wtorek, 8 stycznia 2013

Kobieta kłopotliwa

Bywają typy kobiety, które klasyfikować należałoby jako kłopotliwe. Jakie to typy? Zdradzające! - krzyknie ktoś. Owszem, tak. Typ zdradzający jest niewątpliwie bardzo kłopotliwy i to nie tylko dlatego, że reputacja idzie w gruzy albo do koksownika na podpałkę. Pojawia się wszak problem odwetu. Wypada dać w zęby arogantowi i grabieżcy, prawda? A co, jeśli to mistrz karate? Albo piechur z Dywizji Kościuszkowskiej? Albo członek mafii korsykańskiej?

No jest to jakiś ambaras.

Dzisiejsza historia traktuje o innym jednak typie kobiety /żony/ kłopotliwej.

O typie fanaberyjnym.

E, toż to błahostka - powie ktoś. No cóż, nieopierzony, dwudziestoletni greenhorn. My, panowie, doświadczeni i oświeceni, wiemy przecież, że prawda jest bardziej mroczna. Znacznie bardziej.

 Zapraszam do lektury.

Wiewiórka na polu minowym
Tak, pole minowe w domu to dość poważna sprawa. Szczególnie dokuczliwe jest natłoczenie min w sypialni. Miny te co prawda nie wybuchają, nie odrywają nóg i twarzy, ale zabijają seks.
Eksplodują osobliwie zagęszczonym obłokiem mgły i gazu musztardowego, celującego między żonę i męża. Osobliwa jest skuteczność tego obłoku. Dwoje ludzi leży pod tą samą kołdrą, dzieli ich tuzin czy dwa centymetrów, a jednak nie trafiają do siebie. Obłok nie przepuszcza.
Ciekawe, że cierpienie wskutek wybuchu takiej miny dokucza bardziej mężczyznom.
Wiem, o czym piszę tu wam, ku przestrodze i wyżaleniu zarazem, bo taki to właśnie obłok zaczął pojawiać się w mojej sypialni, a często i gdzie indziej, na przykład w jadalni, jakieś siedem czy osiem lat po ślubie.
Brak seksu drażni kobietę, ale mężczyznę mumifikuje. Jego ciało kurczy się, brązowieje, nabiera cech trzeszczącego puppeta, po którym nic w sypialni, może jeszcze spełnić jakąś rolę w objazdowym teatrze, pod plandeką stara. Ale to tyle. Już po nim. Kobiety ponoszą mniejszą cenę, więc w ramach kuksańców mogą podkładać miny w sypialni. I robią to.
Mężczyźni nie podkładają żonom (czytaj: sobie samym) min, więc pozostaje im rola saperska. Biada tym, którzy nie odnajdą skutkującej metody na swoim własnym polu. Ja znalazłem. Całkiem szybko obmyśliłem sposób na rozbrajanie min.
Oczywiście ujawnię go wam natychmiast. I zapewniam: jest wysoce skuteczny. Miny znikają, obłok mgielno-musztardowy przestaje się pojawiać, wraca radosna namiętność.
Za jaką cenę?
No cóż. Cena jest. Niemała. Należy odpuścić kobietom w sferze fanaberii.
Tak właśnie. Nazywam rzecz po imieniu i wy, inni mężowie, saperzy mniej lub bardziej skuteczni, wiecie o czym mówię.
One nie potrafią żyć bez fanaberii.
Moja piękna Weronika też nie potrafiła. Rok po ślubie sprowadziła do domu instruktora sztuk walki.
Hindusa nazwiskiem Brahmabrata. Dlaczego Hindusa, a nie na przykład Belga?
Albo Kujawiaka zwyczajnie?
- Bo koloryt mnie stymuluje – uzasadniła swobodnie, gdy okazałem wstrząs na widok turbanu, który zaświecił przez okno ostrym fioletem (gdy trener stawił się pierwszy raz).
- Czy to nie fanaberia? – zapytałem możliwie ciepło.
- Nie, prątku-swądku. Czy zielona herbata smakuje tak samo z rondla, w którym gotujesz jajka, jak z filiżanki, którą Borowczycowie przywieźli ci z Szanghaju?
Tu mnie trochę przytkała. Ale jeśli jeszcze wsparlibyście jej stronę, posłuchajcie dalej.
- Przecież JA ćwiczę sztuki walki, kochanie – przypomniałem półgłosem, gdy Hindus ściągał w holu buty, szaty i jakieś botaniczne korale. – Mogę cię uczyć taekwondo i kung-fu Warana.
- Tak, tak… Ale mistrz Brahmabrata uczy kalaripayat. To jest oryginalne. Zadziwię siebie i wszystkich znajomych.
- Tak… Ale chodzi o zadziwianie czy o skuteczność obronną? – dociekałem.
- Och, czepiasz się, Henry. Kalaripayat jest czymś rzadkim, więc to dodatkowo stymuluje, rozumiesz.
- Ale na miłość boską, wiesz chociaż, co to za styl?
- Indyjski. Albo kaszmirski.
- W kalaripayat skacze się tak, że porażone prądem koczkodany by się nie powstydziły. Skacze się, tańczy, wiruje, wymachuje szablą i tarczą i może jakimiś pazurami stalowymi. Czy to widzisz jako formę pożyteczną w samoobronie na terytorium Ciechanowa?!
- Mogę zrezygnować z miecza i tarczy. To nie przymus.
- To baza stylu. Gdybyś wzięła się za taekwon…
- Henry. Zabijasz we mnie entuzjazm – zmroziła mnie oczami, w których błysnęły szpony tygrysów bengalskich.
- Na rany… A ile kosztuje lekcja? – zniżyłem głos do szeptu, bo bosy, obnażony piersiowo Hindus wkraczał już do salonu, rozwijając matę. Mata i portki mistrza były oczywiście w rażących kolorach. Być może rozmyte, pastelowe barwy uznawane są za barbarzyństwo w Indiach – pomyślałem ponuro.
- Jedna? Stówkę.
Zachwiałem się.
- Weroniko, u mnie lekcja dla żony kosztuje zero złotych, zero groszy – wybełkotałem.
Hindus stanął na środku salonu, rozłożył matę jednym, wyraźnie wytrenowanym ruchem, a potem spojrzał na mnie ostro czarnymi oczami.
- Pan zakłóca energię.
- Proszę? – zbaraniałem. Przez chwilę miałem w głowie obraz drobnej konfrontacji, w której na oczach żony tłukę mistrza Brahmabratę, bo nie sądziłem, by obciążony tarczą i szablą, podrygujący małpio Hindus wskórał zbyt wiele w salonowych warunkach przeciw pięściom i nogom poważnie poirytowanego męża. Obrońcy swej kobiety (a to wiadomo, czy trener sztuk walki nie posunie się do macanek w ramach ,,pokazu prawidłowej techniki’’?) i budżetu.
Mistrza powiatu w kung-fu Warana.
I tak by się na pewno stało.
Ale jakoś mi przeszło, kiedy Brahmabrata nachylił się do torby (rażący, zielony kolor) i wyciągnął z niej skórzane rękawice z żelaznymi pazurami tygrysa. Nałożył je, po czym przeszył mnie jeszcze bardziej posępnym wzrokiem.
- Pan zakłóca energię – powtórzył. Po czym dodał coś nie mniej strasznego: - A ja jestem Ghurkiem.
Przełknąłem ślinę i wycofałem się. Zhańbiłem szkołę kung-fu Warana mistrza Li-Sjen-Wiśnicza, który dojeżdżał na treningi autostopem z Sierpca - ale swego czasu czytałem o Ghurkach i wiem, że lepiej by było pociągnąć za ogon tygrysa niż choćby brew zmarszczyć na tę odmianę Hindusa.
Uciekłem.
Mimo to zostałem surowo ukarany.
Żonie entuzjazmu wystarczyło jeszcze na cztery treningi.
Mimo to zostałem surowo ukarany.
Dużo min wybuchło w domu przez kolejne tygodnie. Sądzę, że jakiś tysiąc w sypialni.
Od tej historii z mistrzem Brahmabratą rozkładałem ramiona na wszelkie już fanaberie Weroniki.
Bo chyba przyznacie już mi rację. To były fanaberie.
Ale jeśli na czym się potknąłem, a żona stawiała minę, rozbrajałem ją błyskawicznie, stosując metodę g o r l i w e j akceptacji kolejnego pomysłu.
Najtrudniej było, gdy Weronika obliczyła nasz budżet i wyszło jej, że stać nas na lokaja z firmy Afrykański Tam-Tam i Tu.
Po pierwsze: źle policzyła. W rzeczy samej nie było nas stać nawet na sprzątaczkę ze spółdzielni inwalidzkiej Niziołek&Pachołek. Pomijam już fakt, że my w ogóle n i e  p o t r z e b o w a l i ś m y służby. Zarabiałem jako dekarz, Weronika jako ilustrator bajek. Mieliśmy mało zleceń, mały dom i mało dzieci.
Raptem jedną córkę, dziesięciolatkę.
Służba? To było bardzo fanaberyjne.
A zwłaszcza, gdy wybierało się usługi najdroższej w mieście firmy Afrykański Tam-Tam i Tu.
W dniu, w którym Weronika obwieściła mi, że zatrudniła lokaja, ,,na razie próbnie, na trzy miesiące’’, stoczyłem wyjątkowo ciężki bój. Naprawdę. Akurat dzień wcześniej wyrzucono mnie z pracy, bo niezręcznym poderwaniem liny asekuracyjnej, podwiązanej do komina, zrzuciłem z dachu majstra. Spadł na furgon rybny. Przeżył, ale lekarz, który przede mną stanął, powiedział mi z niezbyt zrozumiałym zafascynowaniem, że odtąd dla biedaka pojęcie ,,przód i tył głowy traci na znaczeniu’’.
Majstrowi też to chyba powiedział, bo wyfrunąłem.
Całą noc zastanawiałem się, jak przekazać to żonie. Nie chciałem min. Nie chciałem mumifikować się i upodabniać do puppeta z objazdowego teatru. Chciałem seksu z piękną, choć niekoniecznie racjonalną żoną.
I kiedy już zebrałem się w sobie, tuż po śniadaniu, Weronika uprzedziła mnie i z plaśnięciem wpakowała w moje dłonie coś owiniętego w skórę zebry.
- Co to jest? – zdumiałem się.
- Folder – odrzekła z zadowoleniem. – Otwórz.
- Afrykański Tam-Tam i Tu, wyszkolona w Kamerunie i Namibii służba domowa, ambulatoryjna i obronna. Jakość gwarantowana przez obalonego króla Czum-Czuma Jumubę… Obalony król może coś gwarantować? – spytałem odruchowo.
- Oj, tam, przecież to tylko żarty reklamowe – żachnęła się. – Firma należy do Polaków. Ale lokaje są faktycznie Murzynami. Wysocy i umięśnieni.
Ta uwaga akurat niespecjalnie mi się spodobała.
- Ale o co chodzi? – spytałem z niepokojem.
- Zatrudniłam lokaja. Model 23. Odciąży nas.
- Od… - głos uwiązł mi w gardle. Odciąży?! W jakim to sensie, na miłość boską?
Finansowo? Raczej nie. A te mięśnie? Ja miałem przed sobą wychodzenie z domu w poszukiwaniu pracy. Weronika pracowała w domu. Oznaczało to, że obciągnięte czarną skórą mięśnie miały jej towarzyszyć. W przeciwieństwie do moich obciągniętych białą skórą, raczej mniejszych mięśni.
No więc mnie to za bardzo nie odciążało.
Jak powiedziałem, był to dzień próby ciężkiej. Nawet nie ujawniłem incydentu z majstrem i jego skutków, a tu trzeba było z kamienną twarzą zaakceptować kolejną fanaberię żony. Ba! Ponieważ nieco z tym skiksowałem, teraz zmuszony byłem popaść w entuzjazm!
- Hm – udałem namysł, któremu towarzyszył uśmiech urzeczenia (tak, opanowałem tę sztukę, rozwijajcie warsztat, saperzy). – Powiadasz, skarbie, że potrzebujemy lokaja?
- Nie ma cię w domu przez 80% dnia. A to nie jest dzielnica wiktoriańska. Ostatni radiowóz przejeżdżał tędy w Wigilię . Zbłądzili w śnieżycy.
Bardzo zbłądzili. To był radiowóz z Sierpca.
- Nie czuję się bezpiecznie. A poza tym – przeszyła mnie spojrzeniem na tyle nieufnym, że wiedziałem, iż muszę bardziej się postarać – jestem zmęczona pracą. Kto ma zmywać, odkurzać, rąbać drewno…?
Był kwiecień i od dwóch tygodni nie było potrzeby rąbać drewna, kominek zachodził już wiosennym kurzem. Przemilczałem to jednak. Poszerzyłem za to uśmiech.
- Przybyło mi zleceń – westchnęła, jakby oznajmiała smutną nowinę. – Wydawnictwo Zewłok oddało mi do ilustrowania baśnie Amundsena.
- Andersena – poprawiłem, zanim zdołałem ugryźć się w język.
- Powiedziałam ,,Andersena’’ – zabrzmiało i powiało lodem, który zmroziłby samego Amundsena.
I Dziewczynkę z Zapałkami tego drugiego.
Oczami wyobraźni ujrzałem wielki jak sterowiec obłok musztardowo-mgielny, unoszący się nad łóżkiem.
- No tak – kiwnąłem głową.
- No więc zamówiłam model 23.
- Super – wymruczałem łagodnie, otwierając folder nieco drżącymi dłońmi.
Odnalezienie modelu 23 nie zabrało wiele czasu. Jego uniform urzędowy sprowadzał się do nędznej nawet jak na warunki południowoafrykańskich skwarów opaski, tarczy obciągniętej cielęcą skórą i długiej, budzącej respekt włóczni.
- Model 23. Piechur-Zulus – przeczytałem. – Znakomity biegacz i masażysta… - Coś zachrobotało w mej krtani, jakby wpadło do niej trochę wiosennego kurzu. – Niezłomny w ochronie. Przyzwyczajony czuwać nad śpiącą kobietą, jeśli mąż pracuje nocą…  - Znów zachrobotałem. I zaskrzeczałem.- Cena… Cena…
- Nie jest źle, prawda, miśku-ryśku? – uśmiechnęła się Weronika.
Owszem, było bardzo źle. Cena za miesiąc służby wynosiła cztery tysiące złotych.
Pociemniało mi w oczach i poczułem się jakiś taki niezbyt szczęśliwy.
Ale nie zgubiłem uśmiechu. Co czynią treningi.
I strach przed mumifikacją.
- Super! – prawie krzyknąłem.
- Kocham cię! – rzuciła mi się w ramiona.
Przez chwilę tańczyliśmy jakimiś pozbawionymi tak psychologicznego jak neurologicznego wytłumaczenia groteskowymi ruchami. Weronika całowała mnie przy tym w szyję, a ja widziałem w wyobraźni umięśnioną, hebanową, acz posrebrzoną księżycem postać u wezgłowia śpiącej żony. Czekającą na rozkazy. Wszelkie. Na przykład obronno-masujące.
Jakość gwarantował sam obalony król Czum-Czum Jumuba.
- Jezus Maria – wyszeptałem. I czym prędzej dodałem: - Jak ja cię kocham…
Nie wiem, jaki to sprawił cud, ale jeszcze wieczorem tego samego dnia Weronika odwołała usługi Zulusa. Myślę, że jeszcze raz obliczyła nasz budżet. W każdym razie Afrykański Tam-Tam i Tu zażądał za tę rezygnację 500 złotych, co jednak nie przyćmiło mojego wrażenia wielkiej wiktorii.
W roku 1879 pod Ulundi Anglicy sprali niemiłosiernie armię Zulusów. Owego wieczora miałem, przypuszczam, dokładnie takie samo poczucie triumfu jak dowodzący wówczas stroną brytyjską Garnet Joseph Wolseley.
A może i większe. Nikt z was by nie chciał, żeby obdarzony włócznią i mięśniami Zulus stał nad łóżkiem żony w oczekiwaniu zamówień.
Przeżyłem kilkugodzinny horror.
Potem zaś porywające zwycięstwo.
Nie było min, nie było Zulusów.
I nawet wydawało mi się, że to była (no, prawie była) najgorsza możliwa fanaberia Weroniki. Że już nic gorszego nie mogło przyjść jej do głowy.
Ale myliłem się straszliwie.

 *
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Jak wiecie, na początku historii pisałem o tej naszej męskiej potrzebie seksu – oczywiście decydujące tu są względy zdrowotne; gdyby kobiety trochę się nad tym zastanowiły, same przyznałyby, że nie chcą mężów mumii i puppetów, że to całe stawianie min to niedorzeczność… Pisałem i o metodach saperskich.
I zasadniczo wszystko to działa. Rozbrajasz miny albo w ogóle wiążesz ręce minerowi, którego kochasz, pokrzykując z entuzjazmem nad jego zachciankami.
A jednak czasem - może w co dziesięciotysięcznym domu? – może zdarzyć się, że ciężar do udźwignięcia okaże się zbyt wielki. Ponad siły i kunszt sapera umiłowanego w seksie.
No cóż. I tak bywa. Mój czarny dzień nadszedł w połowie lata.
Było niedzielne południe. Wspaniała pora. Wszyscy byliśmy w domu, ale każdy w swoim obranym zakątku. Córka w swoim pokoju na piętrze, gdzie czas umilało jej układanie puzzle z Kajkiem i Kokoszem oraz sok jabłkowy i wafle.
Moja żona siedziała przy stole w kuchni i rysowała ilustracje dla Zewłoku. Nie mieliśmy dużego domu i nic , co mogłoby pełnić funkcje gabinetu, nie wchodziło w grę. Ale Weronika lubiła pracę lub relaks w kuchni.
Ja zaś, cóż, czerpałem z ciszy domowej w pełni szczęśliwie. Akurat miesiąc wcześniej zyskałem pracę. Po znajomości i po trafie niewyobrażalnym. Zostałem fotoreporterem dla Półtygodnika Ciechanowskiego.
R a z, że polecił mnie mój przyjaciel dekarz, którego kiedyś uratowałem na dachu. Wcześniej podciąłem go liną, ale to akurat przegapił. Natomiast moich wyciągniętych nad krawędź dachu dłoni nie przeoczył i był bardzo wdzięczny. Pomoc i wdzięczność mają swoje znaczenie.
Redaktor naczelny był bratem tego dekarza i na początku nie był specjalnie skłonny, lecz: d w a, że jako jedyny ujrzałem i sfotografowałem obiekt pozaziemski.
Miał kształt paleozoicznego łodzika, świecił na brązowo (autentycznie!) i tylko ja zrobiłem mu zdjęcia.
Obiekt widział jeszcze pewien wagabunda parkowy, ale nic z tym nie zrobił, poza tym, że do reszty stracił już wcześniej nadwątlony tułaczkami rozum.
Zatem zostałem fotoreporterem. Okej, za pół stawki. Pół etatu, a może ćwierć. Ale to była lekka praca.
- Co mam robić? – spytałem redaktora naczelnego.
- C z y h a ć.
- Proszę?
- Czyhać. – Spojrzał na mnie wzrokiem przeszywającym w sposób całkiem s z p a d z i. – Nie jestem konwencjonalny, proszę pana. Niektórzy ludzie mają fart do z j a w i s k. Pan być może ma. Niektórzy w przypadku zauważenia zjawisk zachowują zimną krew i robią przytomne zdjęcia. To pan prawie na pewno ma. Jeśli potwierdzi się jedno i drugie przed upływem trzech miesięcy, praca na cały etat. Proszę czyhać.
Czyhałem zatem, ale nic dotąd nie wyczyhałem poza zwyczajnymi ulicznymi pobiciami. To nie spełniało oczekiwań mojego szefa, może dlatego, że sam zaznał pobicia już dwukrotnie.
Mimo to byłem dobrej, optymistycznej myśli w owe południe lipcowe, kiedy rozparty w fotelu oglądałem program o meksykańskich zwierzętach. Mój optymizm miał uzasadnienie. Miałem pracę i nie miałem min ani obłoków. Co więcej, odkąd zostałem fotoreporterem-wolnym strzelcem/czyhaczem, urwały się fanaberie mojej żony.
Słyszałem o zmienności siedmioletniej. Przez siedem lat los wtacza kłody pod nogi, by przez kolejne siedmiolecie człowiek pławił się w farcie i beztrosce. I tak na przemian do końca życia. Zatem zdobycie pracy w redakcji oznaczało chyba przejście z lat chudych w tłuste.
Tak sobie myślałem w owe południe lipcowe, ale niezbyt długo.
W domu panowała cisza. Pomrukując z błogostanu i podziwiając faunę meksykańską, raczyłem się ryżem preparowanym z miski i macą z masłem i solą.
- …zasadniczo legwan nie jest skłonny do konfrontacji z człowiekiem. Jednak należałoby nie pchać się do prowokacji w rodzaju rzut torebką po popcornie w głowę legwana, trzeba wszak zważyć, że ten dochodzący nawet do dwóch metrów jaszczur ma czym się przeciwstawić. Może uderzać ogonem, gryźć i szarpać pazurami. Podobno Hernan Cortés stracił dwóch konkwistadorów, którzy usiłowali pochwycić legwany w niewolę, biorąc je za Azteków…
- Banialuki – wymruczałem w odprężeniu.
- Coś mówiłeś, mysiu-rysiu-pysiu?! – zawołała z kuchni Weronika.
- Nie, nie. Jak ci idzie rysowanie?
- Nie idzie. Nie mam czasu. Karmię naszą kózkę.
Karmię naszą kózkę?... Czy tak można wyrazić się o córce? Oczywiście, że można. To czułe i zabawne.
- …ale legwan jest niczym, ot, kotem puchatym, poduszkowatym mruczadłem, jeśli porównać go do chupacabry. Jej istnienie wciąż odrzucają wszelkie światowe akademie, jednak dla Meksykan opinie akademickie są całkowicie pozbawione znaczenia. Oni wiedzą, że chupacabry istnieją, ponieważ  je spotykają. Te niezwykłe, mające często gabaryty małych niedźwiedzi stworzenia, prawdopodobnie dzielą się na różne gatunki, o czym świadczy mnóstwo relacji oddających rozmaity ich wygląd. Niektórzy świadkowie mówią o czymś przypominającym rosomaka, wilka, kangura, nietoperza, ale zdarza się , że wizerunek kojarzy się z czymś łagodniejszym, na przykład z cietrzewiem czy kurą. To, co łączy wszystkie gatunki chupacabr, to żarłoczność i umiłowanie w spijaniu krwi. Nie gardzą też surowym, świeżo wyszarpniętym mięsem. Czerwone, jarzące się oczy, silne harpie szpony i zęby ostre jak sztylety czynią z chupacabry groźnego dla bydła i ludzi drapieżcę, nawet, jeśli w pierwszej chwili zdaje się takim nieszczęśnikom, że z ciemności wyłania się zbłąkana kura…
- Albo m o c n o zbłąkany kangur – wycharczałem, polewając keczupem macę. – Ale numer…
- Nie wiadomo, skąd wzięły się chupacabry. Jeśli z kosmosu, jak chce von Danielen, który upatruje w nich forpoczty inwazyjnej, to desant miał miejsce dawno temu. Wszak raporty Cortésa donoszą o walce z ,,czymś przypominającym niedużego, zgarbionego diabła, a może karła typu brytyjskiego’’ w roku 1521. Wiadomo jednak, że ciała rozprutych bez ogłady i odszkodowania zwierząt, głównie krów, cieląt, kóz i prosiąt, znajdowane są regularnie. Znikają także wieśniacy i – uwag -, turyści. Mówi się, że odważni poszukiwacze z lokalnych miejscowości chwytają małe, świeżo zrodzone chupacabry i sprzedają je za niemałe pieniądze przyjezdnym i niezależnym badaczom, lecz policja temu stanowczo zaprzecza…
- No ba – sięgnąłem po szklankę z kefirem i zrobiłem kilka łyków. Odstawiłem szklankę i z westchnieniem chwyciłem w dłoń pilota.
- Co zrobić, by uniknąć spotkania z chupacabrą? Może warto zastanowić się, czy zamiast błąkać się po niebezpiecznych lasach Meksyku, nie byłoby rozsądniej zwiedzić starówki bratysławskiej. Ale jeśli już, to warto wynająć uzbrojonych w garłacze przewodników. I zachować czujność. Podobno obecność chupacabry zdradza specyficzny dźwięk, który…
- M-e-e-e-e.
Znieruchomiałem z pilotem w ręku. Właśnie miałem zamiar przerzucić się na Polsat, by obejrzeć Kiepskich, ale dźwięk drapieżcy meksykańskiego, który mógł desantować się z kosmosu już w starożytności i być opisywany przez Greków jako harpia, trochę mnie zaskoczył.
- M-e-e-e.
Pokręciłem głową i zmieniłem kanał. W zasadzie prawie już uwierzyłem w te historie o chupacabrach, wszystko skrewił dźwięk, który autorzy programu postanowili włożyć im miedzy kły.
Szkoda.
Na Polsacie reklamowali coś, nie bardzo wiedziałem co, przy pomocy nagich, plączących się o siebie ludzi. Coraz więcej było nagusów w reklamie i coraz mniej skupiałem się na produkcie. To chyba nie o to chodziło koncernom.
- M-e-e-e-e-e-e!
Zesztywniałem z miną pełną niedowierzania.
Zatem to nie chupacabra zameczała żałośnie jak kózka uniesiona w paszczy wilka.
Nagusy z reklamy tym bardziej nie.
Obejrzałem się i z zadumą popatrzyłem w uchylone drzwi od salonu.
Nie mam czasu. Karmię naszą kózkę.
- O, Boże święty…
Podniosłem się i powlokłem do kuchni.
Rysownik leżał na stole. Nie było w nim nic, za co wydawnictwo Zewłok miałoby płacić.
Weronika pochylała się nad czymś za stołem.
- Pij, maleńka, pij.
Opanowałem się błyskawicznie i obszedłem stół.
- Piękna koza – oceniłem zachwyconym głosem. – Leżała na jezdni?
- Nie, zamówiłam przez Internet.
- P…?
Niestety, jakoś kiepsko mi poszła ta mobilizacja. Chyba program o chupacabrach, które przez moment zdawały się meczeć, wytrącił mnie z równowagi. Weronika, wciąż pochylona nad zwierzęciem, obróciła ku mnie głowę.
- Nie podoba ci się? – spytała złowróżbnie.
- Jest piękna – odrzekłem z kamienną twarzą. – W życiu nie widziałem piękniejszej kozy. – W ogóle chyba żadnej nie widziałem. I nie parłem do tego aż tak bardzo. Zwłaszcza do tego, by ujrzeć kozę we własnej kuchni. – Po prostu nie wiedziałem, że zwierzęta zamawia się przez Internet, tak jak dywan czy gaśnicę.
- Oczywiście, kotku-płotku. Chciałam trochę zaoszczędzić, więc wzięłam ją ze świnią w komplecie promocyjnym.
- Ze świnią.
- Panamską.
- Panamską.
 - A może kolumbijską.
- Świetnie – uśmiechnąłem się.
Nie chciałem min w sypialni, na miły Bóg. Wróciły fanaberie, nagle, podstępnie, gwałtownie. Ale codzienny seks był tak cudowny, odżywiał mnie, wypełniał światłem…
- Kocham świnki – powiedziałem. – Jak im damy na imię?
Spojrzała na mnie z wdzięcznością.
- Śwince Ropuszka.
- Śwince Ropuszka? – powtórzyłem już bez uśmiechu.
- A niepodobna?
Owszem, była podobna do ropuchy. Naprawdę. Przekonałem się o tym, gdy weszła do kuchni z moim najdroższym butem w pysku.
- Ropuszka – wyszeptałem z przymkniętymi oczami.
- A kózka to Assiniboinka.
- As…?
- Assiniboinka. W ten sposób uczciłam plemię indiańskie, które przetrzebiły epidemie ospy.
- Rozumiem. Zjemy dziś kolację w łóżku?
- Oczywiście, kochanie.- Spojrzała na mnie oczami błyszczącymi w ten szczególny sposób, który kazał wybaczać fanaberie. A przynajmniej udźwignąć je psychicznie.  – Wskoczymy do łóżeczka już o szóstej, nadzy, z zapasami krakersów i piernika, a wyjdziemy dopiero jutro w południe.
- Ummm. – Aż zacisnąłem pięści z wrażenia i żądzy, która przeszła przez moje ciało niepowstrzymanie, jak ten wirus ospy przez wieś Assinibpoinów. – Jak ja cię kocham…
I rzeczywiście nadzy, wyposażeni w piernik i krakersy, wskoczyliśmy do łóżka o szóstej.
Smutnym było tylko dla mnie to, że zaraz za nami wskoczyły tam Ropuszka i Assiniboinka, przywołane ochoczo przez Weronikę.
- Gniewasz się? – spytała, przerywając robienie ustami pierdziochów w brzuch świni uwalonej na mojej poduszce.
- No coś ty… Kocham świnki – wykrztusiłem z najwyższym, górniczym wysiłkiem. – I kozy.
- Mam takie miękkie serce… Nie potrafię odepchnąć zwierzęcia.
Wychodziło, że odepchnąć zwierzę to nie zamówić go przez Internet.
I nie wciągnąć go do łóżka.
- Cieszysz się? – spytała Weronika, drapiąc paluszkami grzbiet kozy, całkiem zresztą zdziwionej obrazem sytuacji.
Co nie przeszkodziło jej wtargać do łóżka mojej rozgryzionej już dekarskiej liny asekuracyjnej.
Szkoda. Przydawała się w sypialni, gdy nikt nie stawiał w niej min.
Siedziałem w pościeli trochę dotknięty stuporem. Z prawdziwym też bólem patrzyłem na pieszczoty czynione Assiniboince. Bo chwilę wcześniej widziałem i czułem w wyobraźni, że palce mojej żony drapią coś zupełnie innego.
- Kocham cię, lulku-bólku. Zgasisz światło?
Zgasiłem światło i zapadłem się w mękach godnych Inkwizycji. Czekała mnie bezsenna noc.
Po pierwsze, jeśli miałem przetrenowane rozbrajanie min, to niezupełnie szło mi w neutralizowaniu hormonów, których głowice zdołały się już uzbroić.
Po drugie: do rana Ropuszka i Assiniboinka chodziły mi po twarzy i genitaliach, co niczemu nie pomogło.
Przez jakieś pół godziny, bodaj o czwartej rano, rozważałem w desperacji porzucenie rzemiosła sapera i zajęcie się stawianiem min w sypialni i wszędzie indziej. Ostatecznie przerosło mnie to i ze znużenia zasnąłem o 7.00. Jakieś dziesięć minut później obudziło mnie ,,M-e-e-e-e!” i mocz ściekający po moim torsie.
Dużo bym dał, żeby to Weronika miała z tym coś wspólnego, ale nie miała.

 *
Przy śniadaniu było trochę wrzasków.
- Mamy świnkę! – podskakiwała na krześle nasza córka. – Mamy kózkę!
- Podziękuj tatusiowi, Ilonko – powiedziała Weronika łaskawie. – Gdyby się nie zgodził, nie mielibyśmy tych pięknych zwierzątek.
- Kocham tatusia bardzo, bardzo! – Moja córka przyfrunęła do mnie z impetem rakiety, całkiem zresztą poziomo (zaprawdę frapująca jest elastyczność grawitacyjna – i każda inna - dzieci porwanych euforią), a może tak to tylko widziałem oczami zapadniętymi pod półprzytomnym, zrolowanym jak prześcieradło do prania mózgiem.
Ale przyjemność z całusów wystrzeliwanych przez dziecko odczułem; nawet gdybym konał na drutach kolczastych, też bym je czuł. Każdy ojciec by czuł, każdy jeden z was, dobrze to wiemy.
Ale padnięty byłem. Mózg się zrolował, ciało spłaszczyło, z duchem było jeszcze gorzej. Wziąłem dziesięciominutowy prysznic, lecz mocz Ropuszki nadal zdawał się spływać nieusuwalną strużką po mojej eterycznej piersi duszy.
Powoli piłem kawę, która pobudzała mnie do życia tak bardzo, że gdyby wymieniono mi ją na melisę, nie byłoby jakiejś szczególnej różnicy w działaniu.
A może i w smaku zresztą.
No nie był to najlepszy dzień.
- Ropuszka! Assibonka! – Ilona wybiegła z kuchni. Tępym wzrokiem puppeta z teatru objazdowego śledziłem żwawy, groteskowy do reszty trucht kozy i świni, które pospieszyły za naszym dzieckiem.
Był to głęboko frapujący widok, z którym mózg człowieka okrutnie wykiwanego przez kobietę, i nie mniej okrutnie obsikanego przez intruza z Panamy (lub Kolumbii) nie mógł sobie poradzić.
- Assiniboinka! – poprawiła gorliwie Weronika.
Zwróciłem na nią oczy, niewątpliwie przekrwione i świadczące o niedoborze charyzmy. Odkąd postanowiłem zadać jej to pytanie (to jakiś miesiąc temu), miałem przekonanie, że będzie to idiotyczne i donikąd nie zaprowadzi. Mimo to zadałem je:
- Lubisz seks?
Podniosła na mnie zdumione, przepięknie umalowane oczy. Robiła makijaż, od którego nogi miękły mi w kolanach. Kochałem ją i za to, co tu mówić.
- Uwielbiam.
- Hm… Wiesz, chodzi mi o to, czy na przykład… Mogłabyś zrezygnować z seksu bez poczucia jakiejś szczególnej straty?
Patrzyła na mnie jakbym bredził w gorączce. Nie ze strachem i na pewno nie z potępieniem. Ot, z troską.
- Nie wyobrażam sobie życia bez seksu, Henry.
Schowałem twarz w dłonie. To był odruch, którego nie zdołałem zatrzymać ani zamaskować, po prostu zabrakło mi sił. Poczułem się śmiertelnie zmęczony.
Jak to jest, ktoś mi powie? Potrafiłem przez pół godziny obrzucać się zniewagami z podpitymi dekarzami na dachu kamienicy i nie poczułem takiego ubytku sił, jak po wymianie dwóch-trzech zdań z własną żoną.
Było w tym coś przerażającego.
A mimo to kochałem Weronikę.
Popatrzyłem na nią oczami wampira wyciągniętego na słońce i znów pomyślałem, że jednak rozstawię kilka min i może wtedy…
- Kocham was, rodzice! – Ilonka wbiegła w podskokach do kuchni.
Za nią wpadła pochrząkująca torpeda, która z hukiem rymsnęła w nogę od stołu i padła bokiem jakby jej przywalono młotem w rzeźni.
- M-e-e-e-e-e-e! – Koza wtruchtała się do kuchni jakąś dziwną techniką, kurczową, żałosną, irytującą, jakby gonił ją basior, a w dodatku przyszło jej uciekać po lodzie.
Na moich dłoniach spoczęły drobne rączki córki. Był to potężny czyn reanimacji.
- Kocham was – powiedziała Ilona, podrzucając głową, aż zatańczył jej koński ogon. – Nigdy się nie kłócicie.
No i tyle w kwestii stawiania min. Nigdy tego nie zrobię. Rozumiecie.

 *
Po południu nadal byłem zmęczony, ale wiedziałem, że bateria kieliszków, które zamówił dla nas Albin, nie zadziała usypiająco. Wprost przeciwnie.
- Aczkolwiek piwo bardziej by cię zrelaksowało – zauważył, sięgając po pierwszy kieliszek.
- I uśpiło. Nie, dziękuję.
- Słusznie. Liczy się życie przytomne, a nie pochrapywanie w pajęczynach. – Podniósł dłoń w górę. – Za tych, co ratują spadających z dachu.
- I za tych, co z niego zrzucają – uzupełniłem cierpko.
- Ech tam, zrzuciłeś tylko jednego, i to majstra. To jakby pół przypadku.
Kiedyś mu powiem, że jemu też podciąłem nogi, choć samemu spadkowi szczęśliwie zapobiegłem. Kiedyś tam mu powiem. Może to zależeć od ilości baterii.
- No dobra, co cię trapi, przyjacielu mój – spojrzał mi w oczy.
Nim odpowiedziałem, postarałem się, by z tacy zniknęły trzy kolejki.
- Hmmm… Jak to jest, Albinie, że kobieta, która lubi seks, unicestwia go przeciw człowiekowi, którego kocha?
Nie powstrzymał się przed wybuchem śmiechu, choć się o to starał. Incydent zatuszowaliśmy czwartą kolejką.
- Henryku. Byłoby głupotą uogólnić, że wszystkie kobiety są skomplikowane przeciw nam i przeciwko sobie. Że toczą grę, która czyni z domu pole minowe. Byłoby to nie w porządku. Na świecie jest kilka miliardów kobiet i spora część z nich, milion czy dwa, to anioły, którym z nieba się spadło.
- Aha – kiwnąłem głową odprężony. Czwarta kolejka pchnęła w głąb trzecią, trzecia drugą, a druga pierwszą i jakoś to wszystko przyjemnie przyspieszyło tam w środku.
- Po prostu ty miałeś pecha. Trafiłeś na stawiacza min.
- I na królewnę Fanaberię – dorzuciłem tak skwapliwie, jak żałośnie.
- Chciałbyś się rozwieść? – znieruchomiał z palcami nad piątą kolejką uszczuplonej baterii.
Oczami wyobraźni ujrzałem obcego mężczyznę dzielącego sypialnię z moją żoną. W pierwszej sekundzie wizji był to zwyczajny, białoskóry mężczyzna. Doprawdy nie wiem, dlaczego już w drugiej sekundzie jego tors i ramiona najpierw potężnie się umięśniły, a następnie zalśniły hebanem.
W trzeciej wyglądał mi już na samego króla Czum-Czuma Jumubę.
Wzdrygnąłem się.
- Nie, co ty… Nigdy. Kocham ją. I mamy córeczkę, cud boży.
- I świnkę – zachichotał Albin. – I kózkę… Przepraszam. Zdrowie saperów.
Wypiliśmy od razu i szóstą kolejkę. Misja saperska to misja szczególna. Ci z was, którzy ją pełnią, wiedzą o czym mówię. Wasze zdrowie.
- Miałeś pecha – powtórzył z powagą Albin. Jego oczy już szkliły się tym smutnym spokojem, który zawsze spływał na niego przy szóstej kolejce, a odpływał przy dwudziestej.
Bo i sam Albin odpływał.
- Miałem pecha.
- Zdarza się. Niektórzy mają pecha i trafiają na stawiacza min.
Chciałem mu rzec, że zaczyna mówić w kółko to samo, ale tak jak przy szóstej kolejce mój przyjaciel nabierał smutnego spokoju i się powtarzał, tak ja przy szóstej kolejce niczym się już za bardzo nie przejmowałem. Niezwykłe uczucie chromolenia. I konieczne. Bo jeśli się czasem nie oderwać od rozbrajania min choćby myślą, to o wypadek nietrudno. I bum.
- Miałeś pecha – przypomniał mi Albin zaraz po siódmej kolejce. – Ale spójrz na to tak. Twój stawiacz min jest piękny, cholernie, psiakrew i do diabła, piękny…
- Fakt – wymamrotałem.
- I kobiecy, magnetyczny, uroczy… I masz z tym stawiaczem dziecko. Szczęśliwe.
Zacisnąłem usta. Szybkim ruchem sięgnąłem po kieliszek kolejki numer osiem.
- Twoje zdrowie. To ja podciąłem cię na dachu liną.
- Dobra nasza… Ale coś skrewiłeś, bo nie spadłem.
Przy kolejce dwunastej Albin rzekł spokojnie:
- Miałeś po prostu pecha. Trafiłeś na stawiacza min. Zdarza się. Ja też trafiłem na stawiacza. I Czumacher, ten kierowca rajdowy z wyścigów fiatów 127. I Lewierski. I jego brat Lewierski. I majster. I moi sąsiedzi, kumple ze szkoły…
- Wszyscy?
- No.
- Cholera? – zmartwiłem się trochę.
- Nie, nie – podniósł ręce w geście otuchy. – Spokojnie. Na świecie jest kilka miliardów kobiet. Gdzieś tam żyją te, co z nieba spadły.
Zamyśliłem się. A może po prostu zapadłem w letarg.
- Chciałbym w to wierzyć…
- Ja też – powiedział po chwili Albin.

 *
Pobudka z kacem, który kojarzy się z rosyjskim lodołamaczem atomowym Pięćdziesięciolecie zwycięstwa, w ciele, które kojarzy się z rzuconym na pożarcie kawałkiem lodu, to rzecz straszna. Bardzo straszna.
Jeśli do dać do tego nieuniknione olśnienie, że będzie trzeba zmierzyć się z nietolerującym pijaństwa stawiaczem min, to jest jeszcze straszniej.
Tak więc zacząłem dźwigać się z łóżka z uczuciem skazańca, którego porzucił cały adwokacki świat.
A miało być jeszcze gorzej. Tak, to niewiarygodne, ale miało być gorzej.
Weroniki nie było już w sypialni, co jednak nie miało większego znaczenia w kwestii jej kroków odwetowych. Zakładałem, że w całym domu jest już co najmniej pół tysiąca min.
A ja nie miałem sił, by rozbroić choć jedną.
Przeciwnie. Miałem ochotę wskoczyć na którąś z nich.
Gdyby tylko urywały nogi i wyrywały płuca.
Ale to tak nie działało, niestety. Miny Weroniki wyrywały radość życia i mumifikowały ciało.
Poczłapałem na dół. Wszedłem do kuchni, która zdawała mi się pusta, aczkolwiek w ramach ucieczki od światła trzymałem palce dłoni na oczach.
Otwarłem drzwi lodówki, wyciągnąłem karton z sokiem pomarańczowym i opróżniłem go z niewysłowioną przyjemnością.
Potem odłożyłem pusty karton na półkę, co byłoby przeze mnie surowo ocenione w sytuacji pełnej trzeźwości, lecz na kacu klasy Pięćdziesięciolecie zwycięstwa przeszło zupełnie bez echa.
Zamknąłem drzwi, sapnąłem sobie z ulgą, odwróciłem się i…
Mignęło mi coś jakby pysk diabła czy Bafometa, po czym otrzymałem potężny cios w czoło i padłem bez przytomności.

 *
- Pięćdziesięciolecie zwycięstwa – wymamrotałem.
- No i super, tak trzymać – pochwalił doktor Bachrajn.
Otworzyłem oczy szerzej i rozejrzałem się.
Leżałem na kanapie w salonie. Moja rodzina stała nade mną w pełnym, zatroskanym komplecie. Weronika, Ilona, Ropuszka i Assiniboinka. Tak, zgadza się, nawet koza i świnia zdawały się patrzeć na mnie z troską. Albo z politowaniem. A to chyba nie jest to samo.
- Kompres do wieczora zmieniać, chłodzić – polecił łagodnie doktor Bachrajn, który był lekarzem naszej rodziny od dziesięciu lat. – Panadol na żądanie wyrażone dłuższą serią jęków-stęków. Nie zaszkodzi napar z jaskółczego ziela, ale jeśli ktoś powie o tym Izbie Lekarskiej, zaprzeczę – mrugnął okiem.
Głowa bolała mnie potężnie i właśnie miałem zamiar zacząć serię jęków-stęków o ten cały Panadol, gdy moją twarz wykrzywiło przerażenie.
- Co się stało, laczku-praczku – przejęła się Weronika.
- Tatunio? – przestraszyła się Ilona.
Czy mi się zdawało, że łby kozie i świńskie, panamskie, nachyliły się ku mnie z zaintrygowaniem?
Ale nie od razu odzyskałem głos. Najpierw zaskrzeczałem jak płaz.
Może jak taki meksykański legwan, co to w niego torebką po popcornie rzucono.
Doktor Bachrajn, który już uczynił krok w tył z czarną torbą, pamiętającą czasy doktora Wilczura, zastygł i zmarszczył brwi zafrapowany.
A ja wydusiłem:
- Tam…
- Gdzie? – Każdy spojrzał w inną zupełnie stronę. Dosłownie. Każdy w inną.
Właśnie takie rzeczy odbierają resztki sił i zabijają tych, którzy nie urodzili się minerami.
- Tam… w rogu… BAFOMET.
Wreszcie rzucili spojrzeniami, gdzie należało. Ale nikt nie okazał trwogi. Ilonka zachichotała radośnie, doktor Bachrajn pokręcił brodą z uśmiechem, nagle jakoś podobny do profesora Kleksa, a Weronika pogłaskała mnie czule po nosie.
- Jaki Bafomet, Dziubku. To Max von Sydow.
- Kto?? – wybełkotałem.
- Max von Sydow. Byk.
- …
 -Adoptowałam go.
- …
- W rzeźni na Syrakuskiej zarąbują byki, co im zostały po świętach. Ale najpierw licytują. Kupiłam go dziś w południeza półtora tysiąca, bo się uparł na niego jakiś meblarz z Makowa. No, w każdym razie nie zginie. U nas pożyje sobie jeszcze ze dwa lata. Wiesz, że mam miękkie serce.
Czasem warto wycofać się z otwartego pola, by przegrupować to i tamto. Rozumiecie, co mam na myśli. Po prostu cofnąć się w kąt, by zaczerpnąć oddechu.
I ja cofnąłem się. Bez uprzedzenia i usprawiedliwiania wypowiedziałem pakt o przytomności i zemdlałem sobie.
Wieczorem z moją głową było już całkiem dobrze. Z atmosferą też było nieźle. Na zasadzie nieustalonego, cokolwiek instynktownego porozumienia, nikt nikomu niczego nie wypomniał. Ja nie wypomniałem żonie wydatku i wprowadzenia rogacizny pod dach, Maxowi von Sydowowi nie wypomniałem bodnięcia w czoło, no i Weronika nie wypomniała mi pijaństwa.
Miała znakomity humor i raczej pilnowałem, by ten humor jej się trzymał. Bo wiecie, jak to jest po wielkim piciu. Wiecie, o czym mówię, towarzysze saperzy.
Tak, hormony są wtedy w zwielokrotnionej mobilizacji, gotowości, żądzy. One napierają, grożą czymś poważnym w skutkach, jeśli nie pozwoli się im na cwał, jeśli okrutnie wykiwa się je, okpi…
Byłem gotów znieść wszystko, by nikt nie postawił miny w sypialni.
A było co. Nie byłem na przykład pewien, czy sam Max von Sydow nie wypominał komuś czegoś przypadkiem. Bo trudno uznać za objaw wdzięczności przekłucie szafy rogami. Jeszcze nie spłaciliśmy za nią wszystkich rat i nie bardzo potrafiłem uśmiechnąć się z uznaniem nad tym wybrykiem.
Nieustająco przez cały dom cwałowało stado ludzko-kozio-świńskie, co jest całkiem zabawne przez pierwsze dziesięć minut, przez kolejne dwadzieścia frapujące, a przez następne trzy godziny wnerwia potężnie.
Wciąż nie mogłem przyzwyczaić się do osobliwego ni to biegu, ni ślizgu idiotycznej w całym swoim wyrazie jestestwa kozy.
Wciąż nie potrafiłem zapomnieć świni incydentu z uryną.
Oba te zwierzęta wywiozłem w myślach do rzeźni na Syrakuskiej jakieś pięćset razy, nim jeszcze słońce zaszło.
A moja żona? Miała dobry humor.
- ,,Bafomet’’ – chichotała co chwilę, rozlewając herbatę albo upuszczając komórkę. - ,,Tam jest Bafomet”!...
Przez chwilę zdawała się już być tym znudzona, wyciszona, ostygła, a potem znów napadał ją śmiech.
Kiedy akurat przez salon przebiegało stado, śmiech udzielał się i jemu. To znaczy nasza córka chichotała, koza meczała, a świnia chrumkała i waliła w któryś z mebli, by upaść bokiem na ziemię.
Raz czy dwa do pokoju wetknął swój potężny łeb Max von Sydow, tylko po to – przyrzekam – by zmierzyć mnie posępnym spojrzeniem i wycofać się.
A ja cały czas śmiałem się z nimi i powtarzałem Weronice, że jest szlachetna, i że zrobiła znakomity interes, bo taki byk jest wart w ochronie domu i rodziny tyle, co tuzin Zulusów z firmy Afrykański Tam-Tam i Tu.
Nie było mi łatwo, nie. Ale opłaciło się. Tej nocy mieliśmy seks niezwykły, kosmiczny, bajkowy.
Oboje unosiliśmy się niczym te porwane wiatrem dachówki. Cudowny stan.
Weronika nawet rozszlochała się i powiedziała:
- Jak ja mogłam sobie pozwolić na stracone noce? Jestem taka głupia. Kocham seks z tobą. Chcę go każdej nocy, obiecaj mi.
Obiecałem, to jasne. Ale nie pierwszy już raz słyszałem te słowa. Tak to wygląda.
Stan upojenia był jednak nadzwyczajny i trwał do świtu.
Gdy otworzyłem oczy, nie było już po nim śladu. Może dlatego, że nie było też śladu po Weronice. W pościeli spoczywała Ropuszka i Assiniboinka.
I jeszcze ktoś. Max von Sydow.
Patrzył na mnie jakoś niechętnie, a przecież okoliczności wymagały raczej okazania wdzięczności.
Jeśli nie, psiakrew, przeprosin.
Oczywiście byk był zbyt wielki, by dzielić z nim łóżko, tym bardziej, że upchały się na nim pozostałe zwierzęta.
I pewnie dlatego obudziłem się na podłodze.

 *

Gdy minęło kilka tygodni i nie pojawiło się nowe zwierzę, pomyślałem, że przetrwam. Zwierzęta nadal wpychały się do łóżka, ale zazwyczaj nad ranem. A ja wytrenowałem w sobie wstawanie tuż przed świtem i ryzyko potraktowania mknie moczem lub rogiem we śnie spadło właściwie do zera.
Dzień dopiero rozchodził się po Ciechanowie, kiedy ja schodziłem po schodach, parzyłem sobie kawę, a potem rozsiadałem się w fotelu i oglądałem programy o faunie Ameryki albo o pojedynkach myśliwców Mitsubishi Zero z Wildcatami i Hellcatami. Czasem Max von Sydow zaglądał do mnie i prowokował wymianę spojrzeń, ale nigdy się nie doczekał.
Miałem znów odczucie, że kontroluję sprawy i kiedy Albin zadzwonił do mnie, by obwieścić, że stawia baterię, odmówiłem mu z satysfakcją.
Zwierzęta obciążały budżet, ale skoro Weronika to tolerowała, sam nie zgłaszałem krytyki. W każdym razie nikt nie zostawiał bobków w mieszkaniu, choć zastanawiało mnie, co będzie zimą, gdy zostawianie za dnia otwartych dni do ogrodu nie będzie taką oczywistością.
Między zwierzętami zrodziła się więź, przede wszystkim zaś nasze dziecko było szczęśliwe.
Moje i Weroniki noce były wspaniałe. Niech tam będzie, czaił się w tym wszystkim jakiś biznes wyrachowany, moja słabość i instynkty wczesnotatarskie, ale jeśli objąć obiektywnym okiem wszystko – czyż nie spinałem swoją postawą stabilności rodzinnego domu?
Przez kilka tygodni pomyślałem nawet, że jestem mistrzem rozminowywania. Nie z jakiegoś tam zadufania. Ze szczęścia.
Podzieliłem się tym odczuciem z Albinem, gdy znów zadzwonił z ofertą,, baterii czy dwóch’’.
- Tak? – powtórzył jakby zamyślony.
Sprawy ostatecznie załamały się w połowie sierpnia. To też była niedziela. Widocznie niedziele są szczególne również w kwestii zdarzeń przełomowych.
Zaczęło się spokojnie. Żadnych tam przeczuć czy uderzeń pioruna w buk za oknem. Nic z tych rzeczy.
Obudziłem się koło piątej i zszedłem na dół. Z Maxem von Sydowem minąłem się na schodach, on szedł już do łóżka. Nie był czarnoskórym piechurem-biegaczem wytrenowanym w Namibii i zupełnie nie przejmowałem się tym, że za chwilę miał zająć moje miejsce. Weronika i tak zazwyczaj opuszczała łóżko, gdy wkraczał doń byk i przenosiła się do pokoju Ilony.
Gdy się mijaliśmy, wymieniliśmy szybkie spojrzenia. Von Sydow swoim zwyczajem był ponury, ja zaś wyszczerzyłem zęby triumfalnie. Acz tylko przez sekundę. Nie warto prowokować byka, który przyszedł z traumą z rzeźni, zwłaszcza nie warto robić tego w zasięgu jego rogów i na schodach.
Wszedłem do kuchni i wstawiłem czajnik, po czym przemaszerowałem do salonu, by odszukać w międzyczasie ciekawy program.
Zapaliłem światło, zrobiłem krok w stronę stołu, no i tyle. Zastygłem i trochę z tym trwało.
Ale nieczęsto widzi się trzy krowy w salonie, to chyba niepodważalne.
I jakoś nie przyjąłem tego łatwiej tylko dlatego, że od kilku tygodni żyłem pod jednym dachem z bykiem, świnią i kozą. Wcale nie.
Krowy były różnych ras i później nawet zadałem sobie trud, by je ustalić. Dzielę się zatem przy okazji tą wiedzą. Jedna była rasy australijskiej Friesian Sahiwal, jedna, rosyjska, czerwonej stepowej, a kolejna Murnau-Werdenfels. Naprawdę piękne krowy.
I wrażliwe. Bo na mój widok zestresowały się i zrobiły to, co wiele istot na Ziemi, bez względu na rasę czy status społeczny robi w odruchu gwałtownego zatroskania.
Zaczęły oddawać mocz.
Piszę ,,zaczęły’’, a nie ,,oddały’’, bo chcę podkreślić, że czynność ta poważnie rozciągnęła się w czasie. Zdaje się, że krowa Murnau-Werdenfels skończyła pierwsza, a i tak nie wyrobiła się w dwudziestu minutach. Jeśli zaś nikt z was nie przyłapał jeszcze krowy na robieniu siusiu, to zaznaczam, że to nie przypomina kropel deszczu spływających po szybie auta.
To są konkretne wodospady-szklarki.
Głośne, długie i zmuszające do refleksji.
Kiedy trzy krowy zalewały salon, jedyne w zasadzie miejsce mojego wytchnienia i regeneracji, odkryłem po długich latach życia, że nie tylko jestem meteoropatą, ale i urynopatą.
Zdecydowanie. Bo w miarę obserwacji tej całej zespołowej siklawy smutniałem i smutniałem, i zapadałem się w sobie.
Co więcej, pomyślałem o sobie jako o puppecie wożonym pod plandeką stara w ramach dostarczania sztuki teatru do wsi i osad, i po raz pierwszy myśl ta nie była wykuta przez frustrację lecz przez marzenie.
Tak, saperze. Jeśli odbierają ci łóżko, uciekasz do salonu. A jeśli odbierają i salon, to jedyną ucieczką pozostaje ucieczka totalna.
Tak to sobie myślałem, kiedy mój salon tonął, a ja nie potrafiłem mu pomóc.
Pół godziny później drgnąłem. Nie dlatego, że krowy wykonały krok w moją stronę. One bały się poruszyć, być może wietrząc jakiś powiew obłędu z mojej strony. Poza tym krowa rosyjska jeszcze nie skończyła ze swoją sikawką.
Drgnąłem jednak, bo na ramionach poczułem ciepłe, delikatne dłonie.
Za te dłonie też kochałem Weronikę. Nagle pomyślałem, że jestem żywcem i nieodwracalnie pogrzebany w śmiertelnej pułapce, bo nigdy nie będę skłonny odejść od niej, czegokolwiek nie sprowadzi na dom.
- Lisku-zwisku, rozumiesz, że musiałam…
- Tak? – wychrypiałem.
- Mam miękkie serce.
- Musiałaś sprowadzić trzy krowy? – charczałem dalej, zesztywniały i uporczywie wpatrzony w zwierzęta.
- Nie o tym mówię…
- Nie?...
- Musiałam sprowadzić im mężów.
- Proszę?
- Nie chciałam cię budzić, spałeś tak mocno, kiedy przyjechał transport.
Transport. Cóż za straszne słowo.
- Max von Sydow wybrał sobie Bałałajkę. Wtedy smutek ogarnął Karolinę Północną i Karolinę Południową… Musiałam dokupić im mężów.
- Dokupić… - To nie mógł być mój głos. Być może von Sydow stał gdzieś tam z tyłu i włączył się do rozmowy.
W porządku. Jest domownikiem.
Rozdaje karty.
Ma prawo do głosu.
A jednak to ja przemówiłem, choć jakimś obcym głosem.
- Tak, kutku-krótku, dokupić. Ale w pakiecie, tanio wyszło. Szepczykowie pożyczyli nam  tysiąc, a Jasnoczorni pół tysiąca. I już jest dobrze.
- Klawo…
- Prawda? Oczywiście od razu uprzedziłam twoje wątpliwości.
- Tak? Jakie?
- No, że Ropuszka nie ma partnera, i Assiniboinka…
- Zaparzysz mi kawy?
- Oczywiście, kochany! – Wtuliła się mocno. – Jesteś cudownym mężem. Inne mi ciebie zazdroszczą. Wczoraj dzwoniła do mnie Czupirska. Dostała pasem od męża, wiesz, za co?
- No?
- Bo chciała sobie szare życie umilić, dom upiększyć. Zamówiła płytkarzy do łazienki. Z Basry.
- Skąd?
- Z Basry. Bardzo renomowani. Kładą płytki według starych metod asyryjskich czy ujguryjskich…  Kalifom kładli najpierw, a teraz już wszystkim, więc się udało. Te płytki nie odpadają nawet przy sześciu w skali Richtera. I rozumiesz? Wpieprzył jej. Bo wydała trochę więcej… A przecież rozłożyli raty na trzydzieści lat. Idę zaparzyć tę kawę. Potem zapoznam cię z resztą domowników. Czekają w garażu.
- Okej.
Weronika wyszła z salonu, ale i ja z niego wyszedłem. Tyle że nie skręciłem do kuchni, a do drzwi wyjściowych.
Deszcz padał mi na głowę, moczył piżamę i od razu, jak to meteoropata, poczułem się lepiej.
Prawie szczęśliwie.
No to niezupełnie jak meteoropata. A jednak tak się właśnie poczułem, gdy uciekłem w deszcz.
Szedłem i szedłem, a gdy się na dobre rozwidniło, byłem już w pełni rozparty na ławce w parku.
Było ciepło, chmury uciekły, a słońce przejmowało niebo jak armia cesarska.
Miałem na sobie piżamę, ale w kieszonce miałem i komórkę.
Albin odebrał natychmiast. Zawsze odbierał telefony natychmiast, niezależnie od pory i okoliczności, bo jak mówił, pchał go do tego jakiś zniewalający odruch alarmu, zobowiązania i mobilizacji. Nienawidził tego odruchu, ale nie potrafił go przezwyciężyć.
Zaznajomiłem go z sytuacją szybko i zwięźle.
- Okej – wymruczał spokojnie. – Bateria?
- Może wieczorem. Na razie studzę rdzeń reaktora na deszczu porannym.
- Zazdroszczę ci tego – wyznał ze szczerością w głosie. – I może też tak zrobię. Moja ma romans.
- Cholera. Z Fabusiem, tym, co gokarty naprawia?
- Nie, skończyła z nim, jak jej rower popsuł. Z Wrzeszczem.
- Kto to?
- Fryzjer. Homoseksualista czy feminista, coś w ten deseń.
- Bateria wieczorem.
- Dobra. Fajnie. To trzymaj się tam. Masz fajną córeczkę.
- Zgadza się.
- Szczęśliwą.
- Tak.
- I piękną żonę. Każdy by wywieszał białą flagę. Tacy jesteśmy, prawda?
- Tak. Prawda.
- Do wieczora, Henryku.
- Do wieczora.
Schowałem telefon w kieszonkę i przez chwilę delektowałem się słońcem i błękitem nieba.
I w ogóle wszystkim, w czym nie spodziewałem się ujrzeć łba Maxa von Sydowa.
Małą krótką chwilę. Godzinę czy dwie. Weronika dzwoniła z sześć razy, ale musiała zadowolić się esemesem, nad którym uśmiałem się jak koń ocalony z jatki na Syrakuskiej:
Banany rzucili. Stoję w kolejce.
Gdy padł na mnie cień, otworzyłem oczy. Nobliwy pan patrzył w zastanowieniu to na ławkę, to na moją piżamę. Piżama mogła budzić nieufność, zwłaszcza, że wzór w muchomorki niekoniecznie świadczył na moją korzyść.
Jeśli mimo to ów pan wciąż stał nade mną i się wahał, czy odejść, czy się dosiąść, było pewnym, że wybrałem ławkę, na której relaksował się jeszcze w czasach, gdy Zbigniew Lengren projektował Filutka.
Co znaczy siła przyzwyczajenia. To naprawdę bardzo zgubna cecha człowieka.
- Proszę – uśmiechnąłem się ciepło.
Usiadł i nieco nerwowym ruchem rozłożył gazetę.
- O- powiedział.
- Tak?
- W Meksyku podjęli produkcję Garbusów.
- Znowu? – zdumiałem się nieco.
- No właśnie – ucieszył się starszy pan. Bo ta wymiana zdań najwyraźniej służyła mu tylko do potwierdzenia, że dziwny, przemoczony człowiek w piżamie nie zagraża mu pobiciem ni rabunkiem.
A mnie frasowały tylko sprawy ważne. Takie jak pole minowe, rogi von Sydowa i szczęście Ilony.
I te odlatujące dachówki.
Tak. Owszem. Bo mój przyjaciel miał rację. Tacy jesteśmy.
I wiedziałem już, że wrócę tam i uporam się z tym wszystkim. Że zneutralizuję tę fanaberię mojej żony.
Choćby dlatego, że ją kochałem.
Tak, czułem w sobie rosnące przekonanie, że zwyciężę. Że znajdę sposób…
Tylko jeszcze go nie miałem w ręku. Jeszcze ten latarnik, co przemieszcza się wewnątrz czaszki każdego ranka po przebudzeniu, nie zapalił moich gazowych latarni umysłu…
Ale czułem, że pomysł jest gdzieś tam blisko. Że krąży… Że prawie go mam… Niech no tylko zapłoną latarnie.
Póki co płonęło słońce i moja piżama wyschła. Pomyślałem, że pójdę już do domu, kiedy znów zadzwonił telefon. Ten telefon sprawił, że mój powrót do domu trochę się opóźnił.
- Dzień dobry, panie redaktorze – przywitałem się.
- Czy pan czyha? – spytał szorstko naczelny.
- Czyham absolutnie – chrząknąłem.
- Gdzie?
- W parku.
- Czyha pan w parku?
- Tak, panie redaktorze.
Przez chwilę milczał, być może zaskoczony tym, że nie przyłapał mnie w łóżku czy na kręgielni.
- Namierzył pan coś?
Przygryzłem wargi. Dlaczego moje latarnie wciąż  nie…
- Panie Henryku? Bo termin mija i…
Przerzuciłem oczami po niebie, po drzewach, po ścieżkach żwirowanych, po czym zawiesiłem go na gazecie starszego pana.
Meksyk zaskakuje świat! Garbusy wracają!
I nagle przeszedł mnie prąd. Przeszedł mnie prąd, a potem odruchowo zmrużyłem oczy. Nie, nie dlatego, że słońce mnie oślepiło. Nie słońce. To mój wewnątrzczaszkowy latarnik zapalił z porażającym dynamizmem wszystkie lampy umysłu.
I poczułem się zwycięzcą.
- Panie redaktorze – odezwałem się uroczyście. – Mam sensację.
- Ma pan?
- Zapewniam.
- Na miarę łodzika z kosmosu?
- Na miarę łodzika z kosmosu.
- Czego nam trzeba? – zapytał z wyraźnym poruszeniem.
- Proszę mi zarezerwować najbliższy lot do Meksyku.
Nim skończyłem pisać esemesa do Albina:
Bateria przełożona z powodu kontrofensywy.
…i do Weroniki:
Mam pilny lot redakcyjny do Meksyku. Wracam za trzy-cztery dni. Kocham Cię BARDZO!
… naczelny oddzwonił, by powiedzieć, że mam już bilet.

 *
Cztery dni później szedłem do domu w deszczu. Nie wziąłem taksówki, lecz właśnie szedłem.
Weronika otworzyła drzwi i na mój widok osłupiała.
- Boże i Jezu! Jesteś przemoczony! Szedłeś pieszo?!
- Tato! Tato! – głos córki ścisnął mi sercem w najcudowniej bolesny sposób.
- Tak. Szedłem pieszo. A nawet posiedziałem w parku pół godziny, bo…
- W deszczu?! – wytrzeszczyła oczy. Bardzo duże, bardzo piękne oczy. Owszem, i za te oczy kochałem Weronikę.
- Wiesz… - Spuściłem głowę. – Musiałem sobie przemyśleć kilka rzeczy. I uświadomić tak w pełni, ile ty i nasza kózka, to znaczy Ilonka, znaczycie dla mnie.
Moja żona uśmiechnęła się promiennie. Córka zaś wtuliła się w mój płaszcz, po czym zaraz odsunęła, zaglądając za moje plecy.
- Co tam masz, tatusiu? Prezent?
Wyciągnąłem przed siebie reklamówkę.
- Ale wejdźmy do domu. To całkiem żywy prezent. Znalazłem coś w parku… Serce mi drgnęło.
- Henry? – na twarzy Weroniki pojawiło się radosne niedowierzanie.
Minąłem trzodę wypełniającą naszą rodzinną przestrzeń i dopiero w kuchni wyciągnąłem klatkę z torby. Wszyscy spojrzeli na jej zawartość. Nawet Max von Sydow, który akurat miał poważne kłopoty z wyciągnięciem rogów z drzwi lodówki. Okiem jednak na prezent jakoś zezował.
A może na mnie, nie byłem pewien. Oko nie było miłe i przyjazne, raczej mroczne, przekrwione i nadające się dla goblina albo trolla.
Ale miałem to gdzieś.
- O Boże, jakie to brzydkie – powiedziała Ilona.
- Boże, piękne jest! – zamachała rękami Weronika.
A potem obie przeniosły na mnie wzrok.
- Co to jest? – spytały jednocześnie.
- Wiewiórka. Niestety, chyba poturbowana jakimś wypadkiem, wymoczona i pewnie przeziębiona. Sam nie wiem – wzruszyłem ramionami. – W zasadzie nie mamy już miejsca…
- MAMY MIEJSCE – oczy Weroniki prawie płonęły wzruszeniem. Ona naprawdę miała dobre serce, a stłuczona, wymoczona i chora wiewiórka przejęłaby nawet średnio czułych na los zwierząt.
- Musimy ją wziąć! – podskoczyła córka. – Tatuniu… Proszę…
Z rozterką patrzyłem na klatkę.
- To jednak dość ryzykowne. Może to nie wiewiórka, tylko borsuk. Zarażony czymś groźnym.
- To wiewiórka, nutku-prutku. Zawsze rozpoznam wiewiórkę.
- Naprawdę nie wiem. Mamy duże zwierzęta. Mogą ją stratować.
Zatopić siuśkami – omal nie dodałem.
- Nie żartuj – żona spojrzała mi w oczy. – Max von Sydow ją adoptuje. Usynowi. Albo ucórzy, jeśli to…
- Nie wiem jeszcze – przyznałem uczciwie. – Póki co to jeden wielki umęczony deszczem kołtun. Ale jeśli rzeczywiście chcecie ją zatrzymać, wyczyszczę ją, wysuszę, zaaplikuję chininę czy co tam trzeba i ustalę płeć. A wtedy nadamy imię.
Może jakieś dla upamiętnienia rzezi Siuksów – znów zdołałem w porę ugryźć się w język.
- Kocham was! – zatańczyła Ilona radośnie.
- Ale ustalmy – zaznaczyłem z naciskiem. To było rzeczywiście bardzo istotne. – Jeśli zwierzęta się nie dogadają, poszarpią za kudły czy co tam – to mnie nikt nie obwinia, OK.?
- Oczywiście, Henry, głuptasie!
Mały, umęczony deszczem kołtun patrzył na nas bez większych emocji. Jeśli był zestresowany, to nie okazywał tego. Owszem, trochę drżał, ale też spędził jakiś czas na deszczu. Miał prawo drżeć.
- Jezu, wiewiórka powinna lśnić rudością i przeskakiwać nam z szyi na szyję – pokręciła głową Weronika. – A to tu biedactwo straciło połowę futerka i poszarzało.
- Może ją chuligani przypalali – wyrwało mi się.
Ale ja też byłem przemoczony i trochę drżałem. Rano wysiadłem z samolotu i byłem wykończony całonocnym lotem.
Żona zgromiła mnie wzrokiem.
- Naprawdę? – zmartwiła się Ilona.
- Nie, nie – zaprzeczyłem szybko. – To raczej chemtrails. Wyczyścimy ją.
Wiewiórka przesunęła oczy na Maxa von Sydowa i lekko poruszyła się. Byk też się poruszył i to całkiem porządnie. Wyrwał rogi z drzwi i wycofał się z kuchni.
- No tak – splotłem ręce. – Biorę się za wiewiórkę. Proszę mi nie przeszkadzać.
Wyciągnąłem ręce po małe, umoczone stworzenie, ale zamarłem, gdy dłoń Weroniki spoczęła na moim karku.
- Jesteś moim cudownym… cudownym… - szukała słów z namaszczeniem.
- W porządku – przerwałem łagodnie. – Jestem twoim liskiem-zwiskiem. Na zawsze.
I ani król Czum-Czum Jumuba, ani sam nawet Bafomet mi ciebie nie odbiorą – dodałem w myślach.
Moje ciało było też trochę jak ten kołtun, ale akurat myśli miałem spokojne. Silne i konkretne.
Tak, w głowie mej płonął cały piękny rząd latarni gazowych umysłu.

 *
I tu dochodzimy do końca historii. Właściwie mógłbym ją zakończyć na tych ,,latarniach gazowych’’. Wszak oznaczają happy-end.
Ale byłoby to może trochę nie w porządku. Bo pewnie trapiłyby was jakieś pytania, rozterki, wątpliwości. Może chcielibyście wiedzieć, dlaczego tak nagle wyprostowałem kręgosłup na ławce parkowej. Dlaczego w ogóle uporałem się z fanaberią gorszą niż armia Zulusów.
I jak mi poszło w Meksyku.
I czy Max von Sydow nadal wbija rogi w przestrzeń mojej sypialni i salonu.
No to przeczytajcie jeszcze te kilka zdań.

 *
Późnym wieczorem obszedłem cały dom. Nie zawsze tak robiłem, ale akurat wtedy potrzeba była znacząca.
Zajrzałem do wszystkich pomieszczeń na dole. Z zadumą przyjrzałem się telewizorowi, który Max von Sydow skłuł na amen dzień wcześniej. Z tęsknoty, jak to zaznaczyła Weronika.
Oczywiście. Nie mogłem się gniewać. Zresztą już za kilka lat, gdy spłacimy długi, kupi się nowy. Nie ma sprawy.
Wsunąłem głowę do kuchni. To tam właśnie znalazłem je wszystkie. Assiniboinkę, Ropuszkę, Bałałajkę, obie Karoliny (Południowa miała katar i kichała), i inne zwierzęta. Dziwnie więcej zwierząt. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widział na przykład kury pod stołem. Dobry tuzin.
Albo parę owiec pobekujących pod szafą z naczyniami.
Nie, raczej nie było ich wcześniej.
Poza tym w kuchni pachniało czymś, co skazałoby na zamknięcie (wysadzenie!) wszystkie restauracje nawet w warunkach okupacji. Albo Powstania Warszawskiego.
I może trochę was dziwi, że cały ten zwierzyniec tłoczył się w kuchni, w niewygodzie i towarzystwie rzeczywiście mocno mieszanym - ale ja temu nie dziwiłem się wcale.
Ja to doskonale rozumiałem.
Nie było tam tylko mordercy mojego telewizora.
Max von Sydow stał przy schodach. Nie spał. Łypał na mnie okiem Bafometa, którym chyba rzeczywiście był. W każdym razie w swojej zwierzęcej przestrzeni.
I może nie padłem wtedy ofiarą ułudy, lecz ujrzałem prawdziwą jego twarz. Czy może pysk.
Bafomet von Sydow.
Po raz pierwszy głęboko spojrzałem mu w oczy.
- Dobranoc, Max.
To nie było szczere. Nie. Wcale nie życzyłem mu dobrej nocy, kiedy to powiedziałem, i kiedy zaraz ruszyłem schodami w górę.
A Max, ten wielki straszny intruz, nawet nie drgnął. Jeszcze cztery dni wcześniej wziąłby mnie na rogi. Jestem o tym przekonany. Wiem, że zawsze szukał do tego pretekstu.
Ale te cztery dni dużo zmieniły. I Max von Sydow to wiedział.
Dlatego, zamiast pójść za mną, wycofał się do kuchni.
Zajrzałem do sypialni Ilony. Spała. Pocałowałem ją, zgasiłem lampkę i wyszedłem.
Drzwi zamknąłem na klucz.
Weronika leżała w łóżku seksowna bardziej niż zwykle. A może tak mi się tylko wydawało, bo nie widziałem jej cztery dni. Jednak brak kóz, świń i kur w pościeli ma swoje znaczenie.
A i ubiór był szczególnie przeze mnie ulubiony. Nie piżamka z satyny, nie koronka, nie mini koszulka czy pończochy budzą me największe pożądanie.
Lecz staroświecka, zwykła, długa ponad kolana biała koszula. Gdy ją podciągam na Weronice, słyszę rumor odrywanych dachówek.
Kiedy pierwszy raz ją założyła, ulegając moim namowom, zaprotestowała:
- Wyglądam jak żona dziewiętnastowiecznego drwala!
- I jak drwal będę cię brał – wycharczałem półprzytomnie.
Tego wieczoru, który zamyka moją opowieść, Weronika też miała na sobie tę koszulę. Jej wysunięte stopy i łydki wlały we mnie sagan wrzątku.
- Zasłużyłeś – oblizała wargi.
Zrozumcie mnie. Nigdy jej nie oddam. Nikomu.
To słabość, wiem. Ale najszczęśliwszy jej rodzaj, upajający. Czort z tym wszystkim. Gdy mnie najdą wątpliwości, wypiję baterię z Albinem. I znów będzie klawo.
Obróciłem się i wyciągnąłem klucz z kieszeni spodni.
- A gdzie wiewiórka? – spytała Weronika.
- W salonie. Na stoliku telewizyjnym. W kocyku.
-Skąd właściwie wziąłeś tę klatkę?
- Kupiłem po drodze. W Lidlu.
Zachrobotał przekręcany klucz.
- Dlaczego mój kutek-krótek zamyka drzwi?
- Nie chcę, by nam przeszkadzano – odwróciłem się do niej z uśmiechem. – Mam sporo planów na tę noc. Będą się spełniać marzenia.
- To chodź…
To poszedłem. Owszem. Amok nadchodził. Wszak wiązał się z marzeniami, które miały spełnić się tej nocy. Nie wszystkie jednak ograniczały się do sypialni.
I może nazwiecie to draństwem, ale kiedy już zrzuciłem ubranie i zabrałem się za mojego pięknego stawiacza min, to myślałem o czymś jeszcze.
O tym, że redaktor już jutro da mi pełen etat i może ze stołka spadnie.
O tych wszystkich zgromadzonych w kuchni intruzach, których strwożenie doskonale rozumiałem, bo przecież zwierzęta mają instynkt i czują zagrożenie.
Zwłaszcza śmiertelne.
Podciągałem koszulę Weroniki i myślałem o wiewiórce, która nie była wiewiórką.
Ani nawet borsukiem.
Była małą, niedrogo odkupioną chupacabrą. Z pewnością bardzo głodną po podróży z Meksyku.
Chupacabrą. Rozpruwaczem krów, świń i kóz. I byków.
Rozpruwaczem, który miał otwartą klatkę.
I kuchnię pełną jadła.
Przyznajcie to wreszcie. Jestem mistrzem rozminowania.
- Kocham cię – wyszeptała moja żona.
****

9 komentarzy:

  1. No jest to zwyczajnie sromota bolszewicka.
    A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie w żonę, tylko w bydło. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. No, wróciłeś wreszcie! Szalenie się cieszę. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobra dobra... W bydło... Męska solidarnosć...Tylko kobiety sa prawdziwymi animalistkami i kochają zwierzęta, także byki...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ewo, ten byk był wrogiem, myślę. Każdy, kto kradnie poduszkę, jest wrogiem... :)
    AiR: wróciłem i nawet się kuruję, bo wirusy nie odpuszczają. Też się cieszę. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ou, czyżby grypa? Mam nadzieję, że nie ta A/H1N1, bo potem patrząc w lustro można zobaczyć takie zwierzę z ryjem... ;) Ja na razie się trzymam, ale ta pogoda mnie dołuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie grypa. Ale chyba nie ta. Nie mniej może być nawet A/H2N102, na szczepionkę nikt mnie nie namówi. No chyba że przyjdą z karabinami, już niewiele brakuje do takiego scenariusza.

      Usuń
    2. No, jak tak dalej pójdzie, to czemu nie?

      Usuń