poniedziałek, 18 marca 2013

Horrorologia edukacyjna II: Ostatnia Marzanna Rzeczpospolitej

Edmundowi Niziurskiemu
 

 

Ostatnia Marzanna Rzeczpospolitej

 
Dyrektor Czupurnik stał na jednej ze ścieżek szkolnego ogródka i wesołymi krzykami zagrzewał uczniów IVb do prac porządkowych. Miał na sobie puchatą kurtkę z napisem Canadian Shield i kalosze, ale w zasadzie był to już całkiem ciepły i nie tak błotny dzień. Czupurnik podniósł głowę wyżej, by odprowadzić wzrokiem klasę IIa, którą pani Powłóczyn, wychowawczyni-geograf, wiodła nad pobliski brzeg Drwiny w celu zatopienia Marzanny.
Drwina leżała na prawo od szkoły, pod lasem, na lewo zaś, kilometr dalej, ciągnął się wąż jasnych domów Oborniczek, najmniejszej w kraju miejscowości ze szkołą podstawową.
Niebo było błękitne, słońce złote, grzejące nos, dwutygodniowe błoto zasychało i w zasadzie zapowiadał się zupełnie sielankowy, uroczo nudny dzień.
Ale jak to bywa z zapowiedziami, skończyło się na manowcach rozczarowania, a na pewno ambarasu.
Po jakimś kwadransie delektowania się wiosną, okno dyrektorskiego gabinetu otworzyło się, a sekretarka  krzyknęła z widoczną ekscytacją:
- Panie dyrektorze! Telefon! Warszawa!
Czupurnik wykonał nieco nerwowy skręt, który chyba niepotrzebnie połączył od razu ze skokiem. Oczywiście rymsnął w błoto, które nie wyschło tak do końca. Ale kurtka jako ta Kanadyjska Tarcza wzięła na siebie ten cios.
Kiedy chwytał za słuchawkę, przez uchylone okno wciąż dobiegał śmiech uczniów, kilku nawet przewracało się z poświęceniem, by oddać pełnię parodii dyrektorskiego wypadku.
- Tak, słucham, Czupurnik – zasapał dyrektor.
- Dzień dobry – rozległ się baryton, który idealnie łączył ton przyjazny z tonem władczym. – Kwartz się kłania. Karol Kwartz, pamięta pan, spotkaliśmy się w kuratorium po świętach.
- Oczywiście, pamiętam. Witam, panie Karolu.
- No tak. Sprawa jest taka. Mamy tu poważną wizytację. Wysoki szczebel.
- U was? To znaczy: w pańskiej szkole, panie kolego?
 - Tak to miało wyglądać. Zaskoczyli mnie, nie zaprzeczę, wzięli z marszu. Ot, tak, wylosowali, jak mi kuratorium powiedziało. Typowa ,,Warszawa’’, 400 uczniów… Nieważne. Okazało się, że nie jesteśmy gotowi.
- ?
- Noo… Co tu mówić, ta wizytacja to inspektorzy z Unii. Z Komisji Edukacji. Francuzi. I pewne sprawy są niedopuszczalne. Musimy na przykład zdemontować symbole archaizmu: orły, krzyże, proporce styczniowe, listopadowe, piłsudczykowe… Pan rozumie, kolego.
- Tak – nieszczerze rzekł Czupurnik.
- Nie jest to do końca uczciwe, by wizytacja, szczególnie unijna, brała szkołę z marszu. Tu zawsze coś wyjdzie. Nie pomalujemy trawników… - Obaj roześmiali się. - No sam pan, kolego Czupurnik, wie. Tak nie można. Jeśli raport podetnie moją szkołę, to wyjdzie na to, że licho z całą Warszawą. Zatem: z całym krajem. Zgadza się?
- Zgadza się, panie kolego.
- A tak serio. Na przykład dziesięć minut temu dowiedziałem się, że mój historyk, Rummenigge, pisze felietony antytelawiwskie.
- Jakie, przepraszam?
- Antytelawiwskie. W Internecie. Nie zdążę ani tego zatuszować, ani wyrzucić go i zatrzeć po nim śladów w dokumentacji szkoły. Za mało czasu.
- Rozumiem – chrząknął nieco zakłopotany Czupurnik, który zawsze bał się Warszawy i wiszącego nad nią, dziwnie rosnącego cienia unijnego, kochał zaś swoją małą szkołę, w której pachniało jeśli nie bzem czy podpalaną przez urwisów łąką, to kapuśniakiem ze stołówki.
- Tak to wygląda. Dzwoniłem do minister Chomątskiej i jest pełna zgoda.
- ?
- Szykujcie się.
- Na co? – wykrztusił Czupurnik trochę wystraszony.
Sekretarka, która męczyła łyżeczką granulki madrasu na dnie szklanki, podniosła na niego zaciekawione oczy.
- Wizytacja została przekserowana.
- Przekserowana?
- Tfu! Przekierowana, oczywiście. Przekierowana  do was.
- Do… Do nas??
- Tak. To oczywiście jest kłopotliwe i wymaga mobilizacji, jakichś zabiegów, szpachlowania, nie mniej… także pański awans. Pańska placówka będzie w mediach przez dwa-trzy dni. Ilu macie uczniów?
- 183 – wymamrotał oszołomiony Czupurnik. – Każdy rocznik ma po dwie klasy. To taka mała, biedna szkółka i lepiej by chyba było, żeby nie…
- Bardzo dobrze! – przerwał Kwartz z entuzjazmem. – ,,Mała szkoła – mała patologia’’. Czysta logika socjologii. Szykujcie się, drogi kolego.
- Ale my nie mamy czego pokazać właściwie – Czupurnik wymienił z sekretarką bezradne spojrzenie.
- Pokażcie Małą Polskę. Taką prawdziwą. Ale symbole usuńcie. Macie francuską flagę?
- Nie… Możemy uszyć.
- Za mało czasu. Może niech kucharki – bo kuchnię macie? – niech ugotują trzy zupy, każda w kolorze z flagi. Ale zaraz, co ja mówię, jaka Francja…  Może tylko jedna zupę, z flagą Unii. O, to jest to! Niebieska zupa, a unijne gwiazdki, hm... Ułóżcie kółko z kurek albo maślaków na wierzchu.
- Ale niebieska zupa? – zafrasował się dyrektor szkoły oborniczkowej.
- Coś wymyślicie. Liczymy na was. Dzwońcie, gdyby coś zgrzytało.
- Może zgrzytać… Nikt u nas nie mówi po francusku.
- Językiem Unii nie jest francuski ani afrikaans, tylko angielski – zaśmiał się Kwartz wyraźnie odprężony i kontent, że ,,wizytacja została przekserowana’’.
- Niestety – chrząknął Czupurnik zawstydzony – nikt u nas nie mówi po angielsku. – Z wyrzutem popatrzył na sekretarkę, którą prosił tuzin razy o podjęcie kursu.
- NIC NIE SZKODZI.
- Jak to?
- Oni mówią po polsku. Bardzo dobrze mówią.
Zaskoczony Czupurnik aż umilkł.
- Francuzi?
- Tak.
- Inspektorzy z Unii?
- Dokładnie.
I tu nagle szef małej, sielankowej szkółki znad rzeczki Drwiny, zamiast ulgi, poczuł jakieś niezrozumiałe ukłucie niepokoju. Inspektorzy z Unii polskojęzyczni? Dlaczego?...
- Panie kolego, ja muszę kończyć, bo jadę do ministerstwa. A wy się szykujcie, bo to będzie głośna rzecz.
- Ile mamy czasu? – spytał Czupurnik zrezygnowany.
- Jakieś… No, dwie godziny.
- ?!...
- Oni już jadą. Niech pan nie traci ani minuty. Proszę zrobić jakąś musztrę, czy co tam macie w zwyczaju, doszyć tarcze do rękawów, zamieść dziedziniec… I a miły Bóg, żadnych akcentów neosłowiańskiej religii: topienia Marzanny i takich tam. Postępowo. Koniecznie flaga Unii na maszt!
- Ale…
- Powodzenia. Jestem na linii, gdyby co.
- Ale…
- Wierzymy w was. Mała Polska. Powodzenia.
Kwartz rozłączył się, ale Czupurnik, który miał nie marnować ani minuty, stał jeszcze w ogłuszeniu co najmniej przez kolejne trzy.
 
Polonistka Nieczynna właśnie zdławiła powstanie uczniowskie w klasie VIb, które objawiło się trzyminutową palbą z papierowych kul i gumek do mazania. Jak to w bitwie, towarzyszyły temu ponure dźwięki uwalnianych bąków i – to już gardłem – jadu kiełbasianego.
Zapadła jednak cisza, a pani Nieczynna po wymierzeniu czterech uwag i czterech jedynek, trochę na chybił trafił, jak to przy pokazowej egzekucji, znów przybrała minę łagodnej, umiłowanej w kawie zbożowej i herbatnikach dobrej cioci.
Zresztą była nią dla tuzina uczniów.
I dla dwóch matką.
- Ci, którzy dostali uwagi, jutro mają przyjść z rodzicami – zaznaczyła jeszcze.
- A ja z kim? – spytał zdezorientowany jeden z jej synów, ukarany tak uwagą, jak jedynką.
- Z rodzicami. Muszę nimi potrząsnąć, bo wyrośnie z ciebie jakiś słowacki zbójnik górski.
- Aha- bąknął uczeń z głupią miną.
- Dzieci! – Polonistka dla złagodzenia atmosfery zafurkotała palcami.
Była to rzadka sztuczka i to w granicach całego kraju. W programie Mam PsychoTalent! Półczynna przeszła do trzeciej rundy, w której o włos przegrała z Pomorzaninem. Osobnik ten, nazwiskiem Zrzutka, popisał się roznieceniem ognia, pocierając patyczki trzymane w palcach stóp, i gasząc go jednym wciągnięciem nosa (od którego zresztą patyczki i kostka torfu przepadły tak samo jak płomień).
Furkot palców (dłoni) nauczycielki robił jednak spor wrażenie, bo był głośniejszy niż helikopter MI-2 z pracowni techniczno-plastycznej pana Resorka, żartobliwie przezywanego NSU-Prinz’em (prawdopodobnie dlatego, że jeździł zaporożcem, który sowiecka myśl inżynieryjna stworzyła kopiując auto RFN-owskie).
- Dzieci! Poczytam wam Plastusiowy pamiętnik!
- Przecież to było w pierwszej klasie- zauważył wstrząśnięty uczeń Rybitow.
- A będą trupy? – chciał wiedzieć niezorientowany w literaturze klasycznej Gąbkowski.
- Dzię-ku-je-my! – zawołał chóralnie lizus, prymus i logicznie atrofik Wyziewicz.
Był bardzo zdolnym prymusem i jeszcze zdolniejszym lizusem, więc jako jedyny w gminie posiadał zdolność krzyczenia chórem w pojedynkę.
Ale bity też był ,,chórem’’, gdy nauczyciel wychodził z klasy, na kujona spadał chór kilkunastu pięści.
- Czytam! – Polonistka chrupnęła herbatnik (jedna z szuflad jej biurka była ich pełna, a Wyziewicz skrzętnie uzupełniał). – Na czym to skończyłam?
- Ale kiedy? – wytrzeszczył oczy Rybitow. – W pierwszej klasie?
- Mamo, ty chyba nam to w domu tylko czytałaś – odważył się zauważyć ten z Nieczynnych, który jeszcze nie zarobił uwagi i jedynki.
Natychmiast zostało to nadrobione, przy czym jako bonus doszło trzepnięcie metrowym liniałem we wnętrze dłoni.
- Jak się zwracasz do nauczyciela?! Jutro proszę przyjść z matką!
Wstrząśnięty syn polonistki przytulił się do brata, z którym zajmował ławkę, a nauczycielka znów zasiadła za biurkiem i powtórzyła tym ciocinym, herbatnikowym głosem:
- Na czym skończyłam ostatnio?
Klasa spojrzała po sobie w zmieszaniu, ale tu sprytem popisał się nie kto inny, a lizus-prymus Wyziewicz:
- Na początku, proszę pani.
- Aha – rozpromieniła się polonistka. – Wspaniale, dziękuję. Piątka. Czytam więc dalej: Dlatego na imię mi Plastuś. Mam śliczne mieszkanie: oddzielny drewniany pokoik. Obok mnie, w drugim pokoiku, mieszka tłuściutka, biała guma. Ta guma nazywa się "myszka". A zaraz koło gumki mieszkają cztery błyszczące, ostre stalówki. A z drugiej strony, w długim korytarzu, mieszka pióro, ołówek i scyzoryk. Z początku nie wiedziałem, jak się nasz dom nazywa. Teraz już wiem: piórnik.
Naszą gospodynią jest mała Tosia…
- Proszę panią…
- Nie przeszkadzać! O, i już się zgubiłam! Gdzie to było… Bronka ulepiła gniazdo z jajeczkami… Co ma znaczyć ten las rąk? – polonistka spojrzała krytycznie.
Połowa uczniów wyciągała się do zadania pytań, reszcie brakło odwagi po ciosach liniałem.
- No, Wyziewicz, co chcesz powiedzieć?
- Czytałem Plastusiowy pamiętnik sześć razy. I ulepiłem Plastusia. Przynieść jutro?
- Dobrze. Siadaj. Czochrajska, co to za miny, jakby cię wszy obsiadły?
- Bo ja nie rozumiem, co to jest stalówka…
- Gupia! – postukał się w czoło Rybitow. – To jest bagnet do strzelby! U mnie w domu wiszą cztery na dywanie!
- Jak to na dywanie wiszą – zmarszczyła brwi Nieczynna i aż przymknęła książkę.
- U nas dywany na ścianach, na sufitach i na drzwiach, proszę pani, bo taki zwyczaj. Dziadkowie przywędrowali z Azyrii.
- Chyba z Azerbejdżanu?
- Chyba.
- Dobrze, jako idiota wyjdź z klasy.
Rybitow ruszył do drzwi wyraźnie zaskoczony obrotem sprawy.
- A dlaczego gospodynią jest mała dziewczynka? – zainteresował się Gąbkowski. – Czy to Indie?
- Wyjdź z klasy jako idiota – zafurkotała palcami polonistka.
Chciała jeszcze dodać, żeby wrócił z rodzicami (którzy zginęli w pożarze stodoły), lecz w tym momencie głośnik wiszący u sufitu, wielki, nieforemny, trochę jak UFO obtłuczone pałkami przez spanikowanych neandertalczyków, zatrzeszczał, zapiszczał, zarzęził, po czym rozległ się niespokojny głos dyrektora:
- Uwaga! Wszystkich nauczycieli prosi się o NATYCHMIASTOWE stawienie się w pokoju nauczycielskim, pilna narada. Powtarzam: wszystkich nauczycieli prosi się. Dziękuję. Aha, woźnego proszę, by powiadomił pana Resorka. Dziękuję.
W pracowni plastyczno-technicznej, mieszczącej się w podziemiach budynku, nie było nie tylko kabla łączącego pomieszczenie ze szkolnym węzłem informacji, ale w ogóle elektryczności. Stawiało to pracę uczniów, od których oczekiwano pokazu ,,dobrej szlifierki’’ czy choćby wbicia gwoździa ,,w punkt, do cholery’’ w niełatwym położeniu. Wiertarki i piły elektryczne wiszące na jednej ze ścian miały tę samą rangę i użyteczność, co poroża danieli wiszące na przeciwległej.
Jak i ozdobne gabloty z czaszkami partyzantów rozstrzelanych przez NKWD, których Resorek nie życzył sobie usuwać, bo ,,przypominają jak stare są tradycje szkoły’’.
Wobec faktu, że o oświetleniu pracowni stanowiły dwie pochodnie i latarki, które uczniowie mieli ,,kategoryczny obowiązek’’ przynosić na zajęcia, trafienie w punkt też nie było oczywistością.
‘Ale wyzwanie stanowi o warsztacie i kwalifikacjach’’ – powtarzał Resorek, który zawsze odprowadzał rannych uczniów do higienistki lub karetki.
Z węzłem też nie było dużo lepiej i rzeczywiście stanowił wkład w przypominanie o tradycji – zainstalował go Wehrmacht podczas postoju, w czasie którego przesłuchiwał i odstrzeliwał oficerów sowieckich – po czym spłoszony kontruderzeniem zapomniał zdemontować.
Typową awarią było samoczynne włączanie się mikrofonu i ogólny sabotaż guzików. Dyrektor Czupurnik, który wezwał nauczycieli na naradę, wcisnął guzik Aus, ufając, że spełni on tę funkcję, bo już dwa miesiące nie nawalił.
Niestety, tym razem uczniowie i nauczyciele słyszeli jego głos trochę dłużej, niż by sobie tego życzył.
- Panno Lodziu, proszę mi się tu teraz nie obnażać, dobrze?
- Chciałam pomóc…
- Nie teraz, na miły Bóg. Los nas wszystkich wisi na włosku. Zresztą pani się obnaża co wieczór dla naszego matematyka, w silosie Czyrbatych, wszyscy o tym wiedzą.
- Pan Arktoński udziela mi korepetycji z algebry…
- W silosie?!
- Tam nikt nie przeszkadza, panie dyrektorze. A może przyjdę z siostrą?
- Ale gdzie?
- Do pana domu?
- Panno Lodziu, czy pani oszalała? Ja mam żonę! A o pani siostrze też dużo mówią, że kwiczy jak świnia pod siekierą… Zresztą o czym my tu mówimy, jest sytuacja awaryjna. Proszę w tej chwili dzwonić do pani Powłóczyn, niech natychmiast zawraca z tą nieszczęsną Marzanną!
- A jeśli już utopiona?
- To wyłowić do cholery! Szczuparzec dobrze pływa, niech skacze za Marzanną!
- Jemu brat utonął miesiąc temu…
- To dzielny chłopak, przełamie się.
- Ma niedowład, przypalił go transformator…
- Psiakrew!!!
Polonistka Nieczynna z osłupieniem powiodła oczami po uczniach VIb, którzy słuchali rozmowy w gabinecie z wyraźnym zafascynowaniem.
- Cisza! – nakazała raczej bezradnie. – Proszę ćwiczyć poloneza, dopóki nie wrócę.
Nieczynna odmaszerowała z charakterystycznym stukotem szpilek, charakterystycznym dla niej – przez siedem lat zarabiała deptaniem kapusty kiszonej i wciąż miało to wpływ na sposób stawiania kroków.
- Ale afera! – rzekł Gąbkowski. – Musimy to obgadać.
- Najpierw łupu-cupu kujonowi – rzucił z korytarza Rybitow, mściwy ze swej azyryjskiej natury.
 
W pokoju nauczycielskim zgromadziła się raptem połowa nauczycieli.
- Gdzie reszta? – załamał ręce dyrektor Czupurnik.
- Noo – technik-plastyk Resorek podrapał się po głowie – koleżanka Wykapło jest u chorej matki w Zgredowie. Poszła jej zanieść menażki z obiadem, ale to sześć kilometrów jednak… Kolega Fajczer chyba bydło zagania, Powłóczyn z Marzanną, Trutka na rybach…
- Mniejsza już z tym – machnął ręką Czupurnik zniecierpliwiony. – Musimy sprostać wyzwaniu z tym, co mamy.
- A jakie mamy wyzwanie? – Matematyk Arktoński spojrzał z widocznym zaciekawieniem, wręcz chłonnie i cokolwiek ssąco.
- Zaa… - dyrektor zerknął na zegar ścienny – 110, ale lepiej przyjąć awaryjnie: 90, minut, mamy wizytację.
Zapadła cisza awaryjna na 90 sekund. Pierwszy roześmiał się matematyk.
- A to dobre! – klasnął w dłonie. – Nie podejrzewałem pana o takie żarty, panie dyrektorze.
Na te słowa roześmiali się rusycysta Wołkow i higienistka Lulek (która ze strzykawką w pełnej przytomności, karności, dyscyplinie przybiegła za historykiem Numidyjskim.
Czupurnik spojrzał na Wołkowa tak posępnie, że śmiech zamarł w sekundę.
- To nie żart. Miałem telefon.
- To prawda – potwierdziła blada na wiktoriańską modłę sekretarka. – Już tu jadą.
- O Jezu i Herodzie – przejęła się higienistka, po czym bezzwłocznie wbiła igłę we własne przedramię.
- Co pani wyprawia – skrzywiła się polonistka Nieczynna.
- No właśnie, co pani wyprawia – skrzywił się dyrektor.
- To zastrzyk na uspokojenie. Miał być dla pana Numidyjskiego, ale ja sama potrzebuję się teraz uspokoić.
- Ale ja też potrzebuję – zaprotestował historyk. – Pani ukradła mój zastrzyk.
- Bo pan uciekł.
- Nie uciekłem, pobiegłem na wezwanie. Zresztą pani pobiegła za mną w celu kontynuacji zabiegu, a nie grabieży.
- Może skoncentrujmy się na kwestii wizytacji – zauważył z opanowaniem matematyk, młody, alabastrowy, a może istotnie z gipsu wytworzony człowiek.
- Dokładnie – podchwycił dyrektor. – Siadajcie, koleżanki i koledzy. Panno Lodziu – herbata i pączki. Zarządzam kwadrans, MAKSYMALNIE kwadrans, na pomówienie sytuacji, po którym kwadransie natychmiast przystępujemy do działań.
- Ale jakich? – zapytał historyk, pokazując wymownie palcem na swój pośladek higienistce.
- Tuszujących, jak się łatwo można domyślić – rzekł bystro matematyk.
- Brawo, kolego Arktoński. – Dyrektor westchnął i opadł na jedno z krzeseł. – Proszę państwa, szybkie decyzje. To jest wizytacja z Unii.
- Z Unii?!
- Wiecie, co nam grozi, jeśli lista uwag będzie zbyt długa. Zdziesiątkowanie kadry to minimum, liczmy się z zamknięciem placówki. Na dobre.
- Cholera – zmartwił się Numidyjski, a następnie ponaglił higienistkę: - Proszę mi przynieść w tej chwili mój zastrzyk.
- Może nie tutaj – pokręciła głową polonistka Nieczynna. – Potem pan sobie wstrzyknie. Pan jest uzależniony chyba. Już rano się pan kłuł, widziałam przez okno.
- Biorę trzy zastrzyki dziennie. Dzięki temu utrzymuję pozycje, gdy wróg naciera.
- Jaki wróg?
- Insubrowie i Celtyberowie.
- Pan widuje takie postacie, kolego Numidyjski? – zaintrygował się rusycysta Wołkow. – Insubrów? Tu, w budynku szkoły?
- Oczywiście, że nie. To uczniowie są Insubrami. To metafora.
- Ogarnijcie się, do cholery! – uciął matematyk Arktoński, przenosząc błękitne oczy na zwierzchnika. – Panie dyrektorze, jaki jest skład i cel delegacji?
- Nic nie wiem poza tym, że to polskojęzyczni Francuzi. Cel nieznany, ale Warszawa się nie kwapiła. To nie wróży dobrze, obawiam się. Proszę państwa, jak się prezentuje nasza szkoła?
Polonistka roześmiała się nerwowo.
- W sensie architektonicznym czy edukacyjnym? – szukał sprecyzowania rusycysta.
- We wszelkim, do licha – zasapał dyrektor. – Wszystko będzie ocenione.
- No to jest źle, a wręcz fatalnie. Z zewnątrz widać, że szkołę wrąbano w ukradziony szlachcie pałac. Widać też, że w poszczególnych etapach czasu maszerowały tędy kolumny wojsk krzyżackich, pruskich, szwedzkich, tureckich, kozackich, pruskich, niemieckich, sowieckich i upowskich, i że w chwili mijania pałacu wszystkim im puszczały nerwy.
- Rzeczywiście wszystkie te armie zahaczały o nasze miasteczko? – Dyrektor z niedowierzaniem spojrzał na historyka.
- Potwierdzam. Leżymy w krzyżowym punkcie. Kolega Wołkow pominął jeszcze napad lisowczyków w 1634. Uważam, że wszyscy musimy wziąć zastrzyki uspokajające i to natychmiast.
- Co pan…
- To niegłupie – chrząknął Wołkow. – Jestem, szczerze to powiem, испуганный.
- Dobrze, pomyślimy… Kolego Arktoński, ma pan jakieś pomysły?
Wszystkie twarze zwróciły się na matematyka, który w istocie wykazywał największe opanowanie.
- Tak. Co do urody budynku… możemy obstawić go rusztowaniem.
- W jakim to celu? – zbaraniał zwierzchnik.
- W tuszującym, ma się rozumieć. Cokolwiek znajduje się pod rusztowaniem, nigdy nie zdaje się czymś, do czego strzelali Prusacy i Turcy. A tylko czymś W REMONCIE. Budynek w remoncie podświadomości obserwatora zdaje się prawie ładnym, właściwie już: imponującym. I potwierdza prężność zarządcy.
- Niegłupie! Doprawdy, zaskoczył mnie pan. Kolego Resorek, zdążymy otoczyć szkołę rusztowaniem? Przynajmniej front?
- Nie zdążymy, panie dyrektorze. Rusztowanie leży w trawie u starego Bobka, a stary Bobek też leży w trawie, bo pił cztery tygodnie. Syn mu się urodził. U syna. Zanim to zwieziemy i postawimy z MINIMUM norm bezpieczeństwa, to będzie trzy godziny.
- Cholera. To nic z tego.
- Powinniśmy czytać – odezwała się polonistka łagodnym głosem.
- Słucham?...
- Poczytajmy wizytatorom. Zróbmy próbę. – Nie bacząc na oszołomienie zebranych, otworzyła książkę. - A na czwartej — ja, Plastuś. To jest mój portret. Mam na tym portrecie śliczne, odstające uszy i piękny, czerwony nos. Koleżanki Tosi nie mogą się napatrzyć na te nasze serwetki. Lodzi to najbardziej ze wszystkiego podobał się ten czerwony samochodzik…
- Koleżanko Nieczynna, proszę się… wziąć w garść się proszę – rzekł ciężkim głosem dyrektor.
- Ale tam jest o mnie – ucieszyła się sekretarka. – Poczytajmy im, pokażmy dobry romański zwyczaj…
- My jesteśmy Słowianami, nie Romanami, panno Lodziu – spojrzał historyk z potępieniem. – Pani, obawiam się, nie odróżnia Insubra od Innsbrucku. A ta Lodzia u Kownackiej to pewnie ta milicjantka z Warszawy, co zakładała kalosze do munduru.
- Nie kozaki, przypadkiem?
- Proszę o spokój! – zawołał Czupurnik. – Na miły Bóg, moi drodzy, czas ucieka. Tu będzie telewizja.
- Tele… - Numidyjski urwał i przeniósł wystraszone oczy na higienistkę. – Proszę mi w tej chwili oddać mój zastrzyk. Najlepiej dwa. Nie wolno tak kraść, gdy wokół Insubrowie.
Higienistka Lulek wstała i ruszyła do drzwi bez protestu.
- Proszę wziąć kilka więcej! – zawołał za nią rusycysta.
- Dobrze, mniejsza z elewacją – zarządził dyrektor. – Ponieważ od trzech dni trwają prace wiosenne, dziedziniec, boisko i trawniki są w dobrej prezencji. Przyda się jednak przegnać owce Piętarskich z boiska do piłki ręcznej. I umyć parkiet… Póki co jednak, skupmy się na wnętrzu.
- Tu gorzej – przypomniał całkiem niepotrzebnie Wołkow.
- Już po nas – dodał jeszcze bardziej niepotrzebnie historyk.
Polonistka znowu zaśmiała się nerwowo.
- Ratunek w czytaniu – wyszeptała.
- Podstawowy problem to uczniowie – powiedział bez ogródek Arktoński. – Przecież to legion tłuków.
- Legion, powiada pan, kolego – podchwycił z zadowoleniem historyk.
- Tłuków.
- Nie mniej legion…
- Tak źle poziomem? – zmartwił się dyrektor. – Dlaczego mnie się nie powiadamia? Pani Lodziu, gdzie lądują raporty? Kto jest wicedyrektorem?
- Nie mamy, wicedyrektora, panie dyrektorze. Nie mianował pan.
- To skandal. Kolego Arktoński, co pan proponuje w ramach tuszowania?
Polonistka zaśmiała się nerwowo.
- Będzie kłopot – obwieściła.
- Akurat pani klasa jest najlepsza – przeniósł na nią wzrok matematyk. – Ma najlepszą średnią w ocenach, zachowaniu, pracach społecznych i kółkach zainteresowań.
- Ale tylko Wyziewicz należy do kółka – zdziwiła się Nieczynna. – Do modelarskiego. I kolejarskiego. I botanicznego. I mienszewickiego. I…
- Dobrze, dobrze – przerwał Czupurnik. Jego zaintrygowany wzrok trzymał się matematyku. – Kolego Arktoński, pan notuje to wszystko?
- Ja WSZYSTKO notuję, panie dyrektorze. W słupkach.
- Hmm… I co pan proponuje.
- Trzeba ewakuować szkołę! – krzyknął dramatycznie Numidyjski.
Dyrektor spojrzał na niego potępieńczo, ale Arktoński pospieszył z niespodziewanym poparciem:
- Dokładnie tak właśnie uważam.
- ??
- Należy pozbyć się wszystkich głupszych klas i to natychmiast, pozostawić zaś w budynku tylko tę jedną. Tak zwanym przypadkiem wszystkie klasy ,,są dziś zaangażowane w wiosenne prace remontowe i porządkowe w biednych gospodarstwach Oborniczek’’.
- Niewidzialna Ręka? – ucieszyła się Nieczynna. – U mnie dach przecieka. I spłuczka nie działa, co jest dramatyczne.
- Widzialna Ręka, ale darmowa.
Czupurnik zastanawiał się przez chwilę.
- Ale co powiemy inspektorom, czemu akurat ta jednak klasa została w szkole? – chciał jeszcze wiedzieć.
Arktoński uśmiechnął się chytrze.
- Proste, naprawdę proste, panie dyrektorze. Statut szkoły mówi, że w czasie edukacyjnym w murach szkoły musi przebywać co najmniej jedna klasa, w przeciwnym razie powstały dyshonor nakazuje kierownictwu zamknąć szkołę. A czemu VIb akurat? ,,Komputer wylosował’’.
- Pan jest geniuszem! – zawołał Wołkow.
- Nie – uśmiechnął się Arktoński. – Jestem matematykiem.
- I oblicza pan to wszystko w słupkach – rzuciła kąśliwie polonistka.
- No tak, no tak – mruczał Czupurnik ze zmarszczonymi brwiami i nosem. – Tylko że nie mamy komputera.
- Koniecznie trzeba dostarczyć. Bez komputera wyjdziemy na pogan, to pewne.
- Cholera…
- Nie ma problemu, panie dyrektorze. Ja mam dwa i zaraz je dostarczę.
- Ja mam ATARI – rzekł Resorek ochoczo. – Wciąż na chodzie.
- Phehehehe – zareagował swobodnie matematyk.
- Dlaczego pan obśmiewa mój komputer?
- Jak go tu wniesiemy, szkoła będzie się kojarzyć z atakami lisowczyków.
- Co pan!... Panie dyrektorze…
- Cisza! Panowie. Panowie – tonował Czupurnik, chyba w nie mniejszym stopniu siebie samego. – Dobrze, dwa komputery, to wystarczy. To w końcu szkoła, a nie NASA. Nie mamy jednakowoż i statutu… Panno Lodziu, proszę w tej chwili napisać jakiś statut szkoły! – zwrócił się do zaskoczonej sekretarki.
- Statut? – powtórzyła niepewnie.
- Tylko jakiś sensowny. Z tradycyjnym brzmieniem.
- Po łacinie?
- Jezus Maria. Po polsku. Koniecznie punkt o honorowej likwidacji szkoły w przypadku braku uczniów. Czy tak może być? – zerknął na matematyka.
- Ujdzie. Ale należy zaznaczyć, że to klauzula z czasów Księstwa Warszawskiego. Honorowe autodestrukcje uchodzą dziś za kretyństwo.
- Leżeliśmy w Księstwie? – Czupurnik znów zwrócił się do historyka, wyraźnie zadowolonego ze swej użyteczności.
- Całkiem blisko Księstwa.
- Dobrze. Drodzy państwo, dalsze sugestie.
- Ja mam jedną – zgłosił się Wołkow.
- Słucham.
- Na czas wizytacji należy pozbyć się woźnego.
- Na Boga – dyrektora przeszedł widoczny dla wszystkich dreszcz. – To prawda.
Woźny nazwiskiem Skrablacz uchodził za postać kontrowersyjną. Miał zwyczaj wyłapywać uczniów uciekających z lekcji, spóźniających się na lekcje tudzież włóczących po korytarzu – i powalać ich uderzeniem klucza francuskiego w głowę.
Nieprzytomne ciało krzepki Skrablacz zawsze odnosił do adekwatnej sali, zrzucał dość demonstracyjnie w progu, po czym z jego ust zawsze padały te same, posępnym tonem wypowiedziane słowa: ,,Potłukł się w czasie upadku, w czasie ucieczki’’.
Działalność woźnego była kłopotliwa i niejednoznacznie oceniana. Budziła oczywistą trwogę, ponieważ ciosy kluczem padały często z zasadzki i uczeń nie miał szans wyjaśnić, że nie uciekł z lekcji, tylko szedł do gabinetu dyrektora z wiadomością od pana Resorka, ,,że nie ma prądu znowu’’.
Kiedy zebranie nauczycielskie rozważało usunięcie woźnego, okazało się, że ,,ostatni bastion posłuchu i dyscypliny’’ ma poparcie 1% uczniów, 60% nauczycieli i 87% rodziców.
I brata wójta.
Skrablacz, posępny i bezlitosny dla ,,włóczęgów’’, lecz usłużny i grzeczny dla kadry, został w murach.
Było jednak oczywistym, że pobicie kluczem ucznia na oczach delegatów z Unii będzie pachnieć silnym pogaństwem.
- Woźny musi iść zniknąć na cały dzień – osądziła Nieczynna kategorycznie.
- Absolutnie - skinął głową Czupurnik, któremu słowa ,,Potłukł się w czasie upadku, w czasie ucieczki’’ nie chciały wyjść z umysłu, jakby miały formę nadziaku, który raz wbity w ciało, nie daje się usunąć. – Kolego Wołkow, powierzam panu wyprowadzenie klas. Do pomocy zabierze pan woźnego. Proszę nie pozwolić mu tu wrócić, dopóki nie wydam zgody.
- Oczywiście, panie dyrektorze.
- Dobrze. Co jeszcze, moi państwo?
- Ja myślę – odezwał się technik-plastyk – że przydałoby się opóźnić konwój.
- Konwój?
- Delegację. Każde dodatkowe dziesięć minut pozwala lepiej przygotować szkołę. Poza tym inspektorzy spóźnieni to inspektorzy spieszący się do powrotu, niezbyt wnikliwi.
- Bardzo imponujące, kolego Resorek! – pochwalił dyrektor. – Co pan proponuje?
- Blokadę chłopską.
- E tam – rozczarował się Czupurnik. – Nie zdążymy ich skrzyknąć, poza tym to by zdenerwowało wizytatorów, ciosy oddaliby nam. Inny sposób.
- No to – nie rezygnował Resorek – można zrobić delikatny wariant. Ktoś z nas, posiadacz najszybszego auta, niech jedzie na Warszawę i czeka na konwój.
- Co pan z tym konwojem, to nie jest transport więźniów – parsknął rusycysta.
- No i co? – ponaglił dyrektor.
- Niech ten ktoś zaczeka, aż, hm, delegacja go minie. Potem niech za nią ruszy, wyprzedzi, po czym zwolni. Siłą rzeczy zwolni i delegacja. A przy okazji, dzięki trzymaniu kontaktu przez komórki, będziemy znać położenie kon… delegacji.
- Znakomite! Brawo! Kto pojedzie?
Wszyscy spojrzeli po sobie badawczo.
- Na mnie nie patrzcie, chodzę pieszo – zaznaczyła polonistka.
- Jestem cyklistą, ale nie odmawiam z góry – oświadczył Numidyjski dobrodusznie.
- Ja nie pojadę, bo jestem dyrektorem, a nie zwiadowcą – podkreślił Czupurnik.
- Ale pan ma wołgę, panie dyrektorze.
- Wołga służy prestiżowi, a nie zwiadom. W grę wchodzą tylko dobre zwiadowczo samochody: fiat Mirafiori kolegi Arktońskiego i zaporożec kolegi Resorka.
- Mój samochód? – uśmiechnął się pobłażliwie matematyk. – Pan spojrzy przez okno, panie dyrektorze.
Dyrektor spojrzał i skrzywił się.
- Co z pańskimi drzwiami, maską, klapą bagażnika?
- Zdemontowane. Uczniowie malują na prośbę kolegi plastyka.
- Ale z kolei jako technik będę prosi ich o zamontowanie – powiedział Resorek. – Jest kłopot z materiałami do prac, panie dyrektorze. Improwizuję, uczniowie nie mogą malować pisanek przez osiem miesięcy w roku.
- Rozumiem, kolego Arktoński, ale Mirafiori pozbawiony drzwi i klap jest nadal szybszy niż zaporożec?
- Jest szybszy – rzekł matematyk – ale co z prezencją i prestiżem Oborniczek? Samochód-szkielet wstrząśnie Francuzami, zwłaszcza, że będzie im w towarzyszył dłuższą chwilę.
- Rzeczywiście – zmitygował się dyrektor. – Kolego Resorek, proszę natychmiast wsiadać w swój zaporożec i mknąć na Warszawę. Jakieś, powiedzmy, dziesięć kilometrów. Proszę opóźniać i nadawać komunikaty.
- A jeśli nie zdołam ich wyprzedzić?
- Nazywają pana ,,NSU Prinz’’,  to do czegoś zobowiązuje. Poza tym spokojnie: to wizytacja w limuzynach. Pojadą dystyngowanie. W drogę, bo dzwony biją. Panno Lodziu, nie herbata, tylko do roboty! Francuzi w drodze. Kolego Wołkow, wyprowadzi pan klasy z woźnym Skrablaczem. Oprócz VIb, ma się rozumieć.
- Ale dokąd? – zamrugał oczami rusycysta.
- ATARI jest wciąż rekomendowane – wymruczał technik-plastyk, idąc do drzwi.
- Do… Do lasu. I niech nosa nie wychylają. Zadzwonię do pana, kiedy wizytacja się skończy. Ruszajcie! Nie, moment. Jak pani się czuje z tą swoją klasą, koleżanko Nieczynno?
- Nieczynna – poprawiła odruchowo polonistka. – Czytałam im dziś Plastusiowy pamiętnik, zrobił wrażenie.
- Ja rozumiem – chrząknął dyrektor. – Ale wizytator to ktoś, kto zada pytanie historyczne, geograficzne lub socjologiczne.
- Ojej.
- No właśnie. Dlatego proponuję posiłki.
- Odwody to mądre rozwiązanie – podchwycił skwapliwie Numidyjski. – Dzięki stosowaniu odwodów Rzymianie gromili Macedończyków i Kartagińczyków.
- Dorzućmy do VIb jakichś dwóch-trzech orłów z innych klas.
- Bardzo dobry pomysł – pokiwał głową Arktoński.
- Kogo państwo proponujecie?
- Psalmińska z klasy Va – powiedział Wołkow. – Ona ma duży zasób wiedzy. Pani Wykapło miała terapię, bo Psalmińska ją zaginała w obliczu klasy.
- Ależ Psalmińska jest niebezpieczna – sprzeciwiła się Nieczynna. - Ona jest zuchwale wszechwiedząca i może pójść za daleko. Jeśli zacznie zaginać nauczyciela przy inspektorach, to skompromituje szkołę. A to nie wszystko. Pan, kolego Wołkow, nie wie, ale ona klęka co dwadzieścia minut, niezależnie od miejsca swego położenia i okoliczności, i głośno dziękuje świętemu Hubertowi.
- Świętemu Hubertowi? A za co?
- Noo, pan nie wie?
- No nie wiem. Nie znam się na świętych. Znam się na komisarzach ludowych. Poza tym w Va nie ma rosyjskiego. Rodzice nie chcieli.
- Święty Hubert to patron nieposłusznych psów – ujawnił Czupurnik.
- Pan żartuje, panie dyrektorze.
- Niestety nie. Wziąć Psalmińską to wziąć duże ryzyko.
- Podejmijmy je – rzekł Arktoński spokojnie.
- Tak? – zdziwił się dyrektor. Ale nie protestował, bo wyraźnie coraz bardziej liczył się ze zdaniem matematyka.
- Owszem. Zagięty nauczyciel może obrócić sprawę w żart, a elokwencja ucznia zawsze robi wrażenie. Psalmińską trzeba posadzić w tyle klasy i zamaskować.
- Gałęziami? – spytała ironicznie polonistka.
- Nie. – Arktoński zmierzył ją zimnym spojrzeniem. – Pani synami, którzy są chyba przekarmiani wieprzowiną.
- Jak pan śmie! To jest faux pas!
- Pani mówi po francusku? – podchwycił z nadzieją Czupurnik.
- A to jest po francusku? – zdumiała się Nieczynna. – Sądziłam, że to cytat z węgierskiej literatury.
- Phehehehehe – ubawił się matematyk. Po czym uzupełnił kwestię maskowania: - W chwili, gdy Psalmińska padnie na klęczki, zrobi się jakiś rumor, na przykład klasa powstanie, zamacha balonikami i zaśpiewa Alouette, miła Alouette… Ile czasu ona dziękuje tym psom?
- Psom? Ona dziękuje świętemu Hubertowi. A właściwie modli się do niego za te psy. Jakieś pół minuty.
- No i dobra. Ja proponowałbym jeszcze Pogniota. Jest ładny, grzeczny i zna się na polityce.
- Pogniot jest z IIa na topieniu Marzanny… Pani Lodziu! – huknął dyrektor. – Dzwoniła pani do koleżanki Powłóczyn?
- Zapomniałam – pobladła sekretarka, która zaczęła już pisać statut.
- W tej chwili, psiakrew, dzwonić! Ma wracać z kukłą!
- Tak jest…
- Mogą nie zdążyć – stwierdził Wołkow. – Na Pogniota nie ma co liczyć. Moje kandydatury to Wybuszek i Szubrawiec.
- Wybuszek jest z Ic i ma wielkość fretki – przypomniał bez entuzjazmu dyrektor – a Szubrawiec wygląda jak Godzilla i ma w ogóle jakieś japońskie oczy. On nie jest reprezentatywny. Trzeci raz powtarza klasę i ma wyrok za pobicie.
- Mówi płynnie po rosyjsku – uparł się Wołkow. – Jest naszą jedyną szansą lingwistyczną.
- Mówi po rosyjsku, bo jego rodzina pochodzi z Kaliningradu, no, ale dobrze… Ale ten Wybuszek z prezencją fretki… Słynie z pyskowania i arogancji. I z chowania się do worka na tenisówki.
- Geniusz matematyczny – przypomniał Arktoński łagodnym tonem.
- W porządku – machnął ręką Czupurnik. - Zgadzam się na Wybuszka i Szubrawca. I na Psalmińską. Proszę ich natychmiast wtopić w organizm klasowy – polecił polonistce. – A kolega Wołkow niech się bierze za wyprowadzanie klas! Szybko i metodycznie!
- Chwileczkę! – rzuciła higienistka Lulek od drzwi. – Mam zastrzyki na uspokojenie. Kto sobie z państwa życzy?
- Ja pierwszy – zaznaczył Numidyjski. – I to dwa, bo potem nie będzie czasu.
- Tylko niech pan się nie osunie.
- Nigdy się nie osuwam, chyba że po trafieniu włócznią.
Okazało się, że zastrzyku zażyczyli sobie jeszcze rusycysta, polonistka i sam dyrektor.
- To działa – stwierdził trochę zbyt szybko Wołkow. - W nosie mam ich wszystkich, prosiaków.
- No, no – upomniał Czupurnik. – Do roboty.
W pokoju zostali dyrektor, historyk i matematyk.
- Kolego Arktoński, niech pan przejdzie się po budynku i zatuszuje, co pan uważa za stosowne. Usunąć wszelkie symbole, portrety, popiersia, i może puchary sportowe; czort wie, czyje oblicza je zdobią.
- Tak jest, panie dyrektorze.
- Panno Lodziu, proszę zajść do kuchni i przekazać kucharkom, że za godzinę potrzebujemy niebieskiej zupy do zabarwienia flagi unijnej.
- Może jednak farbą, panie dyrektorze?
- Farba usztywni flagę, nie jesteśmy na Księżycu, mimo wszystko. Flaga musi łopotać swobodnie. Niech wygotują w zupie prześcieradło ze szkolnego teatru. I na jednej nodze z powrotem, pisać statut, który zadziwi duchem szkoły. Kolego Arktoński, to nie czas na podziwianie łydek naszej sekretarki, wybaczy pan.
- Już ruszam, panie dyrektorze.
Kiedy Arktoński i panna Lodzia wyszli, znużony dyrektor spojrzał na historyka.
- A co z panem?
- Co ze mną?
- Może pan też pójdzie do lasu?
- Niech się pan nie pozbywa inteligentnych podwładnych w obliczu wroga, panie dyrektorze. Czystki pośród oficerów zgubiły niejedną armię.
- Dobrze, tylko niech pan nie mówi o tych Insubrach, gdy przyjadą Francuzi.
- A ja mam pomysł na flagę.
- Flaga zaraz się ugotuje.
- Wątpię, by Bernaciakowa zdążyła, w każdym razie z wysuszeniem. A jeśli delegaci wjadą do szkoły, która wita masztem bezflagowym, to pachnie to sromotą. Jeszcze gorzej, jeśli na skutek niedosuszenia i wiatru garnitury gości skropi niebieski deszcz.
- Cóż pan więc proponuje?
- Mam w domu flagę świadczącą o zjednoczeniu Europy.
- Pan żartuje. Flagę Unii?
- Niezupełnie. To chorągiew  XC Legionu Marka Krtaniusza.
- Pan kpi.
- Nigdy nie kpię w obliczu Insubrów, panie dyrektorze.
- Skończ pan z… - Czupurnik nabrał powietrza głęboko. – Ale co ma flaga Rzymu do Unii?
- Sporo. Imperium Rzymskie pokazało drogę, wytyczyło cel. Unifikacja przekupstwem lub przemocą. Ta flaga jest bardzo efektowna. Zrobiłem ją ze złotych i purpurowych stuł, które po pijanemu zgubili rabusie grobowca biskupa Chlora. Proszę sobie wyobrazić ją na maszcie, gdy podjadą limuzyny wizytacji.
- Hm… Może? A jest odpowiednio duża?
- No właśnie jak prześcieradło.
- Sporo tych stuł pan znalazł, kolego Numidyjski – zerknął podejrzliwie dyrektor.
- Sporo zgubili. A biskup Chlor słynął z gromadzenia szat i atrybutów.
- Dobrze, wywieśmy tę flagę. Proszę jechać po nią niezwłocznie. Ile to zajmie?
- Jestem doświadczonym cyklistą, mam w domu zestaw Mały Rikszarz. Z wywieszeniem to będzie jakieś 45 minut.
- W drogę zatem! Proszę wezwać posiłki do masztu, gdy pan wróci, kolego.
- Ten widok wstrząśnie Insubrami – przepowiedział wzruszony historyk.
- Jeszcze jedno.
- Tak?
- Jeśli zdążymy z tą flagą, zanim Francuzi wjadą do Oborniczek, pomoże pan Lodzi dokończyć statut, dobrze?
- Oczywiście, panie dyrektorze, z przyjemnością.
Czupurnik westchnął i podszedł do okna. Na dziedzińcu pałacowym stał szkielet fiata Mirafiori, wołga, rower historyka i zaporożec, do którego wskakiwał właśnie zwiadowca ,,NSU Prinz’’ Resorek.
Pachniało wiosną, ale już trochę inaczej niż przed półgodziną.
Nad Małą Polską rósł cień, którego w niej nigdy nikt sobie nie życzył.
- Święty Hubercie, nie opuszczaj nas – wyszeptał dyrektor Czupurnik.
 
A jednak święty Hubert trzymał się raczej tych nieposłusznych psów niż z determinacją fortyfikujących ostatki prestiżu nauczycieli. Albowiem – co być może cechuje plany układane zbyt późno, prawie w ogniu walki – od początku się nie układało.
Konwój wizytacji ograniczył się do jednego raptem, potężnego jak kosmiczna barka z rudą żelaza, czarnego jak noc peugeota. Po zaporożcu zwiadowcy Resorku nie było ni śladu, zresztą nawalił już pięć minut po tym, jak ruszył w misję, dzwoniąc z pierwszym i od razu ostatnim komunikatem:
- Obawiam się, że pada mi bateria, panie dyrektorze.
Francuzi wpadli więc – mimo wszystko – z zaskoczenia - i to o dobry kwadrans wcześniej niż to ,,awaryjnie’’ wyliczono. Choć biorąc pod uwagę wszelkie niedostatki szkoły, trzeba rzec: o dobre trzy tygodnie za szybko. Natomiast brak wozu transmisyjnego niósł powiew ulgi.
Dyrektor, który w nerwach wciąż trzymał się kurtki Canadian Shield, wyszedł na dziedziniec, ,,zaskoczony widokiem niespodziewanych gości’’, w towarzystwie panny Lodzi, która potknęła się na szpilkach trzy razy, zanim jeszcze padły pierwsze słowa.
Z peugeota wysiadło troje ludzi: starsza, ciepło uśmiechnięta pani, starszy, grubszy pan, też poczciwy w wyrazie, i wysoki, stalowogarniturowy i stalowooki czterdziestolatek, który od początku do samego końca wizyty patrzył badawczo, skanująco, nie okazując najmniejszego przejęcia.
A miało być czym.
- Dzień dobry, panie dyrektorze – zaczął najczystszą polszczyzną uśmiechnięty gruby pan, wyciągając dłoń do Czupurnika.
- Witam serdecznie, Czupurnik. Czy państwo są może zbłąkanymi turystami? – rzucił raczej nienajlepszym rodzajem głupiafrantu dyrektor.
Głupiafrant nie doczekał się komentarza, gruby pan przedstawił skład wizytacji:
- Nazywam się Gerard Guillame, to jest pani Ivonne Truffel, a to pan Jacques Lanvin.
Pani Truffel, nie gubiąc uśmiechu, podniosła wzrok i pokazała w górę.
- Suszycie dywany na maszcie szkolnym?
Sekretarka parsknęła śmiechem, który ocierał się o histerię.
Czupurnik chrząknął i zerknął w okno gabinetu. Firana, za którą czaił się historyk, poruszyła się wyraźnie.
- To flaga…
- Flaga szkoły czy gminy?
- Flaga legionu rzymskiego – wyjawił dyrektor zakłopotany. – Istnieje podanie, że w XVII wieku przechodził tędy XC Legion Marka Krtaniusza i ostrzelał pałac. To znaczy szkołę.
- Interesujące – pani Truffel wymieniła spojrzenie z panem Guillame’m.
- Tak… To… zapraszam do środka. Czy zechcecie państwo napić się kawy?
- Chętnie skosztowałabym jakiejś lokalnej potrawy, zanim zajrzymy do uczniów – powiedziała pani Truffel. – Oczywiście, proszę się nie kłopotać zbytnio tą fanaberią. Jedliśmy w drodze, w zajeździe Max-Ciupcianko24h.
- Max… No tak… Proszę, proszę za mną. Sekretarka zaprowadzi państwo do sto… do jadalni. – Czupurnik nachylił się do ucha pani Lodzi. – Proszę ich zaprowadzić do stołówki, ja zaraz dojdę, tylko upewnię się, że pani Nieczynna jest gotowa. Ona nie jest w najlepszej formie ostatnio – wymknęło mu się.
Inspektorzy ostrożnie przestępowali stopnie skruszonych schodów.
- To chyba nie marmur? – domyślił się pan Guillame.
- Marmur ukradli szabrownicy w 46-tym. A beton pod schody wylewali alkoholicy w 57-mym – znów zagalopował się zestresowany szef szkoły.
- Alkoholicy?
- To znaczy… Rekonwalescenci, w ramach terapii.
- Ale zapomnieli położyć dwa stopnie?
- Mamy właśnie remont – chrząknął dyrektor.
Gdy tylko przepchnęli się przez niemiłosiernie skrzypiące, zacinające się na podłogowym wybrzuszeniu drzwi, Czupurnik uciekł w lewo, do korytarza z salami lekcyjnymi.
- A my w prawo, proszę państwa – usłyszał stremowany głos panny Lodzi.
W klasie VIb panowała cisza jak makiem zasiał. Polonistka stała między ławkami z Plastusiowym pamiętnikiem i robiła groźne miny. Za paskiem spódnicy, niczym kordelas, rzucał się w oczy liniał.
- Jesteście gotowi? – zapytał dyrektor z wyraźnym brakiem wiary. – Oni są w stołówce. Szubrawiec, do jakiej klasy chodzisz?
- Do Va.
- Nic podobnego. Chodzisz do VIb i żeby to było jasne. Wybuszek, do której chodzisz klasy?
- Do VIb, panie dyrektorze.
- Brawo. Psalmińska, ty mi się tu dziś z tą kynologią nie wychylaj, czy się rozumiemy?
- Tak, panie dyrektorze. Chodzę do klasy VIb.
- No.
- Święty Hubert przyszedł tu dziś ze mną. Uśmiecha się – dziewczynka, usadowiona w ostatniej ławce za wieprzowo okazałymi braćmi Nieczynnymi, nie była widoczna, ale dyrektora i tak przeszły ciarki.
 - Proszę jej nie zachęcać do zabierania głosu – polecił nauczycielce nerwowo.
- Tak jest, panie dyrektorze. Psalmińska, milczeć. Zgłaszać się tylko wtedy, gdy nie zgłosi się nikt inny. Uwaga! Proszę, aby na wszelkie pytania wizytatorów ręce podnosili WSZYSCY, ale tylko ci, którzy są pewni swojej wiedzy. Czy to jest jasne?
- Taaaa… - wymruczała niewyraźnie klasa.
- Dobrze – westchnął dyrektor. - Idę po naszych gości. Powiem tylko tyle, uczniowie. Kto dziś zabłyśnie dla szkoły, będzie wynagrodzony. Kto przeciw szkole, ten już niech lepiej pakuje tobołek i się wyprawia za Bug.
- Dlaczego tam? – wystraszył się Gąbkowski.
- Nie zostawię mamy, tata ją bije kaskiem od motoru – Czochrajska otarła oczy, w których zalśniły łzy.
- Dobrze, dobrze, tylko nie róbcie żadnych głupstw – zasapał dyrektor. – Koleżanko, proszę prowadzić zajęcia w wiarygodny i swobodny sposób. Zaraz wracam.
- Proszę na mnie polegać, panie dyrektorze.
Idąc do stołówki, Czupurnik zadzwonił do pani Powłóczyn.
- Gdzie pani jest, do licha, oni już tu są!
- Będziemy najdalej za kwadrans, panie dyrektorze. Przepraszam, ale Marzanna nam spłynęła.
- Cholera… Wyłowiliście?
- Tak, uczeń Szczuparzec skoczył.
- Dzielny chłopak! Niestety, kwadrans to za długo. Potrzebny mi orzeł geograficzny za trzy minuty.
- Czyli także orzeł atletyczny…
- Proszę się nie wysilać na żarty, to jest wizytacja z Unii. Niech mi tu panie kogoś natychmiast wyśle, sprintem.
- Już wysyłam Pogniota, panie dyrektorze. Jest najlepszy. Odróżnia Missouri od mizerii, nie zagną go niczym. Ale będzie trochę mokry, panie dyrektorze.
- Od sprintu?
- Od nurkowania.
- Proszę?
- Musiał skoczyć do rzeki, Szczuparzec zaczął tonąć.
- …
- Ale już otworzył oczy i coś nuci o syrenach wciągających pływaków w Darłowie, ciągniemy go na tragach.
- T r z y  m i n u t y – wycedził dyrektor, czując znużenie zdecydowanie zbyt szybko.
 
W stołówce Czupurnik poczuł coś jeszcze, a mianowicie skurcz serca. Pan Guillame na wpół leżał, na wpół siedział w krześle, trzymając się za brzuch z obolałą miną. Skurcz serca wywołało jednak obniżenie wzroku na zawartość SPOŁEM-owskich talerzy: dymiącą zupę pięknej, niebieskiej barwy.
- Co pani podała, pani Bernaciakowa?!
- Mielim ugotować zupe z niebiesko farbo. Toć panna Lodzia kazali.
- Ale to miała być… - Czupurnik urwał i popatrzył na gości skruszony. – Bardzo przepraszam za incydent, pani Bernaciak jest tu nowa i…
- Jako jo tu nowa, co pan, dyrektorze, toż czerwonooarmiejcom tu gotowała, jak mie już przestali obracać.
- Co robić? – nie zrozumiała pani Truffle.
- Przestawiali meble – palnął dyrektor. – Państwo wybaczą, czy może wezwać ambulans? Z Gągolewka dojedzie w sześć godzin.
- Nie, nie, wszystko w porządku – stęknął pan Guillame. – Zakosztowałem tylko łyżkę.
- A ja nie zdążyłam – przyznała pani Truffle, naprawdę poczciwa starsza pani. – Kusi mnie jednak, zresztą byłoby niegrzecznie nie zakosztować…
- To później może – uśmiechnął się Czupurnik z wysiłkiem. – Teraz zapraszam na kawę i biszkopt do mnie.
- N i e – rozległ się beznamiętny, cichy, ale sugerujący uległość głos milczącego dotąd pana Lanvina. – Proponuję, byśmy już nie zwlekając zajrzeli do uczniów. Jesteśmy tu dla nich.
- No tak… No to chodźmy.
- Z czego ta zupa? – chciał jeszcze wiedzieć pan Guillame.
- Z jagód i huby mielonej – szybko wymyślił Czupurnik, bo Bernaciakowa już otwierała usta.
- Ach, tak.
 
- Może wejdźmy do pierwszej z brzegu klasy – zaproponował obojętnym głosem dyrektor.
- Naturalnie. Czyli do której? – zapytał nie mniej obojętnie pan Lanvin.
- Ot, do tej tu – pokazał drzwi dyrektor.
- W takim razie wejdźmy do tej. – Inspektor cofnął się zaskakującym zwinnością ruchem i zajrzał do wcześniej mijanej sali, która oczywiście ziała pustką niczym jama porzucona przez jaszczury.
Którymi zresztą urodą i zaniedbaniem większość uczniów klasy VIa była.
Ewakuację ogłosił prawdopodobnie ktoś uzbrojony w klucz francuski, bo widoczne było jej tempo, a raczej tempa pozostałości: przewrócone krzesła, ławki, gabloty, porzucone plecaki, żywność i kilka butów.
- Borelioza? – zapytał bez najmniejszych oznak zdziwienia wizytator.
- Tak… Nie. Ymm, pewne klasy zostały dziś wydelegowane do prac porządkowych w mieście.
- Oczywiście. Wszystkie oprócz jednej?
- Hm…
- Dzieciom spieszyło się do pomocy, prawda?
- No cóż…
- Macie państwo prawa miejskie? – zapytała życzliwie pani Truffle, a dyrektor obrócił się ku niej z ulgą. Przenikliwość i niewzruszoność pana Lanvina budziła w nim coraz większy niepokój.
- Niestety nie. Ale mamy ratusz.
- Gdzie? Nie widzieliśmy po drodze. Tu jest więcej dzielnic?
- Niezupełnie. Ratusz mieści się w aptece, za przepierzeniem. Prawdziwy spalili Kozacy.
- Ojej – zmartwiła się nobliwa wizytatorka.
- Miasto nie miało chyba szczęścia do historii – zauważył inspektor Guillame, wciąż masujący swój wyraźny brzuch.
- No tak, ale to właściwie cecha wszystkich polskich miast – mruknął dyrektor. – Proszę, tu chyba ktoś jest…  - Czupurnik chciał zapukać, ale cybernetycznie opanowany i androidalnie szybki pan Lanvin wyprzedził jego ruch i po prostu otworzył drzwi.
A raczej – otworzyć chciał. Odłamana klamka została w jego dłoni.
Inspektor, niezmiennie niewzruszony, uniósł dłoń z klamką wyżej i przeskanował wzrokiem pozbawionym ciepła i humoru.
- Czy to beton? – zapytał. – Pozłocony plakatówką?
- Mieliśmy tu szabrowników – rozległ się grzeczny, usłużny głos za ich plecami. To historyk przełamał lęk i nadszedł bezszelestnie jak tropiciel.
- Prawda – uśmiechnęła się z pobłażaniem pani Truffle. – W 46-tym.
- Ci od klamek to chyba w 81-szym – sprecyzował Numidyjski. – Betonowych klamek nie kradną już tak bardzo, ale dość często trzeba je wymieniać, to prawda.
Inspektorzy wymienili spojrzenia.
 - Koleżanko Nieczynna, proszę otworzyć! – zawołał dyrektor nerwowo.
- Rybitow, proszę otworzyć drzwi, durniu – dobiegło ze środka.
Dyrektor przetarł czoło rękawem.
Azyryjczyk Rybitow otworzył drzwi i od razu wystawił czerwone od uderzeń wnętrza dłoni.
- Zostałem pobity – oznajmił bez ogródek.
Czupurnik zakaszlał i odepchnąwszy go ruchem na pół dyskretnym, na pół brutalnym w ramach tłumienia incydentu, wstąpił do klasy. Za nim ruszyli pozostali.
- Dzieeń… dooo… bryyyy!...
- Dzień dobry dzieci – powiedział bardzo poważnym głosem dyrektor. – Mamy dziś wizytację.
- Oooooooo.
- Z Francji.
- Oooooooo.
- Z Unii – poprawiła pani Truffle z uśmiechem.
- Oooooooo.
- Chyba rzadko widują kogoś spoza powiatu – zauważył pan Guillame ze współczuciem.
- To małe miasteczko. Ale dwa razy do roku wójt organizuje polowanie na perkozy. Idą wszyscy, wielką ławą. Taka tradycja.
- Tradycje, ach, tradycje – powiedział pan Lanvin tonem, który miał w sobie coś dziwnego. Na pewno nie sympatię  i zrozumienie dla starych obyczajów.
- Proszę sobie nie przeszkadzać – powiedział dyrektor do polonistki. – Chyba że nasi goście mają jakieś pytania?
- W zasadzie to tak. – Pani Truffle przykurczyła ramiona w groteskowym geście przeprosin. – Ale czy można? Nie chcielibyśmy sabotować programu.
- Ależ proszę.
- Pani coś właśnie czytała dzieciom? – Wizytatorka zawiesiła wzrok na książce, którą Nieczynna nadal trzymała otwartą, bo nigdy jej to nie przeszkadzało w wymierzaniu ciosów liniałem ani rzucaniu globusem w ,,cholernych śpiących rycerzy’’.
- No tak. To Plastusiowy pamiętnik.
- Plastusiowy pamiętnik? Czy to może wspomnienia Xawerego Dunikowskiego? To coś zgodne z programem klasy…
- …szóstej. No, i tak, i nie. – Polonistka udała, że nie wodzi stalowych kul do wyburzania budynków, które wytaczają się z oczu dyrektora w jej kierunku. – Zasadniczo jest to lektura dla klasy pierwszej.
- Pierwszej. Pamiętnik rzeźbiarza.
- To nie jest pamiętnik rzeźbiarza, to przygody Plastusia.
- Plastusia?
- Wprowadziliśmy eksperymentalny program… regresji lekturalnej.
- Regresji lekturalnej?
Oczy wizytatorów zaczęły krążyć miedzy Nieczynną, a jej zwierzchnikiem, który pocił się i nie miał pomysłu, jak to zatuszować.
- Tak, wprowadzając utwory dojrzałe, zawracamy uczniów w trybie emocjonalnym do utworów dziecięcych w ramach podtrzymania funkcji życiowych dziecka wewnętrznego.
- Interesujące – wymruczał pan Guillame.
- O czym jest ta książka? – zapytała pani Truffle.
- To może przeczytam…
- Nie, nie. Niech dzieci mi powiedzą. Kto mi powie, o czym jest książka, którą pani wam przed chwilą czytała.
Podniósł się las rąk, niestety, wizytatorce wpadła w oko ta czerwona i spuchnięta.
- Może ty, chłopcze w czerwonej bluzie Wilno odbijemy, odzyskamy… nie widzę, co tam dalej…
- Dalej jest Lwów, proszę pani.
- Lwów. Dobrze. O czym jest książka?
- Nie, ja tylko chciałem zgłosić, że zostałem pobity.
- Rybitow, precz z klasy, chamie! – nie wytrzymał dyrektor, ale gdy tylko wystraszony uczeń ruszył do drzwi, został powstrzymany sztywnym gestem przez pana Lanvina.
- Niech zostanie. Nie możemy łamać praw dzieci, panie dyrektorze. Dzieci to przyszłe silniki Unii. Drogi chłopcze, kto cię pobił?
- Pani od polskiego.
- Za co?
- Włożyłem do bułki Hanki Wygoń jedenaście wijów.
- Wijów?
- I siedem krocionogów.
- Czy to narzędzia stolarskie?
- Nie, to robaki wyłapane na stołówce, proszę pana.
- Rozumiem, na stołówce. A co powiesz o książce.
- Nudy. Podobało mi się tylko o bagnetach.
 - O bagnetach? – Nic nie zmieniło się w głosie pana Lanvina, aczkolwiek przesunął spojrzeniem po twarzy dyrektora. Twarz dyrektora pasowałaby raczej do późniejszej fazy wesela, może nawet do tej z odśpiewaniem Cudownych rodziców mam, gdzie wzruszenie jest silne, ale znużenie i opuchlizny twarzy i nóg nie mniejsze. Następnie pozbawiony wyrazu wzrok wizytatora zatrzymał się na Numidyjskim, który wsparty o ścianę we względnej pozycji ,,Baczność" zasnął lub omdlał, być może wskutek przedawkowania domięśniowych środków uspokajających.
- Nieprawda, to nieporozumienie – zmieszała się polonistka. – Wyziewicz, wyjaśnij.
- Zostałem pobity! – krzyknął lizus-kujon, dowodząc, że kiepsko u niego z wyczuciem czasu. – Pobili mnie!
- Milczeć w tej chwili, nicponiu – zmarszczył brwi dyrektor, ale pan Lanvin znów interweniował:
- Ciii. Prawa ucznia, panie dyrektorze. I prawa dziecka. Kto cię pobił?
- Rybitow, Gąbkowski, Szemraniec, Gupczew, Drops, Fajans, Młocki, Kadzki i Schreibnerkreutzewitz.
- Za co?
- Bo składam na nich raporty.
- Raporty – zaśmiała się poczciwie pani Truffle. – Rezolutne z ciebie dziecko. Ale może ktoś mi powie jednak, o czym jest książka. Hmm, może ten duży chłopiec, który siedzi z lalką.
- To nie lalka, proszę pani, to Wybuszek. On jest taki mały od urodzenia…
- Przy urodzeniu zawsze jest się małym. Chłopczyku, przepraszam cię, o czym jest ta książka?
- Proszę pani – Wybuszek spojrzał z odrazą. – Mnie nie interesuje żaden regres do etapu pieluch i książek typu Jacek, Wacek i Pankracek. Ja czytam teraz rozprawę Teodora Bummana O wpływie odparzeń pod zbroją płytową na skuteczność pikinierów helweckich w linii pierwszej i drugiej w latach 1445-1449.
- Czy rzeczywiście? – zdumiała się wizytatorka.
- Czy ja wyglądam na chochlika, co zarabia na życie żonglowaniem szyszkami?
- Proszę? – Pani Truffle zbaraniała.
Pan Guillame też, natomiast pan Lanvin nie, oczywiście. Wyglądał nieodmiennie jak człowiek zrelaksowany w chłodny sposób. Ujmując rzecz obrazowo: jak człowiek zrelaksowany postojem pod siklawą.
- To jest skandal! – krzyknął dyrektor prawie z przerażeniem. – Jutro przyjdziesz z rodzicami!
- Nie przyjdę z rodzicami, myśliwi z koła OKAPI Stare Bydłoczki ich wystrzelali. Myśleli, że to nutrie kąpią się w strumieniu. Mieszkam z babcią, ale ona jest za mała, żeby wyjść z domu. Koty przegryzły jej ścięgno Achillesa i wyjadły palce od stóp.
Pani Truffle osunęła się na fotel polonistki.
- To może ja poczytam Plastusiowy pamiętnik – wybełkotała Nieczynna.
- Mówiłem, że ten arogancki Wybuszek się nie nadaje! – nie mógł się opanować Czupurnik. – Wyjdź z klasy w tej chwili!
- Nie trzeba – uniósł dłoń pan Lanvin.
- Może ten drugi chłopiec, obok lalki – odezwał się pan Guillame.
- Nie jestem lalką!
- Przepraszam, chłopcze – zamachał rękami starszy wizytator, który był tak samo poczciwy jak jego oszołomiona towarzyszka.
W przeciwieństwie do pana Lanvina, który obserwował wszystko przez zmrużone oczy.
- Ja? – odezwał się Szubrawiec wystraszony. – Ja nic nie wiem. Mnie nie było.
- Nie było cię, kiedy nauczycielka czytała Pamiętnik Kajtusia?
- Plastusia – poprawiła odruchowo Nieczynna.
- Wtedy byłem jeszcze w swojej klasie, proszę pani.
- W swojej? Nie chodzisz do tej klasy? – Wszystkie francuskie oblicza skierowały się na polonistkę, a następnie na dyrektora.
Czupurnik poczuł, że nieznana siła obwiązuje mu nogi liną w celu zaciągnięcia do nie do końca zabezpieczonej studni pałacowej.
- To jakiś… błąd zbiorczy… - wymamrotał – po apelu…
Nagle rozległo się łomotanie w okno. Prymus Wyziewicz doskoczył zwinnie i otworzył. Za roztańczoną firaną zamajaczyła głowa technika-plastyka.
- Wyziewicz, czy Francuzi już dojechali? Czy jedzą obiad?
Uczeń obejrzał się za siebie wystraszony, nim jednak ktokolwiek wpadł na pomysł, jak uciszyć Resorka, on kontynuował, tarabaniąc się przez okno z wielkim pudłem:
- Stanąłem na czatach, ale kiedy mi śmignęli, nie miałem już szans ich dogonić. Wcale nie jechali dystyngowanie – pożalił się. – W dodatku potrąciłem jakiegoś wędkarza na wuefemce, ale oczywiście uciekłem. Mam swoje ATARI, pomóż mi, Wyziewicz, nie stój jak słup.
W kompletnej ciszy Resorek wgramolił się do klasy, przy okazji zrywając firanę i w ogóle karnisz, który spadł z łomotem. Kilkoro dzieci odskoczyło z krzykiem, a że ci bezpiecznie oddaleni chytrze i ochoczo podłączyli się z przesadnie dramatycznym wrzaskiem, przez chwilę panował męczący rwetes.
Męczący dla dwojga starszych wizytatorów, którzy wyraźnie opadli z sił i entuzjazmu. Co gorsza, korzystając z chaosu, bracia Nieczynni postanowili zemścić się na Szubrawcu (który od początku czuł się w nieswojej klasie wystawiony jak ten pluszak na strzelnicy jarmarku)i zbombardowali go kawałkami salcesonu. Kiedyś ukradł im kij hokejowy – fakt, że swój własny; to im się zwlekało ze zwrotem, ale co tam, kto daje i odbiera...
Zdesperowany Szubrawiec podjął walkę – nierówną, bo Nieczynnych wsparli Rybitow (azyryjska krew gorąca) i Schreibnerkreutzewitz. Skutkiem krzyżowego ognia aż dwa tłuste plastry pacnęły w dobrotliwe czoło pani Truffle.
- SPOKÓJ!! – dyrektor prawie zaskowyczał.
Jak husky, któremu obiecano partnerów w drużynie, ale podpięto w pojedynkę do sześćdziesięciu sań z ładunkiem nuggetów.
Dźwięk był tak niezwykły, że wszyscy zamarli (a historyk z kolei się ocknął).
Także technik-plastyk, który w końcu wyplątał się z kokonu firan i zasłon i zorientował w sytuacji.
- A więc są już państwo – wymamrotał.
Pierwszy odezwał się pan Lanvin, co było do przewidzenia.
- Przynosi pan własny komputer na zajęcia? – zapytał spokojnie.
- Tak…
- ATARI?
- Tak…
- I czego pan zamierzał uczyć naszych małych unionistów na tak starym komputerze? Chodzi o ten regres może? Emocjonalny?
- Uczyć to nie bardzo… Myślałem raczej o pograniu w Montezumę.
- W Montezumę? To program o cywilizacji Azteków?
- Nie bardzo, to gra przygodowa – wykrztusił zakłopotany nauczyciel. – Należy uważać na pułapki, uciec przed pająkiem…
Nieczynna, widząc zgrozę na twarzy zwierzchnika, postanowiła ratować sytuację:
- Czochrajska! Powiedz naszym wspaniałym gościom, drogie dziecko, o czym jest Plastusiowy pamiętnik.
Dziewczynka aż poczerwieniała z dumy i przejęcia.
- O białej gumce, myszce, jajeczkach i usadzeniu kulfona.
Klasa gruchnęła śmiechem.
- Jezusmaria – wyrwało się dyrektorowi.
Starsi Francuzi do reszty skołowani spojrzeli na niego, szukając wyjaśnienia.
- Nie, to nie tak, jak się wydaje – zafurkotała palcami polonistka. – ,,Myszka’’ to myszka, do mazania, a gumka to ta ,,myszka’’ właśnie…
Inspektorzy ze wstrząsem przyglądali się palcom Nieczynnej. Ich furkot byłby zrozumiały w przypadku cyborga, ale ciało struktury białkowej nie powinno furkotać w sposób tak dynamiczny.
- A kulfon? – zainteresował się technik-plastyk, nie zauważając konsternacji starszych delegatów i załamania dyrektora.
- Chodzi o to, że co się ruszy, co się posunie, to kulfona usadzi…
- Ale kto?
- No ,,myszka’’! A od tarcia są kleksy.
Uczniowie już płakali ze śmiechu.
- Jezujezu – wyszeptał Czupurnik, czując że horror ustępuje miejsca żałości.
- No przecież słuchajcie państwo! – Polonistka miała łzy w oczach: - Dlatego na imię mi Plastuś. Mam śliczne mieszkanie: oddzielny drewniany pokoik. Obok mnie, w drugim pokoiku, mieszka tłuściutka, biała guma. Ta guma nazywa się "myszka". A zaraz koło gumki mieszkają cztery błyszczące, ostre stalówki. A z drugiej strony, w długim korytarzu… Bronka ulepiła gniazdo z jajeczkami…  Przyleciała na ratunek guma-myszka: tarła tarła... cały ogonek sobie zdarła — nic nie pomogło.
- Proszę już przestać – wydusił dyrektor.
- Właśnie, panie czyta harlequiny na zajęciach i kompromituje placówkę – poszedł w sukurs technik plastyk.
- To może zapytam o coś z geografii?... – Pani Truffle naprawdę chciała pomóc.
- Z geografii? – powtórzył tępo Czupurnik. Gdzie jest ten cholerny Pogniot?!...
- Może ten uczeń w kapoku… Dlaczego nosisz kapok, drogi chłopcze?
- U nas w domu bieda, proszę pani, od trzeciej rano do siódmej szukamy ryb w stawach.
- To ci się bardzo chwali, chłopcze, ciężka praca uszlachetnia.
- Ale ja jestem niewyspany od tej pracy. A kapoka nie mam czasu ściągać, bo jak kończymy, to jest późno i tato i wuj od razu odwożą mnie do szkoły…
- Nie przejmuj się i noś kapok dumnie, drogie dziecko.
- ...albo policja, jak nas akurat złapią.
- Policja? – zamrugała oczami Francuzka.
- To prywatne stawy, proszę pani. Jakiś Belg i Francuz je wykupili. Tato i wuj mówią, że ich zastrzelą za tydzień albo dwa.
- Młocki, ty się może nie rozgaduj o rybołówstwie – zasapał dyrektor. – Powiedz pani wizytator, jakie mamy jeziora.
- Znam nazwy stawów, tata mnie nauczył.
- Bardzo dobrze, wymień je nam ładnie.
- Staw Tego Skur… Jeb… Hu… z Marsylii, Staw Drugiego Wszawego Złodzieja, Pokur…
- DOŚĆ! Precz z klasy w tej chwili! – Twarz dyrektora groziła eksplozją nie mniej niż serce, których skurczów, ukłuć i szarpnięć nie było już sensu liczyć. – Gdzie do cholery jest Pogniot?!
Teraz szok udzielił się i uczniom, którzy przestali chichotać, smarkać w rękawy i ,,poprawiać Szubrawcowi snajperem’’. Czupurnik zezował w kierunku swoich ust, jakby w ten sposób usiłował ustalić, czy rzeczywiście wysypał się z Pogniotem.
- A co to za procesja? – zapytał nagle pan Guillame, patrząc w okno. – Mon Dieu, chyba dzieci potopione niosą tu znad rzeki!
- Nie, nie, to tylko… ćwiczenia – zapewnił Czupurnik umęczonym głosem.
- Ale przecież jedno ciało zwisa, niosą ja w górze, ręce sztywne, bezwładne… Ja zawsze rozpoznam topielca, już ich widziałam kilku.
- To Marzanna – wyznał dyrektor zrezygnowany. – Mieliśmy topić Marzannę. Taki zwyczaj… trochę pogański.
- Pan topienie uczennicy nazywa ,,trochę pogańskim obyczajem’’?! – pan Guillame chwycił się za skronie, a biedna pani Truffle zemdlała.
Pan Lanvin nie poruszył nawet brwią, co dyrektora jeszcze bardziej przygnębiało.
Szkoła-pałac, która oparła się przemarszom tuzina zdeprawowanych wojsk, właśnie rozpadała się w ostatecznym zrujnowaniu wskutek działań własnego garnizonu…
- To nie uczennica – zawołał Rybitow. – To kukła! Mój kuzyn Bartosz trzyma taką w łóżku. Są razem od roku.
Polonistka chciała coś powiedzieć do Rybitowa, prawdopodobnie coś w rodzaju ,,Jako idiota wyjdź z klasy’’, niestety, zabrakło jej już sił, od lat wyraźnie nadwątlonych. Mogła tylko poruszać ustami rybio, co rzeczywiście zakrawało bardziej na dezaprobatę niż pochwałę.
I właśnie wtedy uczennica Psalmińska odsunęła z rumorem krzesło, opadła na klęczki, i wzniosła oczy ku sklepieniu spowitemu pajęczynami, gniazdami kukułczymi i smugami po wystrzałach z pistoletów skałkowych. Z ust dziewczynki spłynęły wzruszające słowa:
 
O święty Hubercie, Hubercie, święty mój, a psi.
Ty o wszystkich budach śnij.
Wybacz proszę foksterierom,
pobłaż i sznaucerom.
Przytul labradora.
W niebo idzie sfora
pekińczyków. I ratlerów.
Złych nie porzuć rottweilerów,
Bo gdy płacze pies,
To śmieje się bies.
Amen.
 
Psalmińska umilkła, przeżegnała się i cofnęła do ławki.
Panowała cmentarna cisza jajokropniejszej klęski. W tej ciszy rozległ się drżący, właściwie rozsypujący się jak strącane sople głos polonistki:
- Alouette, miła Alouette…
I ta część klasy, której umysł zachował jeszcze funkcje podpowiadające tak istotne sprawy jak konsekwencje, reperkusje czy dzielenie nieszczęścia, podjęła pieśń:
- Alouette, miła Alouette…
Uczyniło to cud – bo pani Truffle, poczciwa dama starej Francji, ocknęła się i jeszcze raz podała swą dobroduszną dłoń dobrej, herbatnikowej babci polskim uczniom:
 
Alouette, gentille Alouette,
Alouette, je te plumerai…

Cud trwał dziesięć sekund, a po tym czasie zakończyło go gwałtowne otwarcie drzwi (trzeba zrozumieć, że brak klamki wywołuje odruch kopnięcia u ludzi niecierpliwych i znużonych dźwiganiem ciężaru), po czym do środka wszedł wielki jak niedźwiedź człowiek w fioletowym, zaplamionym smarami i smalcami fartuchu.
Małe, mokre ciało pozbawionego przytomności ucznia Pogniota, lidera geografii i sprintu, zostało złożone u stóp oniemiałych wizytatorów i dyrektora, po czym woźny Skrablacz obwieścił posępnie:
- Potłukł się w czasie upadku, w czasie ucieczki.
 
***
 
 
EPILOG i ZAKOŃCZENIE
 
EPILOG
 
Pan Lanvin siedział po drugiej stronie i pisał coś na dużej kartce papieru. Co jakiś czas podnosił głowę i zadawał pytania swoim beznamiętnym, choć raczej odprężonym tonem.
- Ksiądz jest?
- Nie. Dzieci chodzą na lekcje religii na plebanię.
- Biblioteka jest?
- Oczywiście. – Dyrektor spojrzał ponuro na pannę Lodzię, która podawszy kawę szefowi i inspektorowi, stanęła w kącie niezdecydowanie.
Poza nimi nikogo w gabinecie nie było. Starsi wizytatorzy zapadli sen z wyczerpania na fotelach peugeota, a nauczyciele robili obławę na uczniów, którzy rozbiegli się po gminie.
- Pan Guillame – wizytator przeszył Czupurnika spojrzeniem – szukając toalety trafił do podziemi.
- Bardzo mi przykro. Nie mamy tam okien i prądu, ale za to po desce można sprowadzić motocykl, pan Fajczer, nasz biolog, parkuje tam swoją Jawę.
- Pan Guillame znalazł tam czaszki. Technik-plastyk powiedział mu, ze to czaszki pomordowanych Rosjan. Zamordowaliście wizytatorów sowieckich? W latach 80-tych? Proszę śmiało ujawnić fakty.
- To czaszki Rosjan pomordowanych przez Niemców – wydusił dyrektor. – W latach 40-tych.
Pan Lanvin zanotował coś na kartce.
- Czy z panią Truffle i panem Guillame jest trochę lepiej? – zapytał ze skrępowaniem dyrektor.
- To nieistotne.
- Proszę?
- Panie dyrektorze. Ci poczciwi, starsi ludzie to tylko skrzydłowi. Stateczniki. Nie znam nawet ich imion. Unia to JA. Rozumiemy się?
- Tak… - wyszeptał Czupurnik, nagle tęskniąc za zapachem łąki podpalonej przez łobuzów.
- Co pan zamierza zrobić z kukłą, panie dyrektorze?
- Spalimy ją, znaczy utylizujemy i…
- Niczego nie palimy. Palenie to proces energetyczny. Skutki nieprzewidywalne. Wykopać dół, zalać wapnem.
- Marzannę? – osłupiał Czupurnik.
Francuz spojrzał na niego zimno, po czym wstał.
- Powiem krótko, panie dyrektorze. Każda epoka ma swoje pogaństwo i swoją inkwizycję. Jak świat światem, człowiek idący pod prąd tonie, idący z prądem bogaci się.
- Brat Szczuparca, Szczuparzec, utonął – przypomniała sekretarka. – Może wszedł od złej strony do rzeki?
- Chciałbym jeszcze usłyszeć statut szkoły – powiedział wizytator.
- Panno Lodziu, czy skoń… Proszę przeczytać statut. Przynajmniej… fragment.
- Dobrze, panie dyrektorze. Ale tu są właściwie dwa punkty tylko.
- Dwa?... – pisnął Czupurnik żałośnie.
- No bo ja napisałam jeden, a pan Numidyjski drugi. Zabrakło czasu…
- Proszę przeczytać – zachęcił pan Lanvin.
- Oczywiście:
 
Statut Szkoły Podstawowej Numer 1
Oborniczki, Polska, dawniej: prawie Księstwo Warszawskie
 
  1. Dobry zwyczaj księski nakazuje, jeśli szkoła jest zupełnie pusta, aby wygonić wszystkich uczniów do lasu, dopóki dyrektor nie odwoła alarmu przez telefon.
  2. W sytuacji sprowadzenia posiłków przez Isunbrów należy ufortyfikować szlaki komunikacyjne, pokój nauczycielski i posłać co najmniej dwa manipuły dla kontrolowania brodu.
 
Zapadła cisza i do gabinetu wpłynął śpiew ptaków. Wiosna obejmowała w posiadanie Małą Polskę.
Dyrektora z kolei obejmował raczej paraliż, bo zastygł ze wzrokiem utkwionym w spodku wypełnionym rozmoczonymi herbatą kostkami cukru. Od dziecka uwielbiał rozmaczać kostki w szklance albo torebką z herbaty na spodku i nigdy nie znudził się obserwacją tego zjawiska.
 Trwał tak, dopóki pan Lanvin nie podszedł do niego z wielką niebieską kopertą, zawierającą tajemniczą jeszcze treść.
- Panie dyrektorze.
- Tak? – drgnął Czupurnik.
- Tu, w tej kopercie jest raport o szkole, jaką zastałem.
- Rozumiem…
- Oraz SUGESTIE. Ode mnie.
- Sugestie…
- To tylko sugestie. Ale rozumie pan.
- Sugestie.
- Ale rozumie pan.
- Oczywiście, panie Lanvin. Oczywiście.
 
 
ZAKOŃCZENIE
 
Noc rozświetlał Księżyc i tuzin latarek, przyniesionych przez uczniów. Panował mistyczny nastrój i dochodziło do wzruszających scen. Na przykład uczeń Szubrawiec wręczył w prezencie braciom Nieczynnym kij hokejowy. Już dwa dni później miał go odebrać, wywołując poważną wojnę między klasami, ale tu i teraz gest miał swoje działanie.
W ramach rewanżu ujęci bracia odpowiedzieli prezentami w rodzaju wafelki trójkątne z Olzy Cieszyn i kanapki ze słoniną.
Uczeń Szczuparzec oddawał hołd bratu, który przegrał z rzeką, owinięty w sztandar XC Legionu, na co uroczystą zgodę wydał historyk Numidyjski. Za Szczuparcem stali pretorianie honorowi – Rybitow i Gąbkowski, ściskający całkiem rzymskiej urody tarcze – a dokładnie drzwi fiata Mirafiori, które pożyczył im matematyk.
Arktoński też stał w tłumie, bo jak powiedział pannie Lodzi, jej siostrze i koleżance ze Zgredowa, są sprawy ,,ważniejsze niż lekcje algebry w silosie’’.
Zresztą i panna Lodzia stała obok, pociągając nosem, gdyż zawsze miała skłonność do wzruszeń tak samo silną, jak do matematyki.
Polonistka Nieczynna była chyba jeszcze bardziej wzruszona, bo drżącym głosem czytała:
- …Rozejrzałem się po klasie i aż podskoczyłem. Koniec świata! Na wszystkich ławkach rozpierają się lale. Wszystkie uczesane, z kokardkami większymi niż one same, postrojone. Napuszyły się jak sowy i siedzą na ławkach przed dziewczynkami, a jedna na drugą zerka, która ładniejsza. Lale wstrętne!
Rusycysta Wołkow stał za kucharkami i obejmował je wszystkie, bo przygody Plastusia przypomniały im stare czasy i roztkliwiły.
Uzbrojony w klucz francuski woźny Skrablacz krążył w pewnym oddaleniu, niewidoczny w ciemnościach i bardzo zakłopotany, bo pierwszy raz spotkał się z przypadkiem, że ,,z apelu nikt nie ucieka’’.
Cała szkoła, nauczyciele, uczniowie i wszelcy personalni ,,skrzydłowi’’ stali w tym zgromadzeniu, i to z własnej woli, a nie z zarządzenia.
Dyrektor i historyk stali obok siebie.
- A więc wykiwaliśmy ich – powiedział Numidyjski z satysfakcją. – Chytrość godna Sertoniusza, który rozprawiał się z Celtyberami. Wspaniałe zwycięstwo, panie dyrektorze.
Czupurnik milczał przez chwilę, patrząc w punkt, w który patrzyli w zasadzie wszyscy oprócz pogubionego woźnego.
- Wie pan, kolego – odezwał się po chwili – tak się już kilka godzin zastanawiam…
- Tak, panie dyrektorze?
- Czy my jesteśmy Rzymianami, czy jednak Insubrami.
Zaskoczony nauczyciel popadł w zadumę.
- To dobre pytanie… - wymruczał.
Zamyśleni patrzyli na czarną, ale srebrzyście połyskującą rzekę Drwinę. Jej wody unosiły w ciemność Marzannę, którą wieczorem wykopano i wysuszono z polecenia dyrektora.
Marzannę zwodowano i podpalono, aby powstał PROCES. Jako podpałka posłużyła benzyna i żagiew skręcona z niebieskiej koperty. Treść zawartego w niej raportu znali tylko Czupurnik, Numidyjski i Arktoński.
 
RAPORT WIZYTACJI KOMISJI EDUKACJI UE W SZKOLE NR 1 OBORNICZKI
Z dnia 1 marca 2015 r.
 
- kondycja techniczna budynku i wyposażenia: bardzo dobra
- kondycja duchowa kadry i uczniów: bardzo dobra
- kwalifikacje i zaangażowanie kierownictwa i kadry: bardzo dobre
- wiedza i zaangażowanie uczniów: wysokie
 
SUGESTIE dla kierownictwa:
- zwolnić woźnego (funkcja kapo łamie prawa ucznia)
- ograniczyć zajęcia sportowe do 2 godzin w miesiącu
- ograniczyć lekcje polskiego do 2 godzin w tygodniu
- ograniczyć lekcje historii do dwóch godzin w miesiącu
- wprowadzić lekcje angielskiego, francuskiego i niemieckiego: po 10 godzin w tygodniu
- pogrzebać pod wapnem NIE PALIĆ wszystkie książki z biblioteki napisane i wydane przed 2010 rokiem i nieposiadające certyfikatu UE
- zlikwidować lekcje religii
- zlikwidować wszelkie tradycje pogańskie i niezwiązane z nowoczesną Europą
- usunąć wszelkie symbole oprócz unijnych
- zlikwidować WSZELKIE formy kar, reperkusji, krytyki – bez względu na ocenę postawy i czynu ucznia
- żywność do szkolnej stołówki zamawiać TYLKO od dystrybutora MONSUN Polska SA.
- emitować w świetlicy TYLKO i NIEPRZERWANIE kanał EUROZOMBI.
 
Zastosowanie dyrekcji do SUGESTII zostanie zweryfikowane przy następnej wizytacji UE w terminie nieujawnionym.
 
Jacques Lanvin..................................
 
PS: Pod prąd albo z prądem.
 
 
- Znów jestem Plastusiem i nie chcę być niczym więcej. Chcę już zawsze mieszkać tylko w Tosinym piórniku…
Marzanna migocząca małym płomieniem znikła i wszyscy obejrzeli się na dyrektora. Numidyjski położył dłoń na jego ramieniu i powiedział:
- Pan ma rację, panie dyrektorze. Jesteśmy Insubrami. A ściślej: Insubrami, Hunami, Gotami, Sarmatami i oczywiście Słowianami. Ale nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy Rzymianami.
Czupurnik uśmiechnął się smutno.
- Ale pan sobie zdaje sprawę, kolego, że to tylko chwilowe zwycięstwo nad Rzymem. Tylko chwilowy triumf.
- Każde zwycięstwo jest chwilowe, panie dyrektorze..
- I ostatnia nasza Marzanna. Być może ostatnia Marzanna Rzeczpospolitej.
- Nie, nie ostatnia. Pierwsza nocna. Pan zna statut szkoły, panie dyrektorze. Obowiązuje nas utrzymanie brodu.
.

KNIEC

 
*
*
Fragmenty Plastusiowego pamiętnika autorstwa Marii Kownackiej.
Modlitwa do świętego Huberta autorstwa Tomasza Semika.
Alouette - popularna piosenka, nieznanego autora, prawdopodobnie skomponowana przed wiekami we Francji, przypomniana i spopularyzowana dzięki dzieciom prowincji Quebec.

17 komentarzy:

  1. Jak ty się chłopie straszliwie marnujesz...Może wreszcie ktos Cię odkryje?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem w ciężkim szoku - Ewa ma racje - TY SIĘ MARNUJESZ!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Załóżmy "Salon odrzuconych", Towarzystwo Zmarnowanych Pisarzy...

    OdpowiedzUsuń
  4. Załóżmy "Salon odrzuconych", Towarzystwo Zmarnowanych Pisarzy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobra, ale podstawa: muzyka jazzowa, herbata i herbatniki przy dyskusjach lub zadumaniach grupowych. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Absynt, martini, psychodela i kawa bez mleka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm, wszystko wedle gustów, byleby nie żłopać kruszonów i nie obtłuszczać się jakimiś kaszankami-salcesonami. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Absynt z salcesonem i martini z kaszanką. A potem dyskusja nad nieznośną lekkością bytu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Do dyskusji nad nieznośną l. b. szczególnie sposobny zdaje mi się ten absynt...

    OdpowiedzUsuń
  10. Absynt z salcesonem może być skuteczniejszy, gdyż zapewne po nim jest... lekkko.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja tam wolę zwykły, polski bigos z grzybami, śliwkami, jałowcem i winem a do tego starkę. Przy tym też da się dyskutować... ;)))

    OdpowiedzUsuń
  12. Nieznośnie ciężko jest z tą lekkością bytu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Aleście mi apetytu narobili...:)

    OdpowiedzUsuń