czwartek, 27 czerwca 2013

Obsydiańczycy

Kiedy polski rząd popadł w konflikt z Rosją, Niemcami i Wielką Brytanią, nieodzownym stały się posunięcia prewencyjne na podłożu militarnym. Ponieważ wystawienie armii w liczbie adekwatnej do zrównoważenia sił przeciwnika (potencjalnego, fakt, ale na początku wszystko jest potencjalne) przerastało możliwości kraju, Naczelny Sztab postawił na sformowanie 30 kolejnych oddziałów specjalnych, przystosowanych do zaatakowania każdego celu na terytorium ,,potencjalnych’’ w ciągu dwóch godzin.
W trakcie najzupełniej tajnych konkursów i zdrowego, pełnego wściekłości współzawodnictwa, szybko wyłonili się  najlepsi z najlepszych: Obsydianowe Berety.
Przez pierwsze miesiące istnienia jednostki prasa, która zawsze wyszarpuje przynajmniej strzępy najtajniejszych raportów, obśmiewała cokolwiek nazwę. Potem, po kuriozalnych sukcesach komandosów w Panamie, Laos, Urugwaju i na Arubie, nazwa zaczęła budzić już tylko dumę, szacunek i naturalnie sympatię. Komandosów zaczęto ciepło nazywać Obsydiańczykami, a umiłowani w prowokacji (i nie mniej umiłowani w samej jednostce) dziennikarze używali nawet określenia ,,Antybrytyjczycy’’. Okazało się bowiem, że wróg , który długo udaje sojusznika, a potem okazuje się tyle wart, co nieprzyjaciele ,,tradycyjni’’, drażni jeszcze bardziej.
Na temat ZDRADY ALBIONU 1939 wydano osiemnaście książek i wszystkie okazały się bestsellerami.
Ostatecznie, z powodu strat na Arubie i obniżenia napięcia na linii Polska-Niemcy-Rosja-Zdrajcy1939 jednostkę ,,zamrożono’’ w stan półgotowości.
Owe zhibernowanie trwało już od pół roku. Żołnierze trenowali we własnym zakresie i żyli życiem rodzinnym lub hobbystycznym, spotykając się tylko przy okazji kodu HALOGEN. Sygnał ów oznaczał natychmiastową zbiórkę w wyznaczonym punkcie, a najczęstszą przyczyną do jego nadania było zagrożenie życia albo… majątku któregoś z Obsydiańczyków.
Tak, lojalność jest wielką folią, którą oddani sobie towarzysze rozciągają na wszelkie możliwe sfery, aby żyć bezpieczniej i szczęśliwiej.
Od ostatniej takiej zbiórki mijały właśnie dwa miesiące. Wtedy kod HALOGEN rozesłał dowódca komanda, bo jego zastępca, kapitan Modry, popadł w konflikt z gangiem, który groził zamachem na niego i rodzinę.
Obsydiańczycy nie czekali na atak bandytów, lecz uderzyli z wyprzedzeniem w kilku punktach. Opór szumowin był mizerny, jeśli nie żałosny. Gang przepadł bez śladu.
 
Dziś, dwa miesiące po tej akcji, Obsydianowe Berety znów się spotkały, w motelu pod Ciechanowem. Sprawa była jeszcze bardziej poważna niż zazwyczaj, bo zagrożony był sam dowódca jednostki – pułkownik Obsyda.
To właśnie od jego nazwiska wzięła się nazwa (proponował porucznik Kajtan, a kapitan Modry poparł) oddziału. Rzeczywiście berety i hełmy dostosowano szybko pod kolor obsydianu.
Teraz jedenastu komandosów spotkało się pod motelem i ruszyło bezszelestnie schodami. Dwóch zostało na dole, by obstawić budynek i wprowadzać tych kolegów, którzy jechali z dalszych stron. Niestety, nie można było na nich czekać. Pułkownik nadał kod HALOGEN-1, co oznaczało Znajdę się pod ogniem lada moment. W takim wypadku z odsieczą nie można było za bardzo zwlekać – do akcji według procedury miało ruszać 30% stanu. Przy kodzie HALOGEN-2 50%, przy kodzie HALOGEN-3 70%, natomiast przy sygnale HALOGEN-0 miał ruszać z marszu, natychmiast, każdy pojedynczy żołnierz, bo oznaczał ów kod beznadziejne położenie nadawcy.
HALOGEN-1 też stawiał sprawę w ponurym świetle. Nie tylko dlatego, że atak wroga był kwestią chwili, może minut. Pułkownik Obsyda był znany w całym wojsku z niezwyczajnego męstwa. Nawet na Arubie, kiedy zaległ z powodu ostrzału jeden z prowadzonych przez niego oddziałów, sam zaatakował konwój i zabił dziewięciu ludzi w ciągu minuty, nim nadeszło wsparcie i dogniotło resztę przeciwnika.
Obsyda sam rzucił się na tygrysa w Laos i sam rzucił się na granat w Urugwaju (by ocalić swoich ludzi). Tygrys padł pod nożem, a granat nie eksplodował, co jednak nie zapobiegło wielkiej sławie i respektowi dla dowódcy Obsydiańczyków.
Były i trzy zamachy brytyjskich agentów na niego – z wszystkimi poradził sobie sam, nie nadając HALOGENU, wybijając napastników do nogi. W pojedynkę.
A teraz wezwał ich wszystkich, swoich twardych, oddanych, niepokonanych żołnierzy - acz przecież nie tak silnych jak on, Pogromca Tygrysów i Granatów, Słowiański Sandokan ((jak to ogłosiła prasa z tym całym wścibstwem do tajnych raportów i jednoczesnym uwielbieniem dla dowódcy i jego ludzi). Pierwszy raz dał znać, że jest w opałach, które go przerosły.
To musiała być najtrudniejszego kalibru sprawa.
Żołnierze powoli przemykali się schodami pogrążonego w wieczornej ciszy i półmroku motelu.
Nim podeszli do drzwi z numerem 32, pułkownik sam je otworzył, i nie okazując najmniejszych emocji, ponaglił ich ruchem ręki.
Po kilku sekundach już kucali wokół generała na dywanie pokoju. Sierżant Możdżeń czatował przy drzwiach, nasłuchując, a porucznik Kajtan przysiadł przy oknie ze sztucerem.
- Jesteście – wyszeptał Obsyda.
Popatrzyli na niego trochę zdumieni, bo zwykle kamienna twarz dowódcy, teraz zdradzała lekkie poruszenie. Było w nim wymieszanie wzruszenia – rzeczywiście ci, którzy żyli blisko Ciechanowa, przybyli błyskawicznie – z napięciem, może i niepokojem.
Kapitan Modry zawsze bał się chwili, w której przestroga ojca generała zabrzmi mu głośno w głowie: ,,Pamiętaj, synu, że układ nerwowy starzeje się co najmniej tak szybko, jak kostny.’’
Czy to już?... Pierwsze osłabienie tych układów u nieustraszonego Obsydy?
- Tylko tylu was? – zapytał cicho, nieco chrapliwie pułkownik.
- Jadą – odrzekł rzeczowo Modry. – Za 45 minut będziemy mieli 80-90% stanu. Czajkowski będzie dopiero w południe, leci ze Stanów. Dumar i Wańkowicz obstawiają budynek, Szamilskiego zostawiłem na pierwszym piętrze.
Dowódca westchnął.
- Może damy radę – ocenił z wahaniem. Nagle przeniósł wzrok na Możdżenia. –  Sierżancie. Czy ty nie masz dziś operacji jelita, synu?
- Tak jest, panie pułkowniku. Odebrałem sygnał, zanim mnie uśpili… Nieważne. Nie ma o czym mówić. Musiałem się stawić.
- Dziękuję… A pan, poruczniku? Czy pańska żona nie rodzi jakoś dziś?
- Chyba teraz właśnie – porucznik Kajtan nie bez wysiłku zdławił ton żalu w głosie. Przysięgał żonie, że jest ważniejsza od dowódcy, od kolegów, przysięgał, że będzie stał przy niej w czasie porodu i że razem, trzymając się za ręce, złożą powitalne pocałunki na czole synka… Serce mu pękało, gdy wyruszał, ale nie dało się inaczej. Zawód żołnierza to trudny zawód.
- Dziękuję – skinął głową Obsyda.
- I jeszcze – nie wytrzymał kapitan Modry – Rawina miał dziś odbierać Krzyż Zasługi za Dzielność od prezydenta, Bolkowski wyszedł z pogrzebu matki, a ja mam wesele siostry, bardzo jej… – Na sekundę spuścił wzrok. – Ale co tam. Jesteśmy, panie generale. Mamy ciężką broń.
- Możemy ściąć motel do poziomu dmuchawców i mleczy, panie generale – dodał od drzwi Możdżeń, który przydźwigał najpotężniejszą broń oddziału, sześciolufowy karabin systemu Gatlinga, XM214 Automatic Gun, znany z filmu Predator. Obsydiańczycy nazywali ten karabin Ścinaczem Buków, co było wymowne. ,,Gdy otwierasz ogień, wzruszam się i chce mi się zabić ich wszystkich’’, wyraził kiedyś opinię porucznik Kajtan.
I coś w tym było. Jeśli dywizję piechoty pokrzepiał pomruk wspierających ją czołgów, to Ścinacz Buków uskrzydlał Obsydianowe Berety, kiedy dyskretna anihilacja wroga stawała się już niemożliwa i trzeba było go po prostu krwawo naparzać.
Panowała cisza. Mijały sekundy i było jasne, że tylko sekundy można zmarnować. Patrzyli na ukochanego dowódcę w pełnej koncentracji, kryjąc uczucia, głównie niepokój. Nie paraliżował ich lęk przed konfrontacją z wrogiem, ewidentnie groźnym, ale jeśli sam Słowiański Sandokan zdradzał napięcie…  Nie zdradzał zaś tej iskry do działania, tej promieniującej siły i niezłomności, co zawsze – to nie mogło być zignorowane tak po prostu.
- Jesteśmy gotowi, panie pułkowniku – szepnął kapitan Modry.
Jego siostra właśnie miała swój najszczęśliwszy wieczór w życiu. Rawina odbierze co prawda medal – tyle że już od urzędnika, nie od prezydenta. Możdżeń będzie musiał trochę dłużej pożyć z bólem jelit, Bolkowski położy kwiaty na grobie matki jako ostatni krewny, a Kajtan może zdoła ,,rodzić’’ z żoną następnym razem – nieważne! Teraz ich dowódca stał w obliczu śmierci, nad urwiskiem. Może nawet przeciw setkom agentów i komandosów – bo z tuzinami rozprawiał się sam.
Pułkownik Obsyda powiódł po nich jeszcze bardziej napiętym wzrokiem. Już to sprawiało, że odwlekanie walki stawało się nieznośne.
- Jest tam… - wyszeptał.
- Co? – spytał odruchowo Rawina.
- Gdzie? – zmarszczył brwi kapitan Modry.
Dowódca powolnym, nieomal nieskończonym ruchem, pokazał uzbrojoną w pistolet ręką na drzwi do łazienki. Były zamknięte, ale przez szpary wyciekało światło.
Nie byli amatorami i ani drgnęli. Może tylko Możdżeniem lekko szarpnęło, ale mogły to tłumaczyć fale bólowe w jelitach i dźwiganie Ścinacza Buków.
Mimo wszystko trochę zdrętwieli. Nikt nie zajrzał do łazienki!...
Modry zamrugał, co zawsze go uspokajało, po czym bardziej poruszył wargami, niż posłużył się krtanią:
- Brytyjczycy?
Obsyda spojrzał mu w oczy.
- Szczypawka.
- Szczypawka?
- Znaczy oddział? – domyślił się Bolkowski, starając się bezskutecznie wyrzucić z umysłu miny uczestników pogrzebu matki, kiedy to odebrał telefon, a potem odbiegł ,,do spraw’’. – Ilu?
Kajtan i Rawina zaczęli posuwać się kuckami w stronę drzwi łazienki, a Możdżeń powoli wymierzył tam Ścinaczem Głów. Wymiecenie łazienki w przestrzeń kosmiczną, wraz z całą jej zawartością: wanną, prysznicem, klozetem i tuzinem Brytyjczyków, mogło zająć jakieś dwadzieścia-trzydzieści sekund, ot, tyle.
Jednak ostatecznie wszyscy oni zamarli, gdy Obsyda powtórzył:
- No szczypawka. Skorek, wiecie.
Modry znów zamrugał oczami, nie on jeden zresztą.
- Skorek? – wymamrotał. – Znaczy ,,pluskwa’’?
- Jaka pluskwa – obruszył się dowódca. – Szczypawka. Taki robal ze szczypcami na odwłoku, co lubi się zakradać do wilgotnych ręczników. Szczypawica. Jest w łazience. Spłoszyła mi kobietkę, którą przywiozłem sobie z baru. Nic nie mogłem zrobić. Zaskoczyła mnie. Cholera – w głosie oficera był wyraźny żal, ale strach także.
Żołnierze mrugali oczami, lecz nie wypowiedzieli ani słowa. Patrzyli to na siebie, to na pułkownika, to na drzwi od łazienki. W końcu Możdżeń zmęczył się tym wszystkim, odłożył Ścinacz i poszedł otworzyć drzwi. Zajrzał do łazienki i potwierdził głucho:
- Jest na ręczniku.
- No widzicie! – Obsyda oblał się potem, nie mniej starał się panować nad głosem. – Chodzi o to, żeby nie otwierać ognia bez potrzeby. Jesteśmy w zasadzie jednostką niewidzialną… Rawina! Prawdopodobieństwo w tej chwili.
- Prawdopodobieństwo czego – wykrztusił żołnierz.
- Ataku szczypawki, gdy zasnę. Jakie jest prawdopodobieństwo, że kiedy zasnę, ona tu przyjdzie i przetnie mi coś szczypcami.
Rawina szybko się uwinął.
- 0, 000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000000004%, panie pułkowniku.
- Jesteś pewien?
- Dwa razy obliczyłem, panie pułkowniku.
Przez pół minuty nic nie zakłócało ciszy. Dowódca kalkulował coś z przymkniętymi oczami i poruszającymi się wargami, natomiast twarze jego ludzi… Twarze jego ludzi były jakieś dziwne, naprawdę dziwne.
- Dobra – ogarnął się Obsyda. - Dam radę. Kapitanie. Wycofać ludzi.
- Jest pan pewien? – zapytał Modry z takim wysiłkiem, że przypomniał mu się bieg po dnie Morza Wschodniochińskiego, kiedy oddalał się po zaminowaniu dżonki.
- Tak. Nic tu po was. Przy takim rachunku ryzyko jest minimalne. I tak pewnie nie zasnę, ale broni mi nie zabraknie… Możdżeń! Zostawisz mi Ścinacz.
- Tak jest…
- Odmaszerować. Dziękuję wam, chłopcy.
Pułkownik odprowadził komandosów do wyjścia, pożegnał ciepłym, ojcowskim spojrzeniem, po czym zamknął drzwi.
Obsydiańczycy zaczęli schodzić po schodach jak ogłuszeni, nieomal plątały im się nogi. Ich miny były zmieszane, trochę zacięte, a trochę nieszczęśliwe... Jednak we względnym porządku cofali się z pozycji do samochodów.
I pewnie nic by się nie stało, gdyby Rawina łamiącym się głosem nie zwrócił się do Kajtana:
- Twoja rodziła z cesarką czy bez?
- KURRR…!
- Kominiarki włóż!! – huknął kapitan Modry.
Obsydianowe Berety wpadły do pokoju numer 32 w chwili, gdy zaskoczony pułkownik Obsyda uszczelniał majtkami i skarpetami szparę pod drzwiami od łazienki.
Ale mu kur[pii!]a naje[pii!]li?!!!

***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz