sobota, 22 grudnia 2012

Północnobiegunowa prowokacja

Wczoraj ja i Mały Lew przeliczyliśmy artykuły odnoszące się do końca świata (na portalu Eioba). Wyszło tego siedem czy osiem. Niektóre straszyły katastrofami, inne chichotały złośliwie nad kolejnym potknięciem proroków wieszczących koniec końców. Przyznam, że sam przeczytałem tylko jeden, przed tygodniem. Nie czułem najmniejszych impulsów, by sycić swoje płaty czołowe i wszelkie inne informacjami o końcu świata - być może koncentracja przedświąteczna ma tu swoje znaczenie.
Acz przede wszystkim przekonanie, że żaden koniec w sensie katastrofalnym, ot, ucięta videotaśma ludzkich harców, nie jest nam pisany. Mimo że jakoś masowo się tego domagamy.
Pod artykułem o końcu świata napisałem krótki komentarz oddający moje widzenie sprawy. Otóż końca takiego nie będzie z tej przyczyny, że byłoby to zbyt proste. Czytaj: niezasłużenie uwalniające człowieka od wzięcia się za bary z bajzlem, którego sobie i ziemi swej błękitnej narobił przez tysiąclecia... jeśli nie miliony lat, bo akademickie wersje wydarzeń i zdobiące je daty od dawna pachną mi herezją.
Tu muszę zapewnić: tak, z kosmicznej oddali Ziemia wciąż lśni błękitem, choć ludzie żyjący u hałd i kombinatów mają prawo niedowierzać.
Owszem, mamy bajzel. Gdyby go nie było, mazuty nie wędrowałyby szlakiem Żeglugi Rzecznej na gapę, oliwy i ropy nie ubarwiałyby oceanów, nuklearne bibeloty nie zsuwałyby się w rowy mariańskie, markizowe i inne, człowiek nie szlachtowałby człowieka, zwierza i nie dałby sobą rządzić jakimś Sithom, co trują wodę fluorem, mięso lekami, modyfikują warzywa, szczepią dzieci koszmarami i tak dalej...
Gdyby nie było bajzlu.
Ale jest.
Więc końca świata nie będzie. Raczej więcej roboty, bo bajzel nieuprzątany ma pewną cechę wielce kłopotliwą.
Piętrzy się.
W tej sytuacji wieszczenie końca świata w terminie, o zgrozo, tuż-przed-wigilijnym, należy uznać za coś groźniejszego od prowokacji gliwickiej, otóż za prowokację północnobiegunową.

Jak mógł poczuć się zasapany nad listą Dzieci Grzecznych władca bieguna, Święty Mikołaj? A jego elfy? Reny? Skrzydłowi?
Taki termin? 21 grudnia? Poważny nietakt.
Należałoby przeprosić notą, bo kto tam wie, czy prezenty dotrą.
Na pewno nie zasługują na nie prorocy siejący zamęt i rządy tajne i nietajne, co podkładają nogę ludzkości.
Pozostaje wierzyć, że podłożenie nogi na taką skalę nie jest takie proste.
24 grudnia przekonamy się, czy Święty Mikołaj wciąż jest z nami, czy też przerzucił korpus i fabryki na jakiś biegun tudzież krater marsjański.
Najprawdopodobniej jednak zostanie i on, i ten nieszczęsny bajzel, za który trzeba się będzie zabrać.
A skoro tak, to poświętujmy dla pokrzepienia.
Dziś dla energii poświętowania prezent od niezawodnej Przyjaciółki Lwów, Ewy Łokuciejewskiej:


Wigilie



Być może

Właśnie w ten jeden

Jedyny dzień



Jestem moją babcią z trudem zagarniająca

Dzieci i wnuki do jednego stołu

Bo przecież najpierw trzeba się pomodlić



Być może

Właśnie w ten jeden

Jedyny dzień



Jestem moim dziadkiem

Zaginającym czubek sosny by powiesić

Zawsze niesforną gwiazdę



Być może

Właśnie w ten jeden

Jedyny dzień



Jestem moim beznogim bohaterskim stryjem

I bezdzietną ciotką, której nikt nie lubił

I nikt nie wiedział czemu.



Być może, mój Boże



Moją matką strząsającą  cukier puder

Z obwitego biustu do klusek z makiem

I czule obejmującą w dłoniach

moją dziecięca twarz



Może samą sobą smażącą karpie

I w tym samym geście tulącą

Policzek mojej córki



 Może będę, mój Boże 



Także nią w podobnym geście

Matczynej czułości



Być może,

Byłam, jestem i będę

Tym wszystkim



Każdą chwilą celebrowaną przez nich i świętą

Ich nadzieją i wiarą

Że jest miłość poza grób trwająca

I poza krzyż

Wiarą, że właśnie narodził się Bóg



Jestem i będę

Właśnie w ten jeden

Jedyny dzień…

3 komentarze: