownia, magazyny i warsztat chiefa z jego kanciapą.



Usłyszałem nad głową stłumione klaśnięcia wystrzałów i stukot z jakim pociski uderzały o poszycie pokładu.

To jednak amatorzy… - pomyślałem znowu. – Zawodowcy nigdy by się tak nie zachowywali. Zawodowcy usiłowaliby mnie podejść i ustrzelić. Ci zaś zachowywali się jak dzieciaki, którym dano broń do ręki i kazano się bawić w podchody…

 Tym niemniej trzymałem się na baczności. Amatorzy czy nie, wciąż byli groźni. Atut własnego boiska i element zaskoczenia chronił mnie tylko częściowo. W dalszym ciągu mieli przewagę liczebną – pięć do jednego.



Otworzyłem właz na podpokład i rzuciłem okiem. Nie było tam nikogo. Wiodła z niego droga do maszynowni, a stamtąd do ładowni i do zęz. A także do góry, na mostek. Moich przeciwników tam nie było. Nie słyszałem ich w ogóle, natomiast odgłosy ich kroków dobiegały z góry. Po chwili usłyszałem, jak uruchamiają kabestan wyciągający łańcuch kotwiczny. Liczyli na to, że będę w pomieszczeniu kluzy i poruszający się łańcuch zmiażdży mnie, lub wykurzy z pomieszczenia na zewnątrz – czyli na pokład. Szybko podbiegłem do trapu i rozejrzałem się błyskawicznie dookoła. Nikogo w zasięgu wzroku.



Biegnąc najciszej jak tylko mogłem wydostałem się na wejściówkę do góry i po chwili byłem przy wyjściu na przedni dek. Mogłem zrobić dwie rzeczy – ukryć się gdzieś w nadbudówce, albo wyskoczyć na zewnątrz i wdać się w strzelaninę z bandytami. Była jeszcze trzecia możliwość – wyskoczyć do wachy i wpław przedostać się do Nassau. Tylko że mógłbym sobie od razu strzelić w łeb. Oni mieli przecież łódź…



Zaraz… łódź! – zamajaczył mi w głowie cień pomysłu – a jakby tak wskoczyć, uruchomić i odpłynąć? Tam nie zostawili żadnego człowieka w swej głupocie… Spróbować warto! 

Cichcem wyszedłem z mojego ukrycia i podszedłem do relingu. Łódź była przy trapie i nikogo w niej nie było. Już miałem wbiec na trap, kiedy stało się coś dziwnego. Tuż koło trapu pojawił się jakby pręt wystający pionowo z wody. po chwili usłyszałem stłumione uff… i przy burcie „Caraibean Pearl” pojawił się czarny, obły kształt, a po sekundzie otworzył się właz, z którego wypadło kilku rosłych mężczyzn. Czterech z nich wpadło na trap, pozostali pięli się do relingu. W ich rękach była broń.

- Hands up! – usłyszałem za sobą. – Freeze! 

Położyłem pistolet na pokładzie i powoli podniosłem ręce.

- Gdzie reszta? – padło pytanie.

- Na rufie. Jest ich pięciu.

- Dawaj rebiata – usłyszałem w odpowiedzi.

Rosjanie!? – pomyślałem – cholernie szybcy i sprawni rosyjscy komandosi. Co oni tu robią?



Usłyszałem za sobą krzyki i serie z broni maszynowej. Rosjanie nie używali tłumików i ostry jazgot kałasznikowów niósł się po wodzie. Po razu minutach wrócili kładąc zwłoki zabitych w pokot.

Jeden z Rosjan, najwidoczniej dowódca podszedł do mnie.

- Ty kto? – zapytał ostro.

Przedstawiłem mu się. Spojrzał na mnie życzliwiej.

- Musieliśmy ich posprzątać – burknął – to ci, którzy zabili naszych na „Wołgobałcie” kilka dni temu na Bermudach. A gdzie wasza załoga?

- Na lądzie. Oni zabili naszego wachtowego i ciężko zranili drugiego…

Skinął głową, jakby wiedział.

- Ilu ich było?

- Dziesięciu. Pięciu zabiłem sam, resztę wy…

Spojrzał na mnie z uznaniem.

- Mołodiec… - mruknął. – Gdzie wojowałeś?

- Byłem w Kosowie, potem w Chorwacji.

Znów skinął głową.

- No dobra, gospodin pierwyj – rzekł – my się zabieramy i ich też. Musimy ich zidentyfikować, a co złego to nie my. Oddajcie mu broń – polecił pilnującemu mnie komandosowi.

- Dziękuję za pomoc – odpowiedziałem – nie wiem, czy dałbym sobie radę sam.

- Ja dumaju. Aha, jeszcze jedno. Nas tu nie było, rozumiemy się?



Gwizdnął na palcach i po chwili Rosjanie zabrali się i rozpłynęli w ciemnościach nocy. Za burtą zabulgotało i midget[4] wsunął się w ciemne odmęty wodne. Po wizycie zostały tylko plamy krwi i porozrzucane tu i ówdzie sterty łusek po wystrzelonych nabojach.



Kto ich zawiadomił? Skąd wiedzieli, że kostarykańczycy tu będą jeszcze raz? – myślałem siedząc na pokładzie. – I najważniejsze: dlaczego zostawili żywego świadka, czyli mnie? Przecież musieli się liczyć z tym, że ujawnię przed władzami i mediami, że tutaj byli…



Poszedłem do mojej kabiny i wróciłem do trapu z butelką Jacka Danielsa. Popijałem i zastanawiałem się nad tym, co się mnie przydarzyło w ciągu tych dni. I tak bijącego się z myślami i walczącego z niemal opróżnioną butelczyną zastała mnie załoga, która powróciła z lądu około trzeciej nad ranem.



10 grudnia, godzina 16:00 EST



Obudziłem się z wysuszonym gardłem i potwornie bolącą głową. Monstrualny kac dawał się we znaki. Półprzytomny z bólu i ogólnej słabości znalazłem Alka-zeltzer i wodę mineralną. Wrzuciłem do szklanki dwie tabletki, zalałem mineralką i rozbełtałem je, a potem wypiłem duszkiem. Po paru minutach poczułem, jak zawarta w nich kofeina i witamina C zaczyna działać i szalejący pod czaszką huragan powoli zmniejsza swoją siłę i mogę myśleć w miarę normalnie…



Wstałem, ubrałem się i powlokłem się na mostek. Starego nie było – może odsypiał hulaszczą noc, a może tłumaczył się przed władzami portowymi. Na mostku był Frank Bannister.

- Kiepsko pan wygląda, panie pierwszy – zauważył na mój widok, ale panu się należało po tym wszystkim, co się tutaj działo.

Potrząsnąłem głową i poprosiłem o kawę na mostek. Po paru minutach steward przyniósł mi cały dzbanek.

- Jak tu dotarliście? – zapytałem krzywiąc się na dźwięk własnego głosu.

- Zwyczajnie, naszą łodzią. I co najciekawsze, na kei stała jakaś dziewuszka i powiedziała, że pan ją przysłał, bo nie ma łączności ze statkiem i żebyśmy wszyscy czekali na nabrzeżu. Stary się wściekł, poszedł z awanturą do kapitanatu. W kapitanacie powiedzieli, że nic nie wiedzą o nas… Normalnie czeski film.

- I co dalej?

- A dalej to Stary wracając zobaczył Zodiaka i ślady krwi. Zrobił raban na policji portowej i kazał szukać was wszystkich, bo nie wiedział, kto przypłynął. Myślał, że to pan, ale wtedy przyszedł Ferro i wszystko się wyjaśniło.

- A właśnie, co z Loicem?

- Przeszedł dwie operacje i żyje. Stan ciężki, ale stabilny.

- Wyliże się – mruknąłem.

- A co z tą dziewczyną, co was zatrzymywała?

- Znikła. Jakby skoczyła do wody.

- To znaczy się skoczyła, czy nie?

-Nooo… jakby to powiedzieć – trzeci zaplątał się – ona poszła wzdłuż nabrzeża, a kiedy znikła, to z tamtej strony usłyszeliśmy plusk…

- A jak ona wyglądała? – zapytałem, bo wreszcie do mnie dotarło, co opowiadał Bannister.

- Blondynka, na oko dwadzieścia pięć lat, zielone oczy, wysoka, bardzo ładna…

Janta! – pomyślałem. – To ona uratowała załogę…

- No to ciekawie tam było.

- A jak pan sobie dał tu radę? Zatłukł pan dziesięciu zbirów…

- Tylko pięciu… - burknąłem.

- Jak to? – zdziwił się – przecież…

- No właśnie – odparłem – pięciu pozostałych rozwalili ruscy komandosi. SPECNAZ ichniego marwoju. Tak dobrzy jak chłopcy z SEAL… Wyrównywali porachunki za swoich chłopaków z „Wołgobałta”. Szkoda, że Thor nie przeżył… Ale – ale, gdzie kapitan?

- Na lądzie, tłumaczy się glinom i przedstawicielom firmy.

- Co robimy dalej? Chyba płyniemy do domu?

- A Bóg raczy wiedzieć. Chyba stary przywiezie jakieś dyrektywy z firmy, to się zobaczy.



W tej chwili usłyszeliśmy odgłos pracy silników i pod trap dobił Zodiak z kapitanem. Po kilku minutach wpadł na mostek.

- Panie trzeci – zaczął bez wstępów – posprzątać ten burdel na pokładzie.

Frank skinął głową i zaczął poganiać załogę do roboty.

- O, pierwszy! – zawołał Stary na mój widok – czy jest pan zdatny do czegokolwiek?

- Jawohl! Jestem – odpowiedziałem podnosząc się z krzesełka nawigatora.

- No to sehr gut! – odparł – przygotować statek do wyjścia w morze. Idziemy do Tampa po jakieś gorące świństwo i przez całą drogę powrotną do Bahamów mamy eskortę Straży Przybrzeżnej.

- O, na Florydę – ucieszył się trzeci – kaducznie dawno tam nie byłem!

- No to niech się pan nie cieszy – mina kapitana była chmurna – bierzemy ładunek i idziemy do… do Hawru. Tam nas przesłucha co najmniej pięć francuskich wywiadów i na dodatek komisja z firmy. O wywiadzie NATO nie wspominam…



10 grudnia, godzina 24:00 EST



Odbijaliśmy równo o dwunastej w nocy. Statek oddał cumy i przy dość niskiej jak na grudzień fali szliśmy w kierunku Florydy. Cieszyłem się na Miami, ale Amerykanie z jakichś powodów wybrali Tampa – port leżący po zachodniej stronie półwyspu. Najwidoczniej ładunek paliwa jądrowego miał przybyć lądem, a następnie miał zostać załadowany na statek Firmy i popłynąć do Europy. W czasie przelotu przez Atlantyk nic nam raczej – poza paskudną pogodą – nie groziło.



12 grudnia, godzina 22:30 AST



Dobijamy do kei portu w Tampa. Przygaszone światła, na kei żywego ducha. Cumownicy odchodzą jak najszybciej mogą. Nie wiem, co im powiedziano, ale zapewne nic pochlebnego… Patrzę przez lornetkę na nabrzeże i stwierdzam, że jest dokładnie obstawione przez MP. To dlatego nie było żadnego komitetu powitalnego celników i klarków. Nawet oficerów imigracyjnych. Potraktowano nas jak statek zadżumionych!



Załadunek pojemników z plutonem trwał równie szybko i sprawnie. Najwidoczniej nikt nie chciał się z nami stykać i statkiem też – może bali się promieniowania, a może jakichś terrorystów z Costaricany? Diabli wiedzą…



12 grudnia, godzina 04:50 AST



Wychodzimy z Tampa. Wraz z nami duży patrolowiec typu Hamilton uzbrojony jak lekki krążownik – automatyczne działo kalibru 127 mm, działka przeciwlotnicze, torpedy i pociski rakietowe zdolne rozwalić wszystko, co nam stanie na drodze.



Także i nas, w razie czego – tłucze mi się w głowie bezsensowna myśl.



Chociaż po tym, co przeszliśmy wszystko było możliwe… Stary położył statek na kursie i idziemy pół naprzód w stronę Cieśniny Florydzkiej.

Za tydzień będziemy już po drugiej stronie Atlantyku – myślę i cieszę się na myśl o Świętach na lądzie. – Może pojadę do Szwajcarii na narty? Albo do Zakopanego? Choć tam jest coraz drożej, a poziom usług jak zawsze, to znaczy mierny…



13 grudnia, godzina 23:00 EST



Leżę na koi. I usiłuję zasnąć. Mamy za sobą Bahamy i powoli oddalamy się w cichnącym sztormie od kontynentu amerykańskiego. Liczę barany, przepowiadam sobie tabliczkę mnożenia, ale sen nie przychodzi. Coś mnie niepokoi. Odnoszę wrażenie, że zapomniałem o czymś niezmiernie ważnym, albo może wkrótce stanie się coś niezmiernie ważnego…



Cholerny stan wewnętrznego niepokoju. Mało powiedziane – to jest strach. Strach przed niewiadomym? Zastanawiam się, czy mówi mi to intuicja czy rozum. Nie wytrzymuję – wstaję i ubieram się, a potem niemal biegiem udaję się na mostek.



Na zegarku jest jedenasta w nocy, omiatam spojrzeniem ekran radiolokatora – jest ustawiony na zasięg dwunastu mil i pusty. Nie ma żadnego większego echa poza cieniami fal…

- Co się dzieje panie pierwszy? – pyta zaniepokojony Jim Archer, najmłodszy członek naszej załogi.

- Gdzie jesteśmy? – odpowiadam nie udzielając mu odpowiedzi. Mój niepokój udziela się i jemu…

- 27°27’47”,47 północ i 070°07’42”,30 zachód – odpowiada, a ja widzę jak jego twarz blednie. – Rany boskie, panie pierwszy, jesteśmy…

- … w samym środku Trójkąta Bermudzkiego – kończę za niego. – Boisz się?

Jim przełyka ślinę, a ja biorę się w garść.

- Tyle siódemek, to nie powinno nam się stać niczego złego – mówię kojąco.

- Nie wierzę w zabobony – Jim także oddycha z ulgą.

- Ja też nie, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże – przekładam mu na angielski polskie powiedzonko – to tak jak u was: ostrzeżony – uzbrojony!

Śmiejemy się patrząc w mroki atlantyckiej nocy.



13 grudnia, godzina 23:59 EST



- To co, jest za minutę północ – Jim przeciągnął się jak zadowolony kociak – niech pan idzie spać panie pierwszy. Jutro będzie ciężki dzień, bo coś mi się widzi, że ten sztorm nas nie opuści, a Wyż Azorski go chyba zatrzyma na tych wodach…

- E, nie – odpowiadam – Azory za daleko, a ten sztorm pójdzie zwykłym torem: na Islandię, a potem odwinie się na wschód i południowy-wschód i pójdzie na Europę Środkową. Za dwa tygodnie będzie tam odwilż.

- I nie pojeździ pan na nartach…

- Ano nie – wzruszam ramionami – może pójdę na wspinaczkę?

Spojrzałem na zegarek, na moim binarnym czytniku wyskoczyła dwunastka. Była dokładnie północ. To co stało się później przypominało jakiś koszmar połączony z horrorem.



Najpierw poczuliśmy gwałtowny wstrząs, jakby statek uderzył w jakąś przeszkodę. Ale do dna mieliśmy ponad cztery kilometry, a do najbliższego lądu setki mil… Potem zgasło światło i jednocześnie usłyszeliśmy głuchy huk.

- Ładownia! – usłyszałem głos Jima – panie pierwszy!

Skoczyłem do okna i zdrętwiałem z przerażenia.

Ładownia przypominała wejście do Piekła albo co najmniej krater wulkanu. Jej pokrywa była wyrwana i przewieszała się przez reling. Z wnętrza bił żar białych płomieni. Musiało tam być z tysiąc stopni, jak nie więcej. nie wiem, co to było, ale gaszenie tego wodą mijało się z celem. Poza tym promieniowanie… „Pastylek” z tlenku uranu w cyrkonowej obudowie nie zagasi się wodą, bo każda próba gaszenia tylko wznieca pożar i zwiększa możliwość wybuchu chemicznego mieszaniny piorunującej wodoru z tlenem z atmosfery… .



- Alarm „opuścić statek” – wydałem polecenie i wdusiłem przycisk syreny alarmowej. Na szczęście miała niezależne zasilanie i we wszystkich pomieszczeniach rozległo się jodłowanie jej sygnałów.



W chwilę potem poczuliśmy kolejny wstrząs i wyleciała w powietrze pokrywa ładowni numer dwa, z której świecą strzeliły w niebo jaskrawe płomienie. Pomyślałem, że tak musiały wyglądać płonące tankowce z arktycznych konwojów, kiedy trafiały w nie niemieckie torpedy…



Usłyszałem kolejny huk i zewsząd posypało się szkło. Poczułem potężne uderzenie w ciemię i zapadłem w bezgraniczną czerń…



24 grudnia, rano



Otworzyłem oczy. Ostre światło dnia uderzyło bezlitośnie w źrenice, więc je zamknąłem ponownie i odczekałem, aż przyzwyczaja się do światła.

- Pacjent się wybudził – słyszę.

Otwieram oczy. Obok mnie siedzi pielęgniarka z dziwnie znajomą twarzą. Wytężam mózgownicę, ale nie mogę sobie przypomnieć, kto zacz…

- Nie poznajesz mnie? – pyta.

Kręcę przecząco głową.

- Amnezja – słyszę obcy głos – pourazowa.

W polu widzenia pokazuje się twarz lekarza.

- Jak się pan nazywa? – pyta.

Znów wytężam pamięć zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że nie pamiętam i tego…

- A teraz znów musi pan pospać – słyszę głos lekarza i czuję ukłucie igły.

Świat odjechał ode mnie w ekspandującej czerni…



Bermudy, w dwa miesiące później



Wróciłem już całkiem do siebie. Przypomniałem sobie wszystko, co przyczaiło się gdzieś w zakamarkach mojej pamięci, a Janta nie odstępowała mnie ani na krok. Odwiedzali mnie członkowie załogi, którzy byli w stanie chodzić po tym, co nas spotkało w środku Trójkąta Bermudzkiego. Według ich relacji zdołałem odtworzyć sobie, co się właściwie stało na pokładzie „Carribean Pearl” owej fatalnej nocy z trzynastego na czternasty grudnia ubiegłego roku.



Eksplozja bomb termitowych podłożonych w dwóch ładowniach. Tak to miało wyglądać, jakby statek literalnie zapadł się pod wodę płonąc. Ktoś musiał cholernie lubić dobrą robotę. Załoga uratowała się tylko dlatego, że udało się nam uruchomić alarm. Gdyby nie, to połowa by zginęła, a resztę wtroiłyby rekiny czy inne żarłoczne rybki.



Mieliśmy fart. Eksplozje i pożar zauważył satelita szpiegowski, który przekazał obraz tego, co się dzieje do centrum operacyjnego NORAD. Temperatura eksplozji była tak wysoka, że operatorzy sądzili, że nastąpiło odpalenie pocisków rakietowych na Stany Zjednoczone. Ponieważ nie można było zidentyfikować tego zjawiska, a żadnej rakiety lecące na Amerykę nie zauważono, z Miami wysłano samolot zwiadowczy, który znalazł nasze szalupy i tratwy i z kolei przysłano po nas statek ratowniczy, który podjął nas na pokład. Tak wyglądało nasze ocalenie. Oczywiście – jak przy tego rodzaju okazjach – prasa brukowa zaczęła używanie na całego i kulałem się ze śmiechu czytając te brednie, które wypisywano. Oczywiście była także druga strona tego skandalu.



Z drugiej strony sprawa działalności koncernu John Dante Goldman Uranium Mining and Power Co. oparła się o senat, którego komisja postanowiła przyjrzeć się dokładniej tej firmie i jej działalności – w tym kooperacji z Golden Phoenix - Phènix d’Or Co. Ltd. Uruchomiono śledztwo w trakcie którego zaczęły wychodzić pokrętne interesy prowadzone z reżimem w Costaricanie, powiązania z terrorystami z AQL oraz tajemniczymi organizacjami neohitlerowskimi w Ameryce Południowej. Zrobiła się zadyma, przy której afera Iran – Contras, to małe piwo, nawet nie – mały pikuś, a Ollie North to żałosny amator. Afera nuke-ships – jak ochrzciła ją prasa bulwarowa – zataczała coraz szersze kręgi…



Wszystko to działo się, kiedy leżałem z rozbitym łbem w szpitalu w Hamilton i wracałem do siebie. Wreszcie wypisano mnie ze szpitala i mogłem wyjść „na wolność”. Janta przyszła po mnie i czekała, aż pielęgniarka wyda mi wszystkie dokumenty. Z plikiem papierów pod pachą wyszedłem wreszcie przed szpital i wpadłem w objęcia Janty.

- Co masz zamiar ze sobą zrobić, kiedy jesteś już zdrowy? – zapytała po wymianie powitalnych uścisków i pocałunków.

- Zainstalować się gdzieś i jakoś wrócić… - zacząłem i dotarło do mnie, że na dobrą sprawę nie mam do kogo, gdzie i do czego.

- Nie masz gdzie wracać? – zapytała Janta, ale właściwie było to stwierdzenie – gdzie twój dom, marynarzu?

- Cztery kilometry pod wodą oceanu – burknąłem – mógłbym wrócić do Londynu.

- Tam mieszkasz? – zainteresowała się.

- Ad interim – odpowiedziałem – tymczasowo. Wynajmuję chatę w Felixtowe.

- Masz tam kogoś?

- Przecież wiesz dobrze, że nie…

- Przepraszam, że cię wypytuję, ale chcę wiedzieć, na czym stoję.

Stanąłem i spojrzałem na nią zdumiony.

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że…

- …że cokolwiek powiesz, ja odpowiem „tak” – odrzekła.



Parsknęliśmy śmiechem.

- Nawet nie dałem ci pierścionka – powiedziałem z żalem – jak na romantyczną Syrenę, to jesteś bardzo rzeczowa.

- Bo jestem – odparła – kocham ciebie, więc dlaczego nie moglibyśmy być razem?

- No tak, ale gdzie będziemy mieszkali? Chyba nie w Felixtowe. Fajne miasto, nad morzem, ale nie wiem, czy byś się czuła tam dobrze. A ja do oceanu się nie nadaję.



Roześmiała się.

- I kto to mówi – rzekła na koniec – marynacha!

- No to OK., zamieszkamy na łajbie – zaproponowałem.

- Nie, w Tsingalai – odparła.

- E, gdzie?

- W Tsingalai, przecież mówię.

- Co to takiego?

- To miejsce, w którym znajduje się największe centrum kulturalne i administracyjne Ludzi Morza, coś jak wasze stolice państw. Oczywiście jest ono przystosowane do podtrzymywania życia istot oddychających tlenem, jak ty. No i ja też, rzecz jasna.

Wzruszyłem ramionami.

- Pierwsze słyszę.

Uśmiechnęła się zagadkowo.

- Idę o zakład, że tak nie jest – odparła – i co więcej, być może nawet marzyłeś o tym miejscu.

- No to gdzie ono jest?

- Na południowym Pacyfiku. Marie Therese Reef.

- Tam??? – ze zdumienia brwi podjechały mi w górę – przecież tam… Zaraz, zaraz…

Znów się roześmiała.

- Oczywiście, pamiętasz „Tajemniczą Wyspę” Verne’a?

- No pewnie. Chodzi o wyspę Lincolna i wyspę Tabor.

Westchnęła z udawanym współczuciem i ulgą jednocześnie.

- Nooo… zaskoczyło! Ale o tym jeszcze pogadamy. A teraz chodź na plażę. Stęskniłam się za słońcem i wodą.



Ja też. Powiedziałem jej to, więc najpierw pojechaliśmy do Grape Bay Beach Hotel, gdzie zainstalowała się Janta i od teraz ja także.

- Jak nas zameldowałaś? – zapytałem zdumiony.

- Nie wiesz? – odparła z szelmowskim uśmieszkiem – jak zwykle w takich razach: Pan i Pani Smith. Koniec, kropka, the end.

- No a koszty pobytu? To jeden z droższych hoteli…

- A co mnie to obchodzi? – wzruszyła ramionami – póki trwa śledztwo w sprawie afery nuke-ships za nasz pobyt tutaj płaci Wuj Sam.

No to było do przyjęcia.



- Co robimy Mister Smith? – zapytała, kiedy już zakwaterowałem się w naszym pokoju.

- Najpierw jakiś dinner, byle nie pizza czy inne fast-gówno, a potem plaża – zaproponowałem.

- Świetnie. Potem poleżymy sobie nad basenem albo na plaży, to tylko sto metrów stąd i sobie wreszcie pogadamy. Opowiem ci pewną historię, która dotyczy moich przodków i katastrofy statku pasażerskiego na Atlantyku. To pewna zagadka, której nie potrafię rozwiązać. I chyba nikt, może więc ty coś mi poradzisz…?

- Ja?

- Pewnie, że ty – powiedziała z zagadkowym uśmiechem – jesteś marynacha, czy nie?

Skinąłem głową.

- No to idziemy coś przekąsić, a potem muszę kupić sobie jakieś szałowe bikini. Niech te babsztyle, co ciebie tak obmacują wzrokiem widzą, że nie mają szans…

Eh, te kobiety – pomyślałem – czy Syreny czy Kosmitki, zawsze są te same…

Spojrzała na mnie.

- Faceci – prychnęła – zawsze myślą tylko o jednym!

Zmierzyłem ją wzrokiem.

- A nie przyszło ci to do twojej ślicznej główki, że właśnie na tym opiera się i wokół tego kręci się ten świat?

- Seksistowskie gadanie – zaśmiała się i pociągnęła mnie za rękę – chodź wreszcie i nie marudź!



I poszliśmy razem do restauracyjki, gdzie dano nam normalne, europejskie jedzenie. Na szczęście z francusko-włoskiej kuchni, a nie angielskiej, czego się obawiałem. Zjedliśmy, co nam dali i Janta pognała do hotelowego sklepiku. Po chwili wróciła z trzema kostiumikami w ręku. Dwa były w jakieś kolorowe ciapy, od których oczy bolałuy w podzwrotnikowym słońcu, trzeci gładki i zielony.

- Który ci się najbardziej podoba? – zapytała.

- Zielony – odparłem – pasuje ci do oczu. Też są zielone.

Uśmiechnęła się.

- Akurat – burknęła – jest najbardziej kusy ze wszystkiego.

- Kobiety uwielbiają się rozbierać – stwierdziłem – i to bynajmniej nie dla innych kobiet.

Pokazała mi język. Potem poszła do toalety i wyszła z niej już w stroju. Była olśniewająca.

- Jesteś olśniewająca – rzekłem – wyglądasz jak Rusałka.

- A ty jak bladawiec – oświadczyła – chodź na słońce, przynajmniej to tu jest za darmo…

- Tak czy inaczej, wyglądasz, że jejku… Nawet podwójne jejku!

- Zdradzę ci nasz sekret – powiedziała scenicznym szeptem – uwielbiam się rozbierać, bo nagość jest naszym naturalnym stanem. Tylko Polacy rodzą się w rogatywkach i z szablą w dłoni. Reszta nacji rodzi się normalnie, czyli zupełnie nago. Zrozumiał? A teraz chodź, słońce i woda czeka. Idź się wreszcie przebierz, aha, kupiłam ci kąpielówki… 



I tak sobie dogadując poszliśmy na plażę. Usiedliśmy obok siebie. Janta przytuliła się do mnie, a ja objąłem ją ramieniem. Patrzyliśmy oboje na niebo, na którym wędrowały oświetlone słońcem obłoki.

- Co to za sensacyjna historia, którą chcesz mi opowiedzieć?

- Dotyczy mojej prababci, która podobnie jak ja zgłupiała i zakochała się w człowieku. No i oczywiście poszła za nim w świat…

- No piękny początek – burknąłem – czy chcesz mnie zdołować na samym początku naszego, ehem…, związku?

Zachichotała uroczo.

- Nie zdołować, tylko zdominować – oświadczyła spokojnie – ale jak znam ciebie, to wiem, że się nie dasz. A kiedy mi się oświadczysz?

- Jutro – odparłem – dzisiaj nie chce mi się łazić po sklepach.

Przylgnęła do mnie mocniej, a ja pocałowałem ją w usta.

- Ale jutro – zastrzegła się, kiedy puściłem ją do złapania oddechu.

- OK., masz moje słowo – odparłem – a teraz twoja historia…



No i ją opowiedziała, a kiedy skończyła zrobiło się całkiem ciemno, a ja miałem wrażenie, że ponownie dostałem belką w czaszkę. Ale to już temat z innej ballady…



KONIEC 





[1] Żargonowa nazwa brytyjskiej Royal Navy.

[2] Polski odpowiednik – komandor.

[3] Polski odpowiednik – komandor porucznik.


[4] Popularna żargonowa nazwa miniaturowych okrętów podwodnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz