środa, 6 marca 2013

Roland z Toporem czyli tajemnica czarnego humoru Autora

Moja mama miała zawsze regały pełne książek. Im bardziej dorastałem, tym wyższych półek sięgałem.  Ponieważ wraz z kręgosłupem rósł mózg i zagnieżdżony w nim sektor ciekawości, sięgałem po coraz grubsze książki. A przynajmniej coraz poważniejsze.
Czego nie należy przyjmować sztywno. Takie Muminki ostatni raz czytałem w roku 2009 i zanosi się na powtórkę, myślę, nadchodzącej jesieni. Co zresztą ma swój cel.
 
 
 
 
Coraz grubsze, coraz poważniejsze – rzekłem. Jednak tylko w generalnym ujęciu. Cztery róże dla Lucienne, opublikowane przez Wydawnictwo Literackie w roku 1985, nie były ani grube, ani poważne. Bo też i Topor, autor tegoż dzieła wstrząsającego, poważny nie był.
W każdym razie nie stale. Ponieważ przerzucał, jako najbardziej znany mi zuchwały żongler, tony posępne i makabryczne z groteskowymi i zabawnie absurdalnymi, od biedy można mu przypisać powagę incydentalną. W rzeczy samej rozbrajał, bawił i szokował, bez pardonu i zmiłowania kładąc czytelnika na łopatki,  przy okazji podduszając go chloroformem i podpiłowując piłą rzepkę.
Taki był Roland Topor. Taki był w treści, którą uwalniał jego intrygujący, prześmiewczy a mroczny umysł.
W postaci prozy i – rysunków…
Czarny humor w literaturze odkryłem dzięki niemu. Roland Topor jest najlepszą odpowiedzią na pytanie, które zada ktoś niezupełnie jeszcze zorientowany w gatunku: ,,Ale na czym polega właściwie humor czarny?’’
 
 
Niewątpliwie na deptaniu grobów bez szczególnej skruchy. Na prostowaniu przechylonych szubienic i oczyszczaniu gilotyny z niestosownych nalotów rdzy. Zamiast: demontażu szafotów, odcinania wisielca z liny, opłakiwania zabitych.
Czarny humor nie jest dla wszystkich i nigdy nie będzie – ponieważ z pobłażaniem lub z surowością patrzy na świętości, zaś uśmiecha się do Śmierci.
W czym widzę profit. Śmierć jest organem w ludzkim jestestwie, którego najlepszy chirurg nie usunie. Skoro więc tak, wypada się z nią oswoić, a mroczne wypadki życia odreagować.
Czarnym humorem, to oczywiste.
 

Za Wikipedią: Roland Topor (1938-1997): syn polskich Żydów, francuski pisarz, autor opowiadań i sztuk teatralnych, także rysownik, grafik, reżyser teatralny i filmowy, aktor, scenarzysta i scenograf. Twórczość Topora, inspirowana surrealizmem, artysta znał osobiście teoretyka ruchu André Bretona), pełna jest szokującej groteski i czarnego humoru, nieraz ocierającego się o makabreskę. Dla stylu Topora znamienne jest wykorzystanie elementów groteski, pure nonsense’u i zabawa z konwencjami oraz tworzywem językowym. Wszechstronna indywidualność, barokowa wyobraźnia i rozległość działań twórczych zbliżają Topora do idei syntezy sztuki. W warstwie tematycznej jego twórczość dotyczy głównie wyśmiewania postaw i mentalności drobnomieszczańskiej, podejmuje też tematykę egzystencjalną, ukazując jednostkę pośród obcego świata jak z koszmarnego snu.

 
Jest wielce prawdopodobnym, że moja mama popełniła przeoczenie, a może fałszywy ruch podczas porządków wiosennych, skoro Cztery róże dla Lucienne znalazły się w zasięgu moich rąk, kiedy skończyłem jedenaście lat. Wydaje się, że Topor jakimś mistycznym psikusem był o jedną, jeśli nie dwie, półkę zbyt nisko, kiedy go znalazłem.
Byłem wtedy sam w domu, co uczyniło lekturę bardziej jeszcze ekscytującą, przyozdobioną atmosferą cichej makabry… i jednak przy tym komedii.
Pochłaniając kolejne opowiadania odkryłem, że pojęcie świętości, jak wszystko, jest iluzją, a przynajmniej nie musi być ujmowane tylko w pompatycznych tonach, nawet przy dramatyzmie wydarzeń…
Wypadek

 Chrystus zdecydowanym krokiem wstąpił na wody jeziora Genezaret. Apostołowie, wciąż jeszcze z niedowierzaniem, obserwowali stopy Pana. Jezus szedł po wodzie! Nie zanurzał się ani na milimetr! Z oczyma wzniesionymi ku niebu, zdawał się nie pamiętać, gdzie się znajduje.
Krzyk wyrwał się z piersi Apostołów. Za późno. Jezus nie zauważył skórki od banana. W czasie krótszym, niż to sobie można wyobrazić, poślizgnął się i roztrzaskał czaszkę o grzbiet fali.


***




Mój mistrz, bo stał się nim nagle, jak czarnoksiężnik, który rzucił podstępnie lukrowanym zaklęciem, nie oszczędził nawet dzieci… I pewnie z tego powodu i mnie się zdarza ich nie oszczędzać. Skoro mistrz nauczył chodzić mnie po grobach, nie wypada jego uczniowi potykać się w labiryncie cmentarza.
Opowiadanie W przepaści natychmiast stało się kultowym dla mnie i młodszego o rok brata, który też niezwyczajnej lektury sobie nie odmówił (w tym czasie podkradał już z matczynych półek Grabińskiego i Edgara Allana Poe, więc to nie jest tak, że odciągnąłem go od Tajemnicy Zielonej Pieczęci czy Oto jest Kasia! – lektur też przez nas obydwu upodobanych, lecz grubo wcześniej).

W przepaści

 Autobus wiozący dzieci do szkoły spadł na dno wąwozu. Sporo dzieci zginęło, inne są ciężko ranne. Szofer ze zmiażdżoną klatką piersiową leży na kierownicy. Nauczyciel, pan Laurent, postanawia wykorzystać czas oczekiwania na ratunek i prowadzi lekcję.
— Dzieci! Dzieci! Proszę o spokój! Cisza! No, cicho sza! Proszę o spokój! Porozmawiajmy sobie trochę. Konwersacja wzbogaca słownictwo i uspokaja nerwy. No więc, zgoda? Nie chcę słyszeć żadnych skarg ani jęków. W przeciwnym razie będę was musiał ukarać. Nie zmuszajcie mnie do tego. Nie byłoby to mile ani dla was, ani dla mnie. No więc, zaczynamy. Odpowiadajcie pojedynczo, nie wszyscy naraz. Zanim coś powiecie, podnoście rękę. Dobrze. Gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy we wnętrzu, czy na zewnątrz?
(Chłopczyk, który przebił głową szybę, wrzeszczy: „Nie wiem!”)
— Jesteśmy wewnątrz. Wewnątrz czego? Wewnątrz autobusu. Co to jest autobus? To jest pojazd. Czy ty siedzisz, czy stoisz, przyjacielu?
— Proszę pana, odłamek tej bezpiecznej szyby, której właściwości nam pan dziś objaśnił, uciął mi nogi na wysokości kolan.
— Dobrze. W takim razie ani nie siedzisz, ani nie stoisz. W jakiej więc jesteś pozycji? Mów śmiało, nie lękaj się!
— Czy można powiedzieć, że jestem na kolanach, proszę pana?
— Tak, rzeczywiście można. W jakich okolicznościach zazwyczaj padamy na kolana?
— Żeby się modlić, proszę pana.
— Właśnie. A do kogo się modlimy, młody przyjacielu?
— Modlimy się do Boga.
— Bardzo dobrze. Dlaczego padamy na kolana, kiedy się modlimy do Boga?
— Bo Bóg jest mały, proszę pana. Trzeba mu szeptać na ucho.
— Nie! Nie, nie i nie! Przestań robić z siebie błazna! Wstań!
(W głębi autokaru dziecko, przywalone oparciem, żali się cicho: „Mamusiu... bobo...” Pan Laurent podnosi na nie zdziwiony wzrok.)
— A cóż to za pieszczoszek wola „mamusiu”!? Wydaje ci się, że cierpisz bardziej niż inni? Pomyśl lepiej o ojcu! Postaraj się być godnym miłości, którą cię obdarzył! Powinieneś świecić przykładem!
(Jakiś pocisk trzepnął w twarz pana Laurenta, zostawiając krwawy ślad. Pan Laurent schylił się, by podnieść przedmiot. Okazało się, że to palec.)
— Kto śmiał we mnie rzucić palcem? No, jazda, gadać! Czekam! Ja mam czas!
(Z głębi autobusu dobiega jęk: „Piiiiić...”)
— Dobrze. Poznałem cię, Jerzy. Jeśli nikt się nie zgłosi, ty zostaniesz ukarany. Ostrzegałem, że nie chcę słyszeć żadnych skarg ani jęków. No więc jak? Nikt się nie przyznaje? Dobrze. Karę poniesie Jerzy. Na początek nie dostaniesz pić. Potem osobiście dopilnuję, żebyś został opatrzony jako ostatni. Sprawę uważam za zamkniętą. Ale niech się to już więcej nie powtórzy.
(Pokazuje palec.)
— To jest palec. Spójrzcie na moją rękę. Mam pięć palców. To jest palec wskazujący, to duży, to serdeczny, to mały, a to kciuk. Kto ma tylko cztery palce?
(Chłopiec, którego twarz jest jedną wielką raną, podnosi prawą rękę przy pomocy lewej, gdyż pierwsza jest odcięta. „Ja”, mówi.)
— Dobrze. Ssijmy palce. To sprawia ulgę i zapobiega upływowi krwi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Ssiemy dziesięć palców. Ile palców ma Jerzy?
— Jerzy nie ma już wcale palców, proszę pana. Rąk zresztą też nie ma.
— Pytam o cyfrę! Odpowiadajcie cyfrą!
— Zero palców, proszę pana.
— Doskonale, młody człowieku. Ale to nieładnie podpowiadać. Pozwól, niech Jerzy sam odpowie. No, Jerzy? Coś ty taki nieśmiały? Jerzy nie ma ochoty mówić? Trudno. Przed chwilą, kiedy mu się chciało pić, był bardziej rozmowny. Nie, to nie, obejdzie się bez jego udziału. Jakie mamy narządy wzroku? Czy zwierzęta widzą? Czy sowa widzi? Czy widzi lepiej o zmierzchu, czy o świcie? A puszczyk? A twój kot, młody człowieku? Czy kret widzi? Czy ma psa? A laskę? Czy lubicie ludzi sowy? A ludzi kretów? Czy ryś ma dobry wzrok? A sokół? Czy Napoleon miał sokole oko?
A kardynał Richelieu? A hrabia Cavour? Jaka jest różnica między człowiekiem o sokolim wzroku a człowiekiem o spojrzeniu rysia? Któremu bardziej zazdrościcie?
(Jęki dzieci wzmagają się. Pan Laurent, by go słyszano, musiał ostatnie zdania wykrzykiwać. Wściekły, rusza środkowym przejściem ukarać wichrzycieli. Wędrówkę utrudnia jednak przechył autobusu. Pan Laurent potyka się o podstawioną nogę. Wymierza uczniowi siarczysty policzek. Głowa ucznia odrywa się i toczy w głąb autokaru. Pan Laurent z trudem wraca na miejsce. Po drodze chwyta coś, co jeden z uczniów podnosi właśnie do ust. „Skonfiskowane”, mówi. Ogląda przedmiot i wyrzuca go. Był to język. Na dworze przyroda wraca do życia. Słychać śpiew ptaszków, ryk krowy. Przez okna o potrzaskanych szybach wlatują muchy i krążą wesoło od ucznia do ucznia.)
— Jedźmy dalej. Czy staruszkowi wolno mówić o jego wieku i o zbliżającej się śmierci? Czy wypada, żebyśmy to my z nim o tym rozmawiali? Czy nie byłoby to zasmucaniem jego ostatnich dni? Czyż osiemdziesięciolatek zajęty sadzeniem to nie słodki widok? Jakie uczucia i myśli w was budzi? Czy wielkie nadzieje i plany na przyszłość są udziałem starców? Czy raczej młodzieży? A więc czyim? Czy w którejkolwiek chwili możemy być pewni następnej? Czy możemy być pewni jutra? Czy młodzieńcy przeżywają starców? Jak umierają? Jakie uczucia ich śmierć budzi w starcach? Czy jutro należy do ciebie, przyjacielu? Czy twoja krótka, dwunastoletnia przeszłość uprawnia cię do długiej przyszłości?
(Dziecko, do którego zwrócone było ostatnie pytanie, podnosi zakrwawiony kikut. Na przyzwalający znak nauczyciela pyta: „Czy mogę wyjść, proszę pana?” Nauczyciel zezwala. Chłopczyk czołga się do wyrwanych drzwi, przechyla i wypada na zewnątrz. Krzyki są teraz rzadsze, dzięki czemu można usłyszeć w oddali syreny zbliżających się karetek. W chwilę później lekarze i sanitariusze przystępują do wyciągania dzieci. Jeden z pielęgniarzy zbliża się do pana Laurenta, który poznaje w nim dawnego ucznia.)
— Co za widok, proszę pana! — mówi pielęgniarz.
— Tak, najmilszy, jaki znam. Nigdy nie oglądałem waszych cichych pól i nieba bez śpiewu ptaków, nie marząc przy tym o skowronku.
— Naprawdę, proszę pana?
— Sprowadźcie skowronka z Europy. Czyż nie sprowadziliście wróbla, by bronił waszych drzew przed drążącymi je szkodnikami? Czyż piękno i poezja nie są równie pożyteczne, jak rzeczy praktyczne?
— Tak, proszę pana.
— No więc właśnie. Macie najpiękniejsze pola świata i niebo, na którym świeci wspaniale słońce. Wasz kraj powinien być krajem skowronków.
— Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy je mieli.
— To nie ulega kwestii. Przywołaliście Madame Lucca do waszych miast, przywołacie skowronka na wasze pola.
(Pan Laurent zostaje przeniesiony na nosze. Powieki mu opadają. Mimo to, zanim zemdleje, ma jeszcze dość sił, by powiedzieć: „To dzielni malcy. Z wyjątkiem Jerzego. Trzeba go ukarać.”)


***

 Mistrz grozy i absurdu zaczął publikować swe dzieła w ,,kanapowych'' latach 60-tych. Warto mieć więc na uwadze, że ich /nie/smak niósł dla ówczesnych czytelników więcej ostrości i oszołomienia. Dziś jego menu przeszłoby bez większego rezonansu - zbyt potężnym toporem makabry wywija sama rzeczywistość.
A jednak wciąż do niego wracam - kiedy sam nie piszę. I to niekoniecznie czytając Cztery róże dla Lucienne czy Chimerycznego  lokatora (którego ekranizował Roman Polański). Wracam do Topora, pisząc i czytając siebie - co jest szczególnie makabryczne, tudzież czytając znakomitego Golesza na portalu Eioba.pl. Którego teksty polecam wszystkim, bo okazje mają to do siebie, że nie są wieczne.
 
Odkryłem Topora mając jedenaście lat. Biorąc pod uwagę fakt, że zabił bananem Jezusa, królową wyciupciał, a świętym Mikołajem zgwałcił chłopca – tak, to na zawsze zmieniło moją osobowość.
Zdarza mi się stanąć na grobie i uśmiechać do Śmierci. Panują między nami żartobliwe stosunki, co, wierzę, nie przyspieszy tego, co przyspieszenia z mego punktu widzenia nie wymaga.
Czytanie Topora pomaga odreagować czarną stronę słońca. Pisanie Topora – też.
 Na zakończenie uroczyście obwieszczam, że najbardziej pokochałem Mistrza Makabreski za tę oto krótką, a oddającą jego charakterny szpon historię…

Wybawcy

Dziwny widok roztoczył się przed oczyma Ziemian, gdy wysiedli ze statku kosmicznego na tej planecie w odległej galaktyce. Powierzchnia globu, jak okiem sięgnąć była gładka i płaska. Żadnych wzniesień, żadnej roślinności, nic tylko klatki. Długi rząd klatek, aż po horyzont. Kształtem przypominały nieco pomieszczenia, w jakich na ziemi trzyma się ptaki, ale zawierały coś zupełnie innego.
To co zawierały przypominało nieco ludzi.
W każdej klatce siedział jeden człekopodobny.
Jak długo trwała ich niewola ? Zapewne długo, bo sprawiali wrażenie dziwnie bezwładnych.
Ziemianom na ten widok krajały się serca.
- Trzeba ich uwolnić ! Natychmiast !
- Cóż za tyran zgotował im taki los !?
- Śpieszmy się. Może gdzieś niedaleko kręcą się strażnicy ?
- A jeśli on są niebezpieczni ?
Dowódca wyprawy zabrał głos:
- Uwolnimy ich z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Nie wyglądają groźnie, biedaczyska !
- A nawet gdyby, to nie możemy ich tak zostawić !
Zbliżyli się do pierwszej klatki. Człekopodobny patrzył na nich, nie okazując najmniejszego wzruszenia. ani strachu, ani wdzięczności, nic. Wydał tylko kilka dziwnych dźwięków, nie zadając sobie nawet trudu otwarcia ust.
Kapitan uśmiechnął się do niego serdecznie.
- Biedny przyjacielu, nic nie rozumiem z twoich wywodów. Najpierw cię stąd wyciągniemy, a potem przyjdzie czas na naukę języków obcych.
Członkowie załogi nie zwlekając wzięli się do piłowania krat. Gdy skończyli, więzień zmarł.
Zakłopotany kapitan zwrócił się do lekarza pokładowego:
- Co pan o tym sądzi ?
- Hm, trudno powiedzieć. Może wzruszenie, wywołane odzyskaniem wolności, okazało się za silne. Serce, lub jakiś jego odpowiednik, nie wytrzymało. Będziemy ostrożniejsi przy następnych.
Podeszli do drugiej klatki.
Zanim jednak zabrali się do piłowania, pokazali człekopodobnemu na migi, co zamierzają zrobić. Jedyną odpowiedzią były dwa czy trzy niewyraźne jęki. Tak jak poprzedni, i ten więzień nie przeżył odzyskania wolności. Wyzionął ducha, gdy upadła ostania krata.
Zrobili jeszcze dziesięć prób, wszystko na nic.
Kapitan wybuchnął:
- Nędzni niewolnicy ! Tak się przywiązali do upokarzającej sytuacji, że wolność ich zabija ! Muszą mieć klatkę, żeby żyć ! Ale ja ich uwolnię, uwolnię, choćby od tego wszyscy mieli zdechnąć !
Ludzie z coraz większą wściekłością i uporem piłowali kraty, a więźniowie umierali. Lekarz wrócił do pierwszej klatki, by zbadać zwłoki. Nieco później podszedł do niego kapitan z resztą załogi.
Jak okiem sięgnąć, widać było teraz rozbebeszone klatki i trupy człekopodobnych.
- Ani jeden - mruczał kapitan - ani jeden nie przeżył.
Lekarz podniósł się znad ciała, które właśnie zbadał. Miał dziwny wzrok.
- To nie klatki, to ich kręgosłupy.


*****

*
Na zdjęciu: autor zamieszczonych opowiadań i rysunków, Roland Topor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz