piątek, 15 lutego 2013

Psychiatra i bokser

 - Dzień dobry – uśmiechnął się Scheiba.
Natychmiast przeskanowałem go wzrokiem. Jestem chętnym i nie zawsze dyskretnym obserwatorem urody, gracji i zachowania ludzkiego. Zwykła ciekawość, nie – jak się czasem zdaje niektórym – wścibskość.
Janusz Wolf Scheiba po prostu wyglądał na tego, kim był. Na wyważonego ponad normę ulicy polskiej, budzącego wstępne zaufanie, prowokującego wylewność – a co najmniej obiecującego odprężenie – psychiatrę.
I bardzo dobrze. O kogoś takiego mi chodziło, tego potrzebowałem.
- Dzień dobry – odrzekłem zadowolonym głosem.
Scheiba nie mógł się domyślić, co mnie tak naprawdę do niego sprowadziło. Miałem nawet podejrzenie, że będzie mieć kłopot ze zrozumieniem tego. Od razu więc przystąpiłem do rzeczy.
- Panie doktorze…
- Proszę usiąść – wtrącił delikatnie, ale jednak wystarczająco wyraźnie, by mnie przebić.
Ot, siła psychiatrów.
Swoją drogą, ciekawe, jak wyglądałaby konfrontacja z trudami rzeczywistości takich psychiatrów i psychologów, i wszelkich terapeutów, gdyby ich w kupie kilkusetosobowej zamknięto w faszystowskim obozie kolczastym czy choćby reedukacyjnym, u północnych Koreańczyków. Czy opieraliby się depresji dłużej niż odosobniona grupa więźniów górników albo malarzy?
Nikt pewnie nie odpowie nigdy na to pytanie. A mnie to ciekawi.
Usiadłem i rzuciłem okiem – wciąż te obserwacyjne zmysły – w lewo. Szafa urody surowej, blaszanej, jakoś skojarzyła mi się z serialem Układ krążenia z Lubaszenką. Dalej: okno, bez kraty, na co zwróciłem uwagę natychmiast. Pierwszy raz  w życiu zawitałem do gabinetu psychiatry i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Wyobrażenia, nie przeczę, mogłem mieć nieco archaiczne.
A za oknem niezbyt rozległy – bo dr Janusz Wolf Scheiba urzędował nie w przychodni naszej, a w swej willi á la dworek hetmana, co Turków odparł i namioty im opróżnił – na domy bogatszej dzielnicy Rupieci, sennej mieściny podgorzowskiej.
Lewą flankę zamykał, tuż za oknem uchylonym z racji upału majowego, wielki plakat z Pierre’m Richardem. Uśmiechniętym tak głupkowato, jak krzepiąco.
To tyle z lewa. Na prawo szafka przeszklona, acz drewniana, z dwoma kilogramami/litrami medykamentów sprowadzających serotoninę lub otępienie w tym samym celu: uniewrażliwienia pacjenta na bodźce złego świata.
,,Świat jest jak rottweiler’’ – stwierdził kiedyś mój przyjaciel z zaskakującą przenikliwością. - ,,Możesz go ostrożnie obchodzić z daleka albo głaskać czule i z szacunkiem, a i tak nie masz gwarancji.’’
Za szafką dwa z kolei postery: na francuskim, bardzo retro, doktor wbija igłę w pośladek dziewczęcia kabaretowo-erotycznego, na drugim kolejny komik, Chevy Chase. Podobny Richardowi: uśmiech głupkowaty, uśmiech krzepiący.
Zaś za plecami Scheiby mała półeczka z imponującą, chyba przez marsjanolubów, a może i samych Marsjan projektowaną wieżą Hi-Fi, obok, w wiklinowym koszyku kolekcja płyt i kaset, co ciekawe, na pewno nie marsjańskiej świeżości, raczej gorzowskiej starości, ze Stilonu jeszcze.
Plus mała kozetka przy drzwiach do gabinetu.
Złączywszy tę całą dekorację z osobą samego terapeuty, miejsce wprost przyjemne dla pogawędki i medytacji.
Dla których przyszedłem.
- By oszczędzić czasu i zabiegów, których mi nie trzeba – podjąłem zrelaksowanym tonem – od razu uprzedzę, co mnie do pana, panie doktorze, sprowadza.
- Napije się pan wody czy herbaty, panie… - zerknął w terminarz – Władywostocki? Adam Władywostocki, czy tak?
- Tak. Wody, z chęcią, dziękuję.
Podał mi szklankę  czystą tak, jakby ją samą w strumieniu wycięto, po czym podparł brodę na mostku ze złączonych dłoni i popatrzył na mnie z nikłym uśmiechem.
- Otóż nie przyszedłem do pana ani po rady, ani po proszki. Nie przyszedłem się użalać ani wyrzucać gniewu. Nie jestem frustratem. Szczerze mówiąc, jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Mam żonę, trzy córki, mam zdrowie, no i pracę.
- To pan ochrania Dom Strażaka?
- Tak. Nocą. Za dnia chroni go Trockij, wie pan, syn fryzjera z rynku.
- Znam.
- Mam zatem pracę nocną. I lubię ją.
- Dlaczego Dom Strażaka wymaga ochrony?
- Zatuszowano to, więc proszę o dyskrecję, panie doktorze.
- To zrozumiałe. Dyskrecja jest moją religią, panie Adamie.
- Ktoś podpala Dom Strażaka. Od czterech miesięcy. Za pierwszym razem ogień, mały, taki na zduszenie kapeluszem, zauważył szef remizy, Bayzel, jak wracał po pijanemu z chrzcin. Za drugim razem jego zastępca, bo akurat w remizie robił coś tam z jedną z sióstr… no, nieważne których. A za trzecim to już ochrona gasiła. Sam spłoszyłem podpalacza sześć razy.
- Dość uporczywe – zauważył z zainteresowaniem Scheiba. – I że nie zdołał pan pochwycić gagatka ani razu? Ani kolega z dziennej zmiany?
- Zawsze, kiedy rzucamy się za nim w pogoń, potykamy się o skórki bananowe – odrzekłem swobodnie.
- Serio? – Uniósł brwi, co chyba nieczęsto zdarza się psychiatrom. – To trochę… Hm, no jak by to pan ocenił? Niefartowne? W pobliżu remizy stoi jakiś kram z bananami? – Poważna twarz nie mogła poprzeć myśli, że ironizował.
- Nie ma kramu, o czym wiemy obydwaj, panie doktorze. Ani skórek nie ma. Przewracamy się o skórki fikcyjne, rozrzucone wyobrażeniowo.
- Aby nie pojmać gagatka? Ani pan, ani zmiennik dzienny Trockij?
- Aby nie pojmać gagatka. Ani ja, ani zmiennik dzienny Trockij.
- Co ma na celu…?
- Zachowanie pracy, naturalnie.
To było bardzo otwarte, lecz jeśli dyskrecja była religią Scheiby, nie widziałem powodu, aby owijać w bawełnę. I rzeczywiście z zimną krwią ocenił:
- Oczywiste i zrozumiałe, panie Adamie. Ale nie o tym pan chciał porozmawiać, zgaduję?
- No nie. Nie o tym. – Napiłem się wody. Szklanka musiała być prawdziwa, bo nie spłynęła mi przez palce. – Przede wszystkim… nie przyszedłem do pana jako do psychiatry. – Przerwałem, ale on czekał w łagodnym milczeniu.  – Przyszedłem do pana jako do rozmówcy. Jak do, za przeproszeniem, kolegi, z którym się rozmawia o polityce, kobietach, najnowszym modelu poloneza i takich tam zwykłościach.
- Rozumiem.
- Podkreślam: nie przyszedłem do psychiatry. Przyszedłem do rozmówcy. Bo nie mam innego, taka prawda. – Nie skomentował, wpatrzony we mnie w sposób ocierający się o czułość (ale tyko ocierający, dobry był jak na małomiasteczkowego monopolistę terapii), toteż nie oczekując już przerywników w rodzaju ,,Ach, tak’’ czy ,,Rozumiem’’, kontynuowałem: - Bo widzi pan, panie doktorze, przyszedłem do pana, aby nareszcie w pełni porozmawiać o codziennej serii rzeczy, które mnie irytują albo frapują. Tylko tyle; nie wpędzają mnie w depresję, niech to będzie jasnym. Jak już zaznaczyłem, jestem szczęśliwy i, że tak to ujmę, bezpiecznie osadzony w Niebermudzkim Trójkącie zdrowie-praca-rodzina. Co oznacza, że rzeczy denerwujące mam pod kontrolą, nie daję im się wepchnąć w nieckę sfrustrowania, wymagającą odreagowania. Tak sądzę. Nie mniej… - Podniosłem szklankę do ust. Wyraz oczu Scheiby nie zmieniał się tak samo, jak wyraz oczu Richarda i Chase’a. – Nie mniej chciałbym z kimś nareszcie porozmawiać o ciągu małych spraw, które podrażniają mnie każdego dnia, między momentem, od którego wstanę, a momentem, w którym odbieram córki ze szkoły. To jest pułap raptem trzech godzin, w którym to wszystko się rozgrywa. Trzy godziny. Sprawy mają się tak. Po pierwsze: pracuję nocą, więc śpię do południa. O 3.00 odbieram córki ze szkoły, o 3.20 wraca z cukierni moja żona. Od 15.00 do 22.00 wiodę sielankowe życie rodzinne. Potem idę do pracy. I tam z nie mniejszym zadowoleniem z życia przewracam się na skórkach bananowych. Ano. Zaś między 12.00, a 15.00… I tu muszę zaznaczyć, czemu do pana z tym, panie doktorze, przyszedłem. Otóż gdy tylko zaczynałem temat moich małych kwasideł z jakimkolwiek z kumpli, to wysłuchiwali mnie najwyżej do połowy. W połowie, o ile nie prędzej, zaczynali się wiercić, chrząkać, wzdychać, kichać i odczytywać bezgłośne jakieś SMS-y o treści Romek, wracaj, rura przecieka. Po prostu nie chcieli tego słuchać już dłużej. Jeden z nich powiedział mi wprost, że to jest wampiryzm, że nie mogę go tak obrzucać długą listą swoich zafrapowań, bo on ma własną, że to i tak jest jakiś wysiłek, aby ją zneutralizować i uciec w beztroski nastrój. Po namyśle przyznałem mu rację. Nie mogę uprawiać wampiryzmu na znajomych, którzy mają dość na własnych barkach, bo jeszcze ich stracę. Tym bardziej nie jestem skłonny robić tego moim dziewczynom. Wie pan, u nas w domu to tylko śmichy-chichy i w ogóle cudownie. Dlatego jedynie zapytałem żonę, z kim radziłaby mi porozmawiać o tych wszystkich wkurzających mnie sprawach. Nie: wyżalić się, powtarzam. Pogadać. I co mi poradziła? – Uśmiechnąłem się. – Pana. Psychiatrę. Bo pan nie zarzuci mi wampiryzmu, cokolwiek omówimy. Prawda?
- Prawda – odezwał się wreszcie. Był wciąż taki grzeczny, odprężony, zasłuchany, aczkolwiek, miałem wrażenie, jakby ciut bardziej zaciekawiony. – U mnie można zrzucić wszystko z serca.
- Nie, nie, nie. – Zmarszczyłem brwi. – Panie doktorze. Wyraźnie mówię: nic nie potrzebuję wyrzucać. Nie chce się użalać i uwalniać gniewu. Chcę pogadać o tym wszystkim jak człowiek z człowiekiem. Czy pan to rozumie?
- Naturalnie – uśmiechnął się.
Przyjrzałem mu się sceptycznie. Właśnie tego obawiałem się, idąc do jego dworku. Że nie zrozumie.
Niektóre fachy determinują ludzkie postrzeganie. Tak myślę. Używając mniej neutralnego określenia: ograniczają je, kierując na specyficzny tor. Do takich zawodów zaliczam, niestety, psychoterapeutów, polonistów i ginekologów.
Ale przyszedłem do gabinetu Scheiby, bo w całej Rupieci nie znałem nikogo, kto byłby skłonny wystawić się na wampiryzm. O ile to był wampiryzm w istocie. Bo miałem podejrzenie, że większość rzeczy, która mnie wkurzała, wkurzała i innych.
- Chciałbym pogadać, nie wygadać się – powiedziałem. – Za to też płacę 80 złotych. Przyszedłem do rozmówcy, nie słuchacza. Dostrzega pan różnicę, panie doktorze.
- Naturalnie – pogłębił uśmiech.
- Bo szczerze mówiąc, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia, czy jest pan psychiatrą – czy psychologiem.
- To jest bez znaczenia z pańskiego punktu widzenia, panie Adamie, bo w obu przypadkach otrzymuje pan tę samą uwagę i gotowość pomocy…
- Nie potrzebuję pomocy.
- …jednak z mojego punktu widzenia różnica jest wyraźna. Od psychologa otrzyma pan gusła, kasety z medytacjami Leszka Szpikulca i zalecenie uprawiania codziennego pozytywnego myślenia. Co jest nadużyciem, by nie rzec: oszustwem. Bo pozytywnych myśli człowiek sfrustrowany sam sobie nie wygeneruje. Skąd miałby wziąć motywację? Bazę wiary? Z dna niecki, w której się pędraczo zwinął?
- Nie jestem pędraczo zwinięty – zaprotestowałem, ale Scheiba rozgadał się cokolwiek.
- To gusła. Bo pozytywne myślenie może zostać uruchomione tylko przez pozytywne zdarzenie. To coś jak szarpnięcie porzuconym składem wagonów na stacji w Beznigdziu. Rozumie pan.
- Rozumiem, w Beznigdziu. Ale…
- Taką lokomotywę doczepia pozytywne zdarzenie. Albo… - zawiesił głos z tajemniczym uśmiechem.
- Panie doktorze…
- Albo…?
- Albo? – poddałem się.
- Medykament. Prozac, Prozamel, Protodendron, cokolwiek, co ja panu przepiszę.
- Zaraz, zaraz – podchwyciłem czujnie. – Przecież to też oszustwo. Nie ma zdarzenia. Tylko proces chemiczny.
- Ale pański mózg tego nie zauważy – wymruczał z satysfakcją psychiatra. – Lek wykreuje w mózgu wyobrażenie zdarzenia, a jeśli nawet nie, to co najmniej euforyczny jego efekt.
- Euforyczny efekt z niczego?
- Owszem.
- I co to ma dać?
- To szarpnie składem. Doczepi lokomotywę. Którą pan poprowadzi, stymulowany motywacją, która z chemicznego źródła przychodzi tak samo silna, jak z pozytywnego zdarzenia losowego. A tymczasem psychologiczne gusła…
- Dobrze, dobrze – zniecierpliwiłem się w końcu. – Panie doktorze, zapłaciłem 80 złotych za godzinę, czas płynie. Nie potrzebuję ani guseł, ani Protonów, nie potrzebuję pokrzepienia. Przecież powiedziałem panu, że jestem szczęśliwy. Powiedziałem?
- Powiedział pan – potwierdził z opanowaniem.
- Że mam Trójkąt Niebermudzki?
- Że ma pan.
- No właśnie. Przyszedłem porozmawiać.
- Proszę bardzo.
Popatrzyłem na Pierre’a Richarda. Pokrzepiony jego miną, przesunąłem z kolei wzrok na Chevy Chase’a. Ten jakiś bardziej kpiący mi się teraz wydał.
- Kwestia jest taka – Nabrałem powietrza. Trzy razy. Może pięć - że ja codziennie… Że ja codziennie…  - Czekał nieporuszony. Nieomal jak aktorzy i francuski doktor z  jego posterów. - …biję ludzi. Wielu.
Nie okazał zdziwienia.
- A więc jednak jest jakiś gniew do rozładowania. Drogą agresji.
- Niezupełnie. Ja mam poczucie, że biję ich słusznie.
- Słusznie – powtórzył.
 Warsztat psychiatrów jest imponujący. Potrafią powtórzyć każde słowo pacjenta (czy też po prostu klienta) tonem, który nie zawiera najmniejszej, osamotnionej mikrowibracji pejoratywnej, natomiast drga w nim subtelnie mikrowibracja zachęcająca do dalszego zwierzania.
- Tak. Po prostu wymierzam im wszystkim po mocnym sierpowym, po którym padają jak kłody.
- Jednym sierpowym? To wystarcza?
- Tak. Każdy z nich pada bez przytomności. Bez wyjątku.
- Pan ma bardzo mocne uderzenie. Pan jest bokserem, panie Adamie?
- Tak. No nie. Nie jestem bokserem. To reakcja wynikła z gniewu.
- Z gniewu – powtórzył tym sprytnym głosem przemycającym mikrowibracje, ale byłem czujny.
- Nie, nie, nie trawi mnie gniew. To znaczy: nie trawi mnie generalnie. Tylko w owych chwilach.
- Między 12.00, a 15.00?
- Dokładnie. Więc to taki gniew chwilowy. Uchodzący.
- Ale trzygodzinny jednak – zauważył.
- No… zasadniczo, owszem – zgodziłem się niechętnie.
- I codzienny.
- No tak, ale… Pan nie rozumie, panie doktorze.
- Proszę mówić, panie Adamie.
- Ja ich biję w głowie.
- W głowę?
- W głowie. W moim umyśle. Ja tylko to sobie wyobrażam. I pewnie dlatego wszyscy tak od razu padają po moim ciosie – dodałem z pewnym żalem. – Rozumie pan, panie doktorze.
- A zatem nie bije pan ich naprawdę.
- Nie mógłbym, choćby nawet chciał. Oni nie istnieją.
- Nie istnieją.
Coraz mniej podobał mi się ten ciepły, podstępnie zmikrowibrowany głos lekarza. Zaczynałem czuć się jak pacjent, którym nie byłem, jak ofiara guseł wręcz.
Albo przedawkowanego Protodendronu.
Przetarłem twarz dłońmi.
- Panie doktorze. Oni istnieją, tylko są gdzieś daleko. Większości z nich nawet nie znam.
- Nie zna pan.
Zagryzłem wargi. Spróbowałem usłyszeć własne słowa z pozycji Wolfa Scheiby i rzeczywiście nie wyglądało to najlepiej. Gdzie tkwił błąd? Czy psychiatrzy to mistrzowie manipulacji, potrafiący chytrze wciągnąć rozmówcę na tory wiodące wprost do stacji Beznigdzie?
- To może od początku. Wstaję w południe. Ponieważ dom jest pusty, co ma dla mnie działanie usypiające, włączam telewizor. Tak dla towarzystwa. – Nieporuszenie trzymał podbródek na mostku zdobionym ślubną obrączką i sygnetem imitującym szlachectwo. – Robię sobie śniadanie, co zazwyczaj oznacza jajecznicę i herbatę z cytryną, plus kromka chleba czy dwie. I siadam przed telewizorem. Wtedy to się zaczyna.
- Poirytowanie?
- Dokładnie. Włączam sobie jakiś film familijny, na przykład. Jestem człowiekiem rodzinnym i włączam film familijny. Niech to będzie Beethoven. No i co? Jest dubbing. Kto, do cholery, prosił ich o robienie dubbingu? Czy były jakieś demonstracje w tej sprawie? Przewracano tramwaje? – Scheiba nie kwapił się do komentarza, więc wymusiłem to wytrzeszczeniem oczu.
- No tak, panie Adamie, no tak… Może to dlatego, że dzieci nie czytają tak szybko napisów – wymruczał łagodnie.
- Ale lektora słuchają tak szybko jak dorośli.
- No tak, no tak. Może jednak jest miło, kiedy pani mówi głosem pani, a pan głosem pana. Oryginalne głosy zakłócają czasem lektora. A polskie głosy są fajne.
- Tylko do Shrecka. I do Asterixa.
- Czy tak? – spytał bez najmniejszego zdziwienia.
- Czy pan się wsłuchał w te głosy dobrze? Bo ja to zrobiłem. I one brzmią tak, jakby aktorzy grali głuptaków. I to nawet w filmach dla widzów starszych. Te głosy przenoszą te same tony. Głupkowate. Zresztą do gier komputerowych także. Proszę sobie włączyć Empire at War i posłuchać, jakim polskim głosem mówi Darth Vader. Albo cesarz. No czysta groteska. – Pokręciłem głową. – Kiedy porównałem oryginalne głosy amerykańskich aktorów, to oni w Beethovenie czy Piratach z Karaibów mówią normalnie. Bo komizm wynika z sytuacji i dialogu, a nie z głosu, który pasuje do filmu o pluszowych jeżach, co urządzają w dziupli dębu konkurs na najładniejszą piosenkę o szyszkach. A tak brzmią polskie głosy. I to w każdym filmie. Nawet ci Szpiedzy We Wrocławiu
- W Warszawie może? – znów zasugerował delikatnie.
- Polacy nie są stworzeni do dubbingu – stwierdziłem dobitnie. – Kiedy mają zagrać samym głosem, odciętym od ekspresji i sceny, gubią się. Basta. Lektor był dobry czterdzieści lat temu, dobry jest i dziś. Zresztą ciepły głos lektora ma właściwości terapeutyczne – dodałem impulsywnie.
- Całkiem możliwe – skomentował z zainteresowaniem. – Są jeszcze napisy…
- Napisy są o niebo lepsze od lektora, ale odrywają oczy od akcji. Umykają sceny.
- Naturalnie, panie Adamie. Zgadzam się. A jest, zdaje się, możliwość wyboru pomiędzy lektorem, a napisami, poprzez guziki na pilocie?
- Owszem. Tylko że oba te warianty mają z kolei wadę, której nie ma ten idiotyczny dubbing.
- Mianowicie?
- Skracają oryginalne dialogi. Wie pan, panie doktorze, wbrew pozorom, głos lektora nie zagłusza aktorów tak do końca. I ja słyszę, co oni mówią. Mówią więcej niż nam się to przekazuje. I ciekawiej.
- Ciekawiej?
- Czy pan myśli, że lektor albo podkładacz napisów przekaże choćby w połowicznej wierności taką oto wypowiedź de Niro: ,,Ummm, well… well, Bobby… well-wellingtons, ummm, shitty noon, that’s what we’v got today, all shitty stuff.’’? Wie pan, jak to przekazał polski lektor?
- No?
- ,,Bywało lepiej, cholera’’. Koniec przekazu. Nawet imiona wyrzucają, a to ma psychologiczny wydźwięk w dialogu rzeczywistym, więc w dialogu fikcyjnym tak samo, do licha! Z napisami to samo. Redukcja, uproszczenie.
- Może brak miejsca?
- Nonsens. I dodajmy, że oprócz skracania tekstu, degradują oryginalną specyfikę wypowiedzi. Upraszczają, robią tekst nudny, elementarzowy. Zabijają klimat, a przy okazji markę aktora, scenarzysty i reżysera. To jest w porządku?
- Nie jest. To może ten dubbing jednak?
- Chciałby pan słuchać de Niro mówiącego głosem Opani? Albo Zamachowskiego?
- Nie, ale przecież nie oni muszą ten głos podkładać…
- A KTO?
- …
- Kto miałby mówić za de Niro? Albo za Gary’ego Oldmana? Pamięta pan Oldmana w filmie Leon zawodowiec?
- Tak.
- A jego krzyk?
- Krzyk?
- No krzyk. ,,Everyone!’’. Czy wie pan, co się wyświetla na pierwszym miejscu na YouTube, kiedy zacząć wpisywać w wyszukiwarkę ,,gary oldman’’? Wystarczy wpisać ,,gary o’’ i już. Wystarczy. Na drugim miejscu wyskakuje ,,gary leon’’. Na pierwszym - ,,gary everyone’’.
- Ciekawe – zaintrygował się chyba szczerze.
- Wymowne! Osobiście stawiam ten okrzyk na pierwszym miejscu na liście najbardziej wstrząsających krzyków w historii kina. Obok ,,Freedom!’’ Mela Gibsona. I czy pan sobie teraz wyobraża jakiegokolwiek zastępcę dla tych aktorów? Głuptaków z Beethovena? Tak krzyczących?
- No chyba nie.
- Na pewno nie. I to są moje pierwsze ofiary. Ich pierwszych biję.
- Opanię i Zamachowskiego?
- No co pan, doktorze – żachnąłem się. – Tych, co napisy przygotowują. I lektorów, którzy z zimną krwią czytają zdegradowany tekst. Tych, co to zatwierdzają. I aktorów z dubbingu, bo wszystkie filmy robią jakby to był Disney dla siedmiolatków. Bo wszyscy oni traktują widzów jak masę owczych, tępych idiotów. Więc walę im sierpowym. Każdego kolejno. Rozumie pan.
- No tak.
Zamilkł na chwilę, sam sobie nalewając wody. Napił się i znów umieścił brodę na mostku.
- Ale to nie wszyscy? -  spytał spokojnie.
- Nie, to dopiero początek. Jestem bardzo zapracowanym bokserem. Wystarczy, że program przerwą mi reklamy i od razu walę z piąchy tego frajera, co zatwierdził zgłaśnianie reklam. Przecież to szlag trafia, za każdym razem muszę to cholerstwo ściszać. Zazwyczaj w tej złości całkowicie wyłączam dźwięk, więc koncerny w sumie tracą, zamiast zyskiwać. Ale czy którykolwiek z tych cynicznych kretynów o tym pomyśli? Nie. Więc ładuję im po mordzie i padają, aż miło. – Dopiłem wodę, a Scheiba bez pytania napełnił mi szklankę od nowa. – To nie koniec z telewizją.
- Sporo tego boksu telewizyjnego.
- Tak. Lubię telewizję.
- Ale może warto ją ograniczyć, skoro pana frustruje, panie Adamie?
- Ona mnie nie frustruje. Tylko irytuje, a i to chwilowo. Zresztą nie telewizja jako taka, tylko jej zarządcy i operatorzy. A kiedy moja rodzina jest w domu, oglądamy Kiepskich i Spadkobierców. I Kasię i Tomka. I Pingwiny z Madagaskaru. Poza tym, gdybym nawet wyrzucił telewizor na śmietnik, to przecież tam nic by się nie zmieniło i ja bym to wiedział. Frajerzy z telewizji wciąż traktowaliby innych widzów, liczonych w milionach, jak durni. Zgadza się?
- No tak.
- Okej. A przecież tu nie chodzi tylko o mnie, tylko o masę społeczną. Ta masa jest źle traktowana. Biję też w jej imieniu, solidarnie. Ale idźmy dalej. Ponieważ żona nakłoniła mnie do zdrowej diety, rzuciłem kawę.
- To dobrze. Kawa pobudza boksera… To znaczy: mentalnego boksera.
- Możliwe. Ale żeby się jakoś pobudzić, czymś tę kawę musiałem zastąpić. Czasem – naprawdę tylko czasem – włączam ,,duńczyki’’ sobie.
- ,,Duńczyki’’? Pan mówi o tych komediach z gangiem Olsena?
- Nie. Mówię o duńskich erotykach, panie doktorze.
- Duńskich erotykach? Rano? Naprawdę? Na którym kanale?
- W południe. Na kanale KopenHot. U mnie na platformie to kanał numer 1723.
- 1723 – powtórzył z namaszczeniem.
- No i włączam ten film, bo jest naukowo i hormonalnie logicznym, że kwadrans emisji będzie dla organizmu zamiennikiem filiżanki kawy. I tak jest… tylko że przy okazji się wnerwiam.
- Na Duńczyków?
- Na producentów z wszystkich krajów. Ale głównie na kobiety. Za te kretyńskie krzyki.
- Za krzyki.
- Czy one myślą, że to brzmi wiarygodnie? Że naturalnie? Podniecająco? Ja rozumiem dwa-trzy krzyki podczas jednego numeru, ale 100-200? W takiej tępej, automatycznej, sztucznej serii? Co się doskonale słyszy?
- No cóż.
- Stękanie i jęki, ciche albo głośniejsze, jeśli niewymuszone – rozumiem. To nawet drugą filiżankę kawy dolewa. Ale to beznadziejne aktorstwo? Krzykata sztampa? One nie są w ogóle podniecające, one są ohydne jak kukły od krawca z Pobożnej. Seksowna to jest kobieta, która spłonie rumieńcem, westchnie, stęknie…
- I bije je pan? – przerwał.
- No cóż. Nie do końca. Ale wywracam im łóżka i na kopach wyrzucam z planu, do kołchozu, do żniw.
- Naprawdę? Robi im to pan w wyobraźni?
- Tak – potwierdziłem zimno. – Ale producentów już boksuję. To też kretyni i cynicy. Przykładają rękę do degeneracji dumy kobiecej, no i robią durnia z widza.
- Hmm…
- Pan się nie zgadza , panie doktorze?
- Zgadzam się. W ogóle kino duńskie jest słabe. Chyba tylko serial dla młodzieży im się udał, Vasco da Gama ze wsi Rupcza.
- To był bułgarski serial. W życiu nie widziałem gorszego, już czechosłowackie Synowie i córki Jakuba Szklarza całkiem nieźle trzymało w napięciu. Ale tu nie chodzi o duńskie kino. Pornusy z Czech czy Francji są takie same. Krzyczące mechanicznie kukły.
- Oglądał pan sporo – Scheiba poruszył się na mostku nieznacznie.
- Głównie Spadkobierców – chrząknąłem. – No dobrze. Po śniadaniu wyłączam telewizor i jadę rowerem na zakupy. Przy tej okazji biję producentów rowerów, bo nijak nie mogę zrozumieć, jak rozwój technologii jako sojusznika człowieka ma się do wymiany miękkich krzesełek na te twarde zgnioty, co grożą rakiem prostaty. To jest do reszty bezrozumne i bezczelne. Walę ich wszystkich tak, że jak kłody padają. Wgniatam im twarze jak skorupki jajek.
- Czuje pan gniew.
- Pan sobie życzy raka prostaty? I impotencji? Bo i tak działają te zgnioty, co siodełka udają. – Napiłem się wody. – Wchodzę do spożywczego i znów ciosy się sypią. Za co? Zacznijmy od towaru. Przeszedłem na zdrową dietę, żona, pamięta pan. Absolutnie odstawiłem cukier. Rzeczywiście więcej energii, nawet te sierpowe jakieś mocniejsze.
- Jak to?
- No wcześniej ci, co im przywaliłem, padali, ale zaraz wstawali. A teraz leżą nieprzytomni.
- W głowie nieprzytomni?
- A gdzie? Przecież nie biję naprawdę. Nie jestem agresywny.
- No i są daleko – przypomniał subtelnie.
- Nie wszyscy. Sprzedawczyni jest w moim zasięgu, jej mąż, typowy polski rekin-schapaniec zazwyczaj też. Rómburak, wie pan, który. A ja chcę kupić towar bez cukru. I co?... Sięgam po sok Bubuś – składniki: marchew, woda, CUKIER. Nosz cholera, tyle się trąbi o tym cukrze, że szkodzi, rozwój dzieci zakłóca – i co? Przecież oglądają te same media, czy tak? Więc wiedzą, że to niewłaściwe, rzekłbym: przestępcze. A cukier dalej w kartonie. Kartony zresztą też szkodzą. Za PRL były butelki, prawda? No. Dobrze, chcę kupić ryby, sięgam, etykietę czytam: cukier. W puszce sardynek. Nawet chrzanu, który jadłem od piątego roku życia, dziadek mnie namówił, nie mogę już kupić, bo w składzie biała śmierć. Wszędzie biała śmierć, nawet w żółtym serze. Tak nas mordują.
- Mordują nas.
- Pan to nazwie pokrzepianiem? – Nie odpowiedział. – Ostatecznie kupuję twaróg i jabłka. I ziemniaki. Proszę o torebkę foliową. Dostaję, z irytującym mozołem rozwijam, bo cienkie to jak kożuch, sklejone… Już mnie to rozdrażnia, ale w końcu udaje mi się, wrzucam do torebki ziemniaka, dwa, trzy i buch! – dno się rozdziera, pyry na ziemi. Pan rozumie, panie doktorze. Wpychają nam szajs. Kupuję worki na śmieci – to samo. Trzeba się bardzo nagimnastykować, żeby kupić solidne. Ile razy już mi się worek w domu rozerwał – nie policzę. Tak więc walę w mordę producenta woreczków małych, co to trzech kartofli nie udźwigną, walę w mordę producenta worków na śmieci,  walę  Rómburaka, który świadomie, w swoim schapaniu ekonomicznym, podsuwa takie torebki i worki klientom, walę…
- …żonę Rómburaka…
- No nie. Ją do kołchozu, do żniw.
- Na kopach?
- Na jednym, takim kierującym do drzwi, niespecjalnie mocnym. Gdyby kopał mój zmiennik Trockij, byłoby gorzej. On trenuje kung-fu Hung Gar.
- Jest takie? Na Węgrzech?
- Czemu na Węgrzech? – zdumiałem się. – Powiedziałem ,,Hung Gar’’, nie ,,Hungary’’. To kung-fu chińskie. Jak każde inne.
- No tak. Cóż... Dużo ludzi pan bije, panie Adamie. Najwięcej, zdaje się, tych z telewizji.
- To zależy, ilu stoi na przystanku.
- Na przystanku.
- Tak. Ilu czeka na autobus. Bo oczywiście, kiedy już mi krocze się do reszty wygniecie od tego siodełka rowerowego – a dodam: drogi, psiakrew, góral, nie jakaś Ukraina, którą UPA rozwoziła meldunki po stepie – to przesiadam się na autobus. Do pracy jadę autobusem. Ale, na miłość boską… Kiedy ostatni raz wsiadał pan do autobusu, panie doktorze?
- W 67-mym.
- A do pociągu?
- W 68-mym. Raczej autem jeżdżę. Własnym albo taxi.
- No tak. W końcu zarabia pan więcej niż odgarniacz śniegu Wypłoń. Coś pan zapamiętał z tego wsiadania w 67-mym czy ósmym?
- Owszem. Przepychanki przy wsiadaniu. Co trochę rozumiem; na 52 miejsca w jelczu-ogórku nacierało około stu osób. Czasem dużo więcej.
- Dziś się nic nie zmieniło, panie doktorze. Poza jednym.
- ?
- Na 50 miejsc w autobusie naciera w zbiorowej histerii 20 osób. Albo do pociągu, nawet jeśli pusty. Ba! Do samolotu nawet, choć to jakoby bardziej ,,elitarny’’ pojazd, w każdym razie nie kursujący pomiędzy Rupiecią, a Wyświninem. A polskie tumany w amoku histerycznym, ledwo drzwi otworzą, prą jak sołdaci chciwi gwałtu i rabunku. Co mnie tak wnerwia – ta ich tępota gorzej niż kozia – że walę ich wszystkich równo, po kolei, morda w mordę. Aż pięść boli. I padają w stos bezmózgiej padliny, którą są. Ja zaś odjeżdżam pustym autobusem. Tak to wygląda. Niestety - tylko w mojej głowie.
Zapadło krótkie milczenie. Doktor Scheiba dolał nam wody. Jeśli jego beznamiętna twarz cokolwiek zdradzała, to tylko zadowolenie. Tak mi się zdawało – że moje słowa poprawiły mu humor.
A przecież powinno być wprost przeciwnie.
Czyżbym się jednak przeliczył?...
Psychiatra patrzył na mnie łagodnie, nie ponaglając.
- To chyba wszystko – rzekłem niepewnie, bo miałem odczucie, że młóciłem sierpowymi znacznie więcej osób. – Chociaż… Wczoraj o tej porze znokautowałem Trockija.
- Chyba Trockiego?
- Możliwe. Albo Trockijego. Nieważne. Dostał w czapę i padł dureń.
- Przecież trenuje kung-fu? Tak się dał?
- Jakiś słabszy był w mojej głowie. A dostał wie pan, za co? Otóż oddawałem mu dług. 10 złotych. Tyle że w monetach, trochę rozdrobnionych. I co usłyszałem? To klasyczne, tępe, takie typowo polskie ,,Tylko nie w drobnych’’. Pan to rozumie? Każdy jeden tłuk tak zakwęka, kiedy mu dać drobne. Każdy, kogo znam. Wszystkich ich walę w mordę. Bo nie mają szacunku do pieniędzy. Powinni zbiednieć i pokutować w rynsztoku. Pokorny człowiek powinien uśmiechać się do każdej jednogroszówki, która wpadnie mu do dłoni. Pan się zgodzi, panie doktorze?
- Mądre słowa. Ktoś jeszcze obrywa?
Zastanowiłem się.
- To już chyba wszyscy – odrzekłem. - Tylu ich biję.
- Codziennie?
- Codziennie, między 12.00, a 15.00. Potem nie zawracam sobie nimi głowy, ani myślą nie sięgam. Jakby nigdy nie istnieli.
- Jest pan, panie Adamie, w swoim Trójkącie Niebermudzkim.
- Tak, jestem w Trójkącie. Tamtych drani i głupców już nie ma.
- Ale wracają. Następnego dnia wracają, prawda?
- A jest ktoś, komu nie wracają? Pana nie wkurzają durnie i hipokryci? Telewizyjni i uliczni? Bo ja myślę, że każdego normalnego, wrażliwego w kwestii zasad i patologii społecznej człowieka oni bardzo drażnią. Codziennie. Przez nich świat jest rottweilerem.
- Ale to nie znaczy, że ci poirytowani ich biją.
- Skąd ta pewność, panie doktorze?
- Wszyscy w jakiś sposób radzimy sobie z wypełniającą nas agresją, tylko niektórzy lepiej, a niektórzy gorzej… A pan, panie Adamie, radzi sobie całkiem nieźle. Nie bije pan nikogo tak naprawdę, co więcej, przyszedł pan do mnie po pomoc.
- Nie przyszedłem po żadną pomoc – zirytowałem się już – tylko porozmawiać.
- Naturalnie.
- Jak kolega z kolegą. Albo chociaż jak sąsiad z sąsiadem. Za to płacę.
- Naturalnie – powtórzył tym samym tonem. Trochę monotonnym.
Zerknąłem na Richarda. Czy mi się zdawało, że w jego oczach widziałem teraz więcej przenikliwości, pojmowania spraw, niż w oczach Scheiby?...
Komicy. Oni są bardzo, bardzo sprytni. Przewracają się o wiadra z wodą, wpadają w torty weselne, bombardują jajkami – ale naprawdę rozumieją hipokryzję cywilizacji ludzkiej o wiele bardziej niż smutnoocy intelektualiści czy beznamiętni terapeuci. Tak, oni ten świat przejrzeli.
- No to słucham – zwróciłem się do lekarza.
Pokiwał głową, uśmiechając się łagodnie.
- Panie Adamie. Mamy trudne czasy ekonomicznej i moralnej zapaści. Nic dziwnego, że dotykają nas frustracje. Ma pan prawo czuć rozczarowanie, więc…
- Ale co PAN sądzi? – przerwałem już trochę zły. – Co pana wkurza? Prosiłbym o przykłady. Mieliśmy pogadać sobie.
- Co mnie wkurza? – powtórzył z wahaniem. – To wiadome… To, co wszystkich.
- Oprócz tych ludzi wpychających się do autobusu.
- No tak.
- Ale szajs? Reklamówki, komórki, papier do dupy, który się w palcach rozłazi, co dopiero na pośladku?
- Ykhm…
- Celebryci, którym cycki wyskakują? Te kobiety będą miały lub już maja mężów i dzieci, ale co tam, prawda? Podepczę własną godność, a że przy okazji całej rodziny, no trudno, prawda? Że przy okazji dołożę cegłę do procesu demoralizacji społeczeństwa, co tam, prawda? Pan wie, że aktorki nierozbierające się w filmie będziemy liczyć przez jakieś pół minuty? Joanna Kurowska… Nie wiem, kto jeszcze. – Jego brwi nieznacznie zbiegły się ku sobie. – Dziewczęta w peep-show nazywa się dziwkami, a aktorki obnażające ciało dla – co tu mówić – znacznie większej ilości mężczyzn – artystkami. Facetów, którzy wmówili kobietom, że istnieją dwa gatunki obnażania się – erotycznego i artystycznego – też walę w mordę. Panu to nie śmierdzi cyniczną hipokryzją, panie doktorze?
- No cóż…
- Mniejsza z tym jednak. Wszak teraz pan mi ponarzeka.
- Ja?
- Spokojnie, jestem odporny na wampiryzm. Chętnie posłucham.
- Narzekania?
- Jest pan moim sąsiadem, spotkaliśmy się na schodach, pamięta pan?
Zagryzł wargi. To było niewiarygodne, ale pierwszy raz zgubił swoje sympatyczne opanowanie i… wyraźnie się zakłopotał.
On. Fachowiec od doczepiania lokomotyw.
- Co cię wkurza, Janku? – pospieszyłem z pomocą.
Jeszcze bardziej się zakłopotał. Wychylił szklankę do dna, po czym chrząknął.
- Panie Adamie… Cóż… Rozumiem bardzo dobrze pańskie… zniecierpliwienie…
- Moje co?
- Zniecierpliwienie powolnym tempem zmian na lepsze.
- Na jakie? Wychodzisz czasem ze swego dworku, Janek?
Zatrzepotał powiekami.
- No tak – wymamrotał. – No tak. Oczywiście wkurza mnie to wszystko i…
- Konkretnie co?
- …
- Papier toaletowy?
- Tak, papier. Ale w zasadzie nie aż tak bardzo... A nawet wcale nie.
- Jak to? – nie zrozumiałem.
Popatrzył na mnie już z większym opanowaniem.
- Bo ja mam sposoby na wyciągnięcie ręki. Takie jak Prozac. I w rezultacie niczym się nie przejmuję ani między 12.00, a 15.00, ani o żadnej innej porze. Nic mnie nie dotyka, trzymam się optymizmu i w rezultacie sam pan widzi, co mnie otacza. Ostoja dobrobytu. Pole siłowe.
- Z powodu Protonów?
- Prozacu, Prozamelu, Protodendronu. Tak. W znacznej mierze.
- Takie buty - zadumałem się. Teraz to ja ułożyłem brodę na mostku. – No, to nie ponarzeka pan za bardzo, panie doktorze.
- Prawdę mówiąc, nie mam na co.
- Czyli… Co tu mówić. Chyba straciłem 80 złotych.
- Policzę 50, jeśli teraz zakończymy. I oczywiście przepiszę Prozac.
- Co? – zdębiałem. – Jaki Prozac? Po co mi to?
- Na stan depresyjny.
- Oszalał pan, panie… Przepraszam, panie doktorze – zmitygowałem się. -  Uniosłem się. Ale ja nie mam depresji, moje życie jest w dechę. Ja też żyję sobie jakby w dworku. Mam pole siłowe, w każdym razie od 3.00 do południa następnego dnia.
- No tak. W końcu nocny podpalacz pana nie denerwuje – zauważył.
Czy ironicznie? Nie dało się odczytać. Był fachowcem i błyskawicznie wrócił do równowagi.
A może to Protony tak działały…
- Jednak – podjął już swym formalnie ciepłym tonem – zakończenie sesji teraz nie byłoby wskazane.
- Jakiej, do cholery, sesji?
- Ponieważ bije pan, jak się wydaje, coraz więcej ludzi w swej wyobraźni. Pewnego dnia może zadać pan prawdziwy cios. I to naprawdę mocny. Co jest nieomal nieuchronne, zważywszy, że w żadnej z materii, które pana drażnią, nie należy oczekiwać szybkich zmian na lepsze.
- Raczej na gorsze.
- Prawdopodobne. Jednak pan będzie zabezpieczony. Przepiszę panu Protodendron, jest najsilniejszy z tych wszystkich, jak to pan określa zabawnie, Protonów. Taki Prozamel uaktywnia serotoninę w mózgu najszybciej po czterech dniach. Zazwyczaj: po 8-10-ciu. A po co czekać? Protodendron doczepi panu lokomotywę w ciągu 48 godzin. I nie będzie to byle spalinówka, lecz mocny PaFaWag EU07. Pański szef, Bayzel, ruszył swoim pociągiem jeszcze tego samego dnia, po przyjęciu pierwszej dawki.
- Bayzel? On też?...
- Każdy ma stresy – odparł, po czym zmieszał się nagle. – Liczę na wzajemność w kwestii dyskrecji, panie Adamie. Połowa miasta tu przychodzi po Protony.
- Nie ma sprawy. Ale – zawahałem się – nie moja żona?
- Odmawiam odpowiedzi.
- Jeśli jest przecząca, po co odmawiać? – okazałem zdumienie.
- Odmawiam odpowiedzi. – Wbił nieczytelny wzrok w palce dłoni.
Zamrugałem oczami zbity z tropu. Czy… Nie, to niemożliwe.
A jeśli jednak?
Czy podczas pracy w cukierni mogły denerwować moją żonę problemy z rozlatującymi się torebkami (vide: pretensje klientów o ich jakość), z papierem toaletowym, co się ani do nosa, ani do tyłka nie nadawał, z marudzeniem kupujących, z klapsami w pośladek od szefa, Kantowicza…?
No mogły. Każdego dnia, od 9.45 do 15.00.
Codziennie.
Na Boga.
- Jeszcze coś – dodałem naprędce. – Byłbym zapomniał. Jeszcze walę sierpowym Kantowicza.
- Cukiernika?
- Owszem. Czasem poprawiam mu nawet. Po 15.00. Ale to rzadko całkiem.
- Panie Adamie. Wygadał się pan, wyża…
- Po-gadałem. Po-. Nie wy-. Chociaż rzeczywiście się nie udaje. Pan nie umie rozmawiać, panie doktorze.
- Momencik. – Wyciągnął z szuflady notes i długopis. – Protodendron…  Jest w aptece na rynku.
- Nie mamy innych aptek w Rupieci – zauważyłem nieco kąśliwie, lecz zignorował to.
- Przyjmować na czczo, raz dziennie przez pierwsze dwa dni, potem przez tydzień dwa razy dziennie, dalej już trzy razy dziennie. Zawsze popić dużą ilością wody. Mogą się pojawić dziwne wahania nastroju na początku, i duża potliwość. Niech pan się tym nie martwi, przejdzie.
- Ja nie życzyłem sobie Protodendronu – wycedziłem.
- Na początek kuracja trzymiesięczna. Potem ustalimy, co dalej, dobrze?
- Czy możemy jednak porozmawiać? – zasapałem bezradnie. – Janek, coś cię wkurzyło ostatnio? Co?
- Naturalnie, że porozmawiamy – powiedział kojąco, podpisując zamaszyście receptę, oczywiście klasycznie nieczytelną. – Położy się pan, panie Adamie, na kozetce, włączymy Czajkowskiego… Dobrze? I powie mi pan, tak szczerze, otwarcie, co pana denerwuje między godziną 3.00, a 10.00 wieczorem… Dobrze?
- Panie doktorze…
- Jak panu się udają stosunki z żoną?
- Proszę?
- Z żoną.
Zwinął kartkę w pół i podsunął mi ją, jednocześnie wstając. Wstawał, żeby włączyć Czajkowskiego w wieży, którą miał za plecami. Nawet zaczął się do niej obracać, z tym nikłym, krzepiącym uśmiechem przyklejonym do twarzy w podejrzanie długotrwały sposób.
Jednak wtedy dwa ułamki sekund zmieniły rzeczywistość, w każdym razie rzeczywistość doktora Janusza Wolfa Scheiby, który chyba za bardzo wierzył w to swoje pole siłowe.
W pierwszym bowiem ułamku dostrzegł kątem oka, że stoję, i że moja prawa ręka znajduje się na dziwnej wysokości. Oczywiście zamarł i nawet uśmiech psychiatryczny zaczął się odklejać mu od twarzy.
Ale to tyle. W drugim ułamku sekundy moja pięść trzasnęła go z niewiarygodnym impetem w szczękę tak, że padł jak kłoda wprost na wieżę. Która została tym samym mocno uszkodzona, ale doktor niewiele mniej.
I jak to zwykle się działo z każdym, kto mi się nawinął pod pięść miedzy 12.00, a 15.00, także psychiatra rupiecki zaległ nieprzytomny. Nie mogło być inaczej, bo, zdaje się, zebrał całą skumulowaną siłę uderzenia, przeznaczoną dla kilku tysięcy irytujących mnie osób.
Doktor Scheiba, bardzo dobry fachowiec, słusznie przepowiedział, że zadam w końcu ten prawdziwy cios. Bardzo mocny.
Więc zaległ. I w ogóle zwinął się pędraczo.
W przeciwieństwie do mnie. Ja bowiem byłem bardzo daleki od pędraka. Ogarnęła mnie gwałtownie dziwna ulga, euforia, co mówię – uszczęśliwienie! Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy i beztroski! Zupełnie, jakby cios zadany w rzeczywistości uwolnił mnie nagle od tych wszystkich głupot i patologii, którymi zawracałem sobie głowę.
A teraz miałem to gdzieś. Teraz miałem ochotę zrobić coś szalenie fajnego. Wbiec do cukierni w przebraniu kupca marokańskiego i porwać żonę. Uciec z nią do parku i…
Albo zakraść się do szkoły i zacząć stukać w okna klas, gdzie uczyły się moje córki, rozśmieszać je, rozpraszać tak, aby wszystkie dostały uwagi…
Albo zostały zwolnione do domu, co pozwoliłoby mi z kolei porwać je do parku. Lub do mamy, do cukierni na ciasto z truskawkami.
Już nie przejmowałem się cwaniakami i idiotami z Polski, Bułgarii czy Danii. No tak, byli hipokrytami, ale może nie potrafili przetrwać innym sposobem w naszym obłąkanym do reszty świecie rottweilerowym?
A czyż ze mną nie było tak samo? Czy nie byłem hipokrytą usiłującym przetrwać bezpiecznie, chronić Trójkąt Niebermudzki i moje w nim stabilne osadzenie?
Czy nie przewracałem się na skórce bananowej, goniąc za moim zmiennikiem, gdy wzniecał pożar remizy? Czy on nie przewracał się w pościgu za mną?
Spojrzałem na nieruchome ciało psychiatry.
- Panie doktorze – rzekłem z wdzięcznością i niedowierzaniem – nie wiem, jak to zrobił, ale bardzo mi pan pomógł. Czuję się cudownie. Możemy się umówić za tydzień?

*

10 komentarzy:

  1. Oj, chyba za radą, dam mojemu psychiatrze po mordzie. Nareszcie będę wiedziała, za co wziął kasę.

    OdpowiedzUsuń
  2. :-) Ale tak i zabawne i niezabawne zarazem, nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy u Ciebie na stronie jest coś poświęcone Nowej Szwabii albo Unterlandowi? Jeśli tak, prosiłbym o linki. :)

      Usuń